środa, 12 marca 2014

Rozdział 25

Jedna decyzja, jeden mój podpis na jakimś papierku sprawił, że życie wywróciło mi się do góry nogami jeszcze bardziej, niż do tej pory. Nie sądziłam, że to jest jeszcze możliwe, ale los postanowił mnie zaskoczyć. Czy to pozytywne zaskoczenie? Chyba tak. Zawsze tego chciałam, to była ścieżka kariery, którą chciałam wybrać odkąd tylko pamiętam.
Nikt nie powiedział, że będzie lekko, a wręcz przeciwnie – każdy, kogo poznałam, od razu po przedstawieniu się zadawał mi pytanie: czy jestem gotowa na kompletną rewolucję w swoim życiu? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co mają na myśli. W końcu co może być strasznego w pisaniu, komponowaniu i nagrywaniu piosenek na płytę? Gdyby to było takie trudne i straszne, nie byłoby tyle tego chłamu na rynku muzycznym.
Jednak po ponad dwóch tygodniach spędzonych prawie w całości w studio z różnymi wspaniałymi tekściarzami i kompozytorami, którzy ze względu na swój talent i pracę są dla mnie inspiracją do dalszej pracy, po tym czasie zmieniłam zdanie.
Ta robota jest wyczerpująca.
Gdy kończysz jakąś piosenkę, która może stać się twoją wizytówką, chcesz, żeby była idealna. Pod każdym względem. Żeby przepełniała cię duma za każdym razem, gdy ją słyszysz, śpiewasz, albo gdy ktoś pozytywnie się o niej wypowiada.
Lecz osiągnięcie takiego stanu jest bardziej pracochłonne, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Sprawienie, żeby każdy fragment piosenki, każdy wers, każda nuta, pasowały wszystkim osobom pracującym nad jednym kawałkiem, wymaga przede wszystkim doskonalenia sztuki kompromisu i uwierzenia w to, że oni też chcą, aby ta piosenka była taka, jaka właśnie być powinna – dobra.
I czasu. Dużo czasu.
Czasu w takiej ilości, że mogę śmiało powiedzieć, że nie jestem pewna, jak wygląda moje łóżko. Dzisiaj jest już kolejny raz, gdy zasnęłam na kanapie w jednym z pokojów należących do studia, z głową na tekstach, rozłożonymi na stole.
Przynajmniej tym razem nie budzi mnie mój nowy i najlepszy na świecie menadżer, który z hukiem wpada do pokoju i sprawia, że zlatuję z wąskiej kanapy na podłogę, tylko kroki na korytarzu, które wyraźnie zmierzały w moim kierunku.
- Kate, przepraszam za spóźnienie, ale dostanie się tutaj punktualnie z drugiego końca Londynu graniczy z cudem. – Zasapany rudzielec odstawił gitarę i plecak pod ścianę i usiadł obok mnie.
- Głodna jestem. – Tylko tyle z siebie wydusiłam, nadal z głową na stole.
- Powiedz mi coś nowego. – Zaśmiał się, gładząc moje plecy. – Zamówię coś, a potem się bierzemy za robotę, co? – zapytał, a ja mruknęłam w odpowiedzi coś, co miało zabrzmieć jak „dobrze”. – Już zrobiłem miejsce na ścianie na te wszystkie kilkukrotne platyny za twoją płytę.
- Mhm. Chińszczyzna, wieprzowina słodko-kwaśna. I chcę widelec, a nie jakieś drewniane pałeczki. Jestem człowiekiem cywilizowanym, będę jeść po ludzku.
- Widzę, że nie będzie można z tobą normalnie gadać, dopóki czegoś nie zjesz. – Westchnął, udając dezaprobatę. – Taaaak, pełny profesjonalizm... Ale co ja się dziwię, mówię tak, jakbym nie pracował z tobą od ponad tygodnia. – Wyciągnął telefon z kieszeni i zaczął coś pstrykać w dotykowy ekran. – Poza tym, nie truj mi tu o jakichś cywilizowanych ludziach, tylko przyznaj się z honorem, że jesteś niepełnosprawna azjatycko i po prostu nie umiesz jeść pałeczkami. – Dodał, przykładając telefon do ucha.
- Jeść pałeczkami mogę się zawsze nauczyć, ale ty rudy będziesz całe życie. Wygrałam. – Wystawiłam mu język, drocząc się, i obróciłam głowę na drugi bok, tracąc chłopaka z pola widzenia. – Obudź mnie jak przyjedzie żarcie. - Zamknęłam oczy i nawet nie zauważyłam, kiedy odpłynęłam w swoje ulubione miejsce – przysłowiowej krainy snów.
- Jedzonko przyszło! – usłyszałam po chwili (a przynajmniej mi się wydawało, że po chwili) męski głos i zanim otworzyłam oczy, coś zdążyło przykleić się do moich pleców, mocno mnie obejmując. – Katieeeeeee! Jak my się dawno nie widzieliśmy!
- Czego nie można powiedzieć o tobie i Justine. – Mruknęłam, budząc się. – Spanie w moim łóżku przez tydzień już ci nie wystarczyło i teraz musisz się do mnie kleić? – zaśmiałam się, podnosząc z kanapy.
- Oj tam. Twoje łóżko nie jest takie fajne. – Wyszczerzył się głupio.
- Czegoś ode mnie chcesz, że się tak podlizujesz? Przynosisz jedzenie, komplementujesz... – Rzuciłam mu podejrzliwe spojrzenie. – ED! – krzyknęłam, wołając rudzielca, który gdzieś zniknął. – CHIŃCZYCY MAJĄ NOWĄ PROMOCJĘ! ZAMIAST CIASTECZEK SZCZĘŚCIA, W GRATISIE DAJĄ TERAZ HARRY’EGO!
- No śmieszne, bardzo. – Skomentował, ale nadal szczerząc się jak głupi.
- To czego w takim razie chcesz? – wyjęłam pudełko podpisane nazwą mojego dania i rozłożyłam nogi na sofie, wygodnie się usadawiając. Jak to dobrze nie mieć już tego prowizorycznego gipsu na nodze, od razu świat staje się piękniejszy... I wygodniejszy, oczywiście.
- Jedz, jedz, bo wystygnie. – Harry wyjął kolejne pudełko i usiadł z nim obok moich ud.
- Harry! – zaśmiałam się, zaczynając jeść.
- Oj, no bo...  – Westchnął, wywracając oczami. Jakie to słodkie!
- Bo co?
- Co bo co? - do pokoju wszedł Ed, od razu zabierając się ostatnie pudełko.
- Ciiiiii... – Uciszyłam go, żeby przypadkiem nie rozproszyć bruneta, którego policzki zdążyły już się pokryć słodkimi rumieńcami.
- Bo chciałem się ciebie zapytać, czy ona coś ci o mnie mówiła. – W kocu wykrztusił z siebie Styles, głośno przełykając kawałki kurczaka.
- W sensie Justine?
- Nie, Elżbieta I. – Wywrócił oczami.
- No, już się tak nie denerwuj. – Zaśmiałam się. – Nie słyszałeś, że złość piękności szkodzi?
- Myślisz..? – przysięgam, że przez sekundę Harry naprawdę się przejął tą informacją.
- Dobra, nie ważne. – Boże, jak ja kocham chińszczyznę. Mogłabym to jeść codziennie. – Szczerze mówiąc, po wyjściu ze szpitala mało ze sobą spędzamy czasu i rozmawiamy. Ona chodzi na uczelnię, a ja praktycznie zamieszkałam w studiu, pisząc i komponując piosenki z różnymi ludźmi. Do mieszkania wpadam tylko po świeże rzeczy, bo nawet łazienkę tu mam.
- Czyli nic nie wiesz? – zmarszczył czoło, przenosząc swoje zielone oczy z jedzenia na mnie. – Szkoda...
- Coś wiem. – Nie mogłam się powstrzymać przed puszczeniem mu oczka. – Wiem, że uwielbiała cię odkąd pierwszy raz was zobaczyła w internecie. Uwielbia twoje oczy, śmiech, włosy, uśmiech, głos, a odkąd cię poznała – również twój charakter. To jej droczenie się to jest z miłości tak naprawdę. Ma już po prostu taki wredny charakter, ale tego się w niej nie zmieni.
- To już zdążyłem zauważyć... – Zaśmiał się brunet. – Myślisz, że mógłbym w piątek na weselu skończyć tę zabawę w przyjaźń i przenieść to na kolejny poziom?
- O Boże tak! – krzyknęłam podekscytowana, prawie wywracając na siebie pudełko z jedzeniem. – Tylko jak już będziecie się hajtać, to nie zapomnij wspomnieć w swojej mowie, że gdyby nie ja i mój X Factor, to pewnie nigdy byście się nie poznali!
- Aż tak daleko bym się nie zapędzał... – Speszył się.
- Jak wytrzyma z nim dłużej niż rok, to osobiście sfinansuje im wesele. – Zaśmiał się Sheeran, wtrącając się do rozmowy.
- Och, Ed, dziękuję za twoje wsparcie. – Gdyby wzrok mógł zabijać, to Ed byłby właśnie martwy.
- Ja będę trzymać za was kciuki – powiedziałam do zielonookiego, a ten tylko uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością.
Resztę posiłku spędziliśmy w ciszy, przerywanej jedynie jakimiś uwagami wymienianymi między mną a Edem dotyczącymi piosenek, nad którymi wspólnie pracowaliśmy – dzisiaj nagrywamy demo już ostatniej. Potem, gdy ta praca „teoretyczna” się skończy, będę mogła wejść do studia nagraniowego z muzykami i producentami.
- No, ja tu wpadam zobaczyć, jak wam praca idzie, a wy sobie siedzicie i nic nie robicie... – Nawet nie wiem kiedy w progu stanął Simon, bacznie nam się przyglądając.
- Cześć, tato! – szeroko się uśmiechnęłam. – Właśnie omawiamy szczegóły ostatniej piosenki, której demo zaraz będziemy razem nagrywać.
- Boże, chłopaki nazywają mnie wujkiem, ty tatą.... Tak mi się ostatnio rodzina powiększyła, że zbankrutuję, kupując wszystkim prezenty na święta.
- Komu jak komu, ale tobie to chyba nie grozi. – Zaśmiałam się, znając artykuły o najbogatszych Anglikach w show biznesie.
- No, nie byłbym tego taki pewien... – Westchnął. – Dobra, koniec tego obijania się!  - klasnął w ręce. – Mam nadzieję, że macie już rozstawiony sprzęt do nagrywania.
- Yyyyy... – Zająknęłam się, pamiętając, jak wczoraj w nocy wszystko było chowane, ale rozkładania już sobie nie przypominam.
- Tak, zająłem się tym po przyjściu. – Sheeran posłał mi uspokajające spojrzenie. I jak go tu nie kochać?
- Super, to idziemy. – Polecił Simon i już po chwili siedziałam z Edem z gitarami przed mikrofonami i nagrywaliśmy ostatnie wspólne demo. Muszę sobie odhaczyć w głowie kolejne spełnione marzenie – spotkanie Eda Sheerana i stworzenie z nim kilku piosenek.
Boże, moje życie chyba już nie może być lepsze.



- Wróciłam! – krzyknęłam, zamykając za sobą drzwi. Wzięłam głęboki oddech i poczułam, jak to miło być znowu w miejscu, które od czterech miesięcy nazywałam domem.
- A gdzie byłaś? – na korytarz wyszła Justine i mocno mnie uścisnęła. – Chociaż łatwiej pewnie byłoby zapytać, gdzie cię nie było? – zaśmiała się, zabierając moją torebkę i położyła ją na komodę, a ja zajęłam się odplątywaniem szalika i ściąganiem kurtki.
- Najpierw byłam w studiu, potem odwiedziłam kilka sklepów w poszukiwaniu sukienki na wesele, jak widać z marnym skutkiem, a na koniec odwiedziłam logopedę.
- Logopedę? – powtórzyła po mnie dziewczyna, krzywiąc się. – Po kiego grzyba potrzebny ci logopeda?
- Żebym, śpiewając po angielsku, nie brzmiała jak Polka śpiewająca po angielsku, tylko Angielka. – Wyjaśniłam, ale Justine nadal patrzyła na mnie jak na kosmitę. – Simon stwierdził, że jak będę miała bardziej wiarygodny akcent, to będę się lepiej sprzedawać.
- Ty czy twoja muzyka? – sceptycyzm Justyny osiągnął chyba swoje wyżyny.
- A to nie jest powiązane?
- W dzisiejszych czasach chyba rzeczywiście jest...
- Szczególnie, jeśli ja i mój Honorowy Menadżer obracamy się w kręgu One Direction. – Cmoknęłam ją w policzek i wyminęłam, zmierzając do kuchni. Oddam wszystko za dobrą herbatę w swoim wiadrze. Nigdy nie zrozumiem kawoszy – kto im zrobił taką krzywdę, że wolą kawę od dobrej herbaty?
- Właśnie, nie myśl, że ci wybaczyłam to, że nie jestem już twoim menadżerem! – krzyknęła za mną.
- A kiedykolwiek nim byłaś? – zaśmiałam się, drocząc z przyjaciółką. Będąc w tej malutkiej kuchni ze zdecydowanie przestarzałym wyposażeniem, z nią obok siebie, mogłam na sekundę zapomnieć o tej rewolucji w moim życiu. Na tę jedną sekundę mogłam znowu stać się najzwyklejszą studentką budownictwa, która na każdych zajęciach zadaje sobie pytanie „Co ja tu, do cholery, robię?”. Czy wtedy życie nie było o wiele prostsze? Może i tak, ale raczej nie powiem, że było lepsze....
- Nie byłam, ale miałam być!
- I właśnie dlatego jesteś Honorowym Menadżerem. Czyli możesz wszędzie ze mną chodzić, jeśli masz taką ochotę. – Posłałam jej uśmiech, zapełniając czajnik zimną wodą z kranu. – Sama dobrze wiesz, że lepiej, gdy zajmuje się mną doświadczony Modest...
- Dopóki nie kontrolują ciebie tak jak kiedyś chłopaków, to jest okej.
- No właśnie. A uwierz, dokładnie przeczytałam kontrakt, zanim go podpisałam. Nawet sprawdziłam kilka słów w słowniku! Więc i oni, i ja, wiemy, co nam wolno, a co nie. I na pewno nie mogą mnie cenzurować, jeśli nie mają do tego racjonalnego powodu. – Wyjęłam swój kubek z szafki i włożyłam do niej woreczek z herbatą o smaku brzoskwini i liczi, a następnie wsypałam do niego dwie płaskie łyżeczki cukru. – Oni zajmują się One Direction, Little Mix, Ollym Mursem, i to tylko między innymi. Naprawdę wiem, że mogę im zaufać. Wiem, że z ich pomocą na pewno zajdę dalej, niż bez nich.
- I pod patronatem wujka Simona.
- Cóż, on na pewno też wie, za co się bierze. Dzisiaj znowu odwiedził mnie i Eda w studio, gdy nagrywaliśmy ostatnie demo.
- Boże, on powinien mieć na drugie imię Kontrola, a nie Phillip. – Mimo, że byłam odwrócona do Justyny plecami, doskonale wiedziałam, że wywróciła oczami.
- Ale to dobrze! – stanęłam w obronie mojego szefa. – Cieszę się, że mnie pilnuje. Gdyby nie on, ta robota pewnie szłaby mi, nam, pięć razy wolniej. – Zalałam wrzątkiem herbatę i wymieszałam łyżeczką cukier. Wzięłam kubek w dłoń i usiadłam przy malutkim stoliku przy ścianie, gdzie jedno miejsce zajmowała już moja współlokatorka. – Justynaaaa...? – zapytałam po chwili ciszy, patrząc na nią spod ukosa.
- Czego? – zapytała, doskonale przeczuwając, że teraz będziemy rozmawiać o niej.
- Czy przyjaźń ze Stylesem to jest to, czego zawsze chciałaś?
- Boże, Kaśka! – od razu się zbuntowała. – Nagadał ci czegoś dzisiaj, czy co?
- Skąd wiesz, że się z nim dzisiaj widziałam? – od razu wyłapałam, a mój uśmiech zaczynał się poszerzać.
- Bo mi powiedział, że idzie się zobaczyć z Edem!
- Czyli już się sobie spowiadacie z tego, co robicie w ciągu dnia? – nie mogłam się oprzeć nabijaniu się z przyjaciółki. I w nagrodę cudem uniknęłam lecącego w moją stronę niezidentyfikowanego obiektu.
- Naprawdę widzisz mnie przy nim? W świetle reflektorów i tak dalej? – zapytała po chwili ciszy, w trakcie której unikała spotkania mojego wzroku. Nagle cała pewność siebie, która była jej znakiem rozpoznawczym, zniknęła niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- A dlaczego nie? Niczego ci nie brakuje. – Wzruszyłam ramionami. – No, a jak Lou cię weźmie w obroty, to już w ogóle będą z ciebie ludzie.
- NO DZIĘKI. – Obruszyła się, czym wywołała u mnie kolejną salwę śmiechu.
- Wiesz, że na mnie możesz zawsze liczyć. – Westchnęłam. – A tak naprawdę, to nie powinnaś się przejmować niczym innym niż Harrym. On cię lubi, i to naprawdę widać. Nie możesz się bać tego, co ludzie powiedzą. Od kiedy to TY przejmujesz się zdaniem innych? – puściłam jej oczko.
- W sumie...
- W sumie, to olej wszystkich i korzystaj z życia. Raz się żyje, a jak nie spróbujesz się zaangażować, to będziesz do końca życia pytać się samej siebie, co by było, gdyby. Chcesz tego?
- Pewnie, że nie. Ale...
- Nie ma żadnego „ale”! Mamy teraz swoje najlepsze lata i korzystajmy z tego! Potem będziesz mówić swoim wnukom, że chodziłaś z ulubieńcem milionów. Albo lepiej! Że to ich dziadek!
- Już tak bym się nie rozpędzała... – Westchnęła, nerwowo bawiąc się palcami. – Dobra, koniec o mnie – powiedziała po kolejnej chwili ciszy. – Co z tobą i Horanem?
- Od szpitala nie rozmawialiśmy... – Tym razem przyszła moja kolej, aby sobie powzdychać. – Chociaż raz wysłał mi smsa, czy chciałabym wyjść na miasto z nim i jego przyjaciółmi.
- I co? Nie zgodziłaś się? – Justyna zrobiła niedowierzającą minę.
- Nie mogłam sie zgodzić, bo do dzisiaj siedziałam non stop w studiu. – Broniłam się. – Teraz mam jakiś tydzień przerwy, bo Simon musi dać dema producentom, którzy zrobią pierwsze wersje pełnej muzyki do piosenek, ze wszystkimi instrumentami i tak dalej. Potem to skonsultujemy i...
- Bla bla bla, oszczędź mi tej nudy. Suma summarum, Niall pewnie myśli, że wcale nie jesteś tak zapracowana, tylko go zlałaś.
- Powinien wiedzieć, że go nie olałam. Sami nagrali już trzy płyty, więc wiedzą, ile to wymaga pracy. – Mruknęłam. Nie podobał mi się fakt, że Justyna stała po stronie blondyna, nie mojej. Przecież to nie ja zaprosiłam kogoś na wesele, tylko on!
- Taaaa... I na pewno nie znalazłabyś wolnego, jednego wieczoru?
- Jak tak bardzo chciał kogoś zabrać, to mógł zaprosić tę samą pindę, którą zabiera na wesele. – Warknęłam.
- Tu jest pies pogrzebany! Kasia jest zazdrosna! – radośnie klasnęła w ręce. – Co, mamy pięć lat?
- Spadaj. I tak, pewnie, że jestem zazdrosna. Szaleję za nim kupę czasu, dla niego mnie pocięli, przez co nie mogę jeść i pić tego, co lubię najbardziej. A ten...
- NIE ZNAŁ CIĘ PRZECIEŻ WTEDY JAK JĄ ZAPRASZAŁ!
- To nic nie zmienia!
- Zmienia! Wszystko!
- Nie! Gdyby naprawdę chciał, to mógł to odwołać.
- Boże, co z ciebie za uparciuch. Zobaczysz, jeszcze przyjdzie na to wesele w towarzystwie swojej mamy. Albo Katy Perry.
- Na pewno. – Wywróciłam oczami.
Już miałam kontynuować, jak to bardzo Justyna nie ma racji, gdy nagle rozbrzmiało pukanie do drzwi.
- Otworzę – prawie rzuciłam się do drzwi, uciekając od tej rozmowy i starając się sobie wmówić, że Justyna wcale nie miała racji.
- Pani Kate Bitner? – zapytał kurier, gdy otworzyłam drzwi. Trzymał w ręku jakieś naprawdę wielkie pudło opakowane w papier ozdobny i kolorową kokardę.
- Tak, to ja. – Spojrzałam podejrzenie na pudło. – Ale ja niczego nie zamawiałam.
- Nie szkodzi, to jest dostawa. Zgaduję, że prezent. – Wzruszył ramionami i podstawił mi pod nos kartkę z potwierdzeniem odbioru. – Proszę tu napisać dzisiejszą datę i się podpisać.
- Okej... – Westchnęłam i zaczęłam rozważać, co mogę znaleźć w środku. Bombę? Jakąś dziwną truciznę? – Przepraszam, ale jaki dzisiaj jest dzień? – uśmiechnęłam się niezręcznie do mężczyzny.
- Osiemnasty grudnia, proszę pani.
- Dziękuję. – Szybko się podpisałam i wzięłam całkiem ciężkie pudło od kuriera. – Miłego dnia, dowidzenia – powiedziałam i zamknęłam drzwi. – Justyna, ktoś nam jakąś bombę podrzucił! – krzyknęłam, idąc z pudłem do swojego pokoju.
- Co to...? – zapytała po chwili dziewczyna, stając za moimi plecami, gdy ja zaczynałam zrywać papier.
Pod nim nie skrywało się nic tajemniczego. – No zdejmuj pokrywkę! – Justyna była chyba bardziej podekscytowana ode mnie.
Gdy otworzyłam to pudło, zamarłam. Pierwsza w oczy rzuciła mi się piękna kopertówka, z niesamowitymi, złotymi ozdobami na czarnym tle. Obok niej leżały równie pięknie, ale klasyczne, czarne szpilki na koturnie z... czerwoną podeszwą. O Boże.
- Piękna kreacja dla pięknej dziewczyny na piękny, piątkowy wieczór. – Justine przeczytała liścik, który był na samym wierzchu. – Kaś, kto by pomyślał, doczekałaś się sponsora. – Gwizdnęła albo z przerażenia, albo z podziwu. Wyjęłam z kartonu sukienkę, która była pod butami . Rozłożyłam ją i poczułam, że zaraz chyba zemdleję z wrażenia. Była czarna, długa, z takimi samymi zdobieniami na ramionach, jakie były na torebce.
- To nowy Aleksander McQueen! – pisnęła Justyna. – Torebka też! Widziałam je w gazecie! Boże, to kosztuje majątek!
- O Boże. – Westchnęłam ciężko, opadając na łóżko obok pudła, nadal trzymając w ręku sukienkę wykonaną chyba z najprzyjemniejszego w dotyku materiału, który kiedykolwiek trzymałam w dłoniach.
- Czekaj! – krzyknęła podekscytowana i szybko włączyła mojego laptopa, który stał tam, gdzie go zostawiłam – na biurku. Miałam ogrom różnych myśli w swojej głowie. Ale przede wszystkim w myślach krążyło jedno pytanie: kto, do cholery, mi to wysłał? – No, miałam rację. Sukienka kosztuje ponad trzy i pół tysiąca, torebka ponad dwa tysiące, a buty prawie siedemset.
- Złotych? – zapytałam naiwnie, prawie bez tchu.
- Chyba zgłupiałaś. Pewnie, że funtów. – Zmierzyła wzorkiem moje łóżko. – No, na moje oko, to na twoim łóżku właśnie leży jakieś trzydzieści tysięcy złotych. Ładnie.
- O Boże. – Opadłam bezwładnie na łóżko, kurczowo ściskając sukienkę.
- Nie boziuj tu teraz, tylko myśl, kto mógł ci zrobić taki kosmiczny prezent.
- Nie mam pojęcia. – Mogłam tylko zgadywać, że moje oczy były teraz wielkości dwóch wielkich piłek, co najmniej tenisowych.
- Na pewno to był ktoś, kto w ogóle wie, że Zayn i Perrie biorą ślub w piątek. – Justyna najwyraźniej zabawiała się w detektywa. – Tyyyyyyyyyy... – Obróciła się do mnie z miną, jakby właśnie odkryła nowy pierwiastek chemiczny. – A co, jeśli Niall ci to wysłał?- zapytała, ale raczej nie obchodziła ją moja odpowiedź. – A MOŻE LIAM? – zapytała po chwili, chodząc w tę i z powrotem po pokoju, gładząc się po podbródku. – Przecież on z nikim podobno nie idzie na wesele.
- Ale chyba kręci z Kate, chociaż żadne z nich nie chce się do tego przyznać.
- No, ale tak czy siak ich znajomość jest za świeża, żeby zabierać ją na wesele. Ona nie oddała nikomu wątroby...
- Części wątroby.
- ... więc nie idzie na wesele. Proste.
- Jesteś głupia.
- Powinnaś mi dziękować! Ktoś ci właśnie sprezentował zestaw za miliony monet i jakoś nie widzę, żebyś się przejmowała tożsamością tego tajemniczego, podejrzewam, mężczyzny.
- Przynajmniej mam problem sukienki z głowy. – Wzruszyłam ramionami, jak zawsze szukając dobrych stron.
- W sumie tak. Może na weselu się wyda, kto jest takim dobroczyńcą.
- Może.
- Szkoda, że ja nie mam tak dobrze. Musiałam spędzić cały dzień na Oxford Street, żeby znaleźć coś, co się nadawało na założenie w piątek i nie sprawiło, żebym musiała głodować przez najbliższy miesiąc.- Zaczęła narzekać, a ja tylko zamknęłam oczy, wyłączając się i starając się uspokoić.
Czy teraz żaden dzień nie może wyglądać już normalnie? Po prostu... zwyczajnie?



- Lou, uratowałaś mi życie. Nie wiem, co byśmy zrobiły, gdybyś się nie zgodziła przyjechać. Nie znam nikogo innego w Londynie, kto mógłby nam pomóc  – powiedziałam, oglądając się z każdej strony w lustrze w swoim pokoju.
- Zgadzam się w stu procentach... – Jęknęła z zachwyty Justyna, podziwiająca się obok mnie.
- Praca na was to nic trudnego. – Uśmiechnęła się fryzjerka i makijażystka, która już sama wyglądała cudownie. – W końcu udało mi się spłacić dług, który u ciebie miałam. – Zaśmiała się dziewczęco.
- Dług? – zdziwiłam się, słysząc jej słowa.
- No, jak wtedy się zajęłaś Lou w samolocie. Pamiętasz? Miałam w końcu okazję się wyspać.
- Jak chcesz, to możesz mi ją co jakiś czas podrzucać. – Posłałam jej szeroki uśmiech, nie mogąc oderwać od siebie wzroku. Lou pięknie spięła moje włosy w delikatnego koka, z którego wypadało kilka kosmyków. Makijaż był delikatny, pasujący kolorystycznie do sukienki, która pasowała na mnie jak na ulał. Jedynie bałam się butów, które miały chyba szesnaście centymetrów wysokości – miejmy nadzieję, że nie wywalę się w nich przy pierwszych krokach.
Justyna natomiast miała rozpuszczone włosy, które Louise lekko zakręciła i podniosła, nadając lekkości fryzurze. Makijaż miała delikatny tak jak ja, co podkreślało jej zadbaną i młodą cerę.
Teasdale naprawdę wykonała kawał dobrej roboty.
- Dobra, dziewczyny, ja muszę się zbierać, bo zaraz mam być w urzędzie ułożyć włosy chłopakom, a przede wszystkim Zaynowi. Jedziecie ze mną, czy później?
- Jedziemy z tobą i płacimy za taksówkę. Chociaż tak możemy ci podziękować. – Zdecydowałam i ostatni raz zerknęłam do torebki, delikatnie ją otwierając, czy mam wszystko, co potrzeba. Była tak śliczna, że bałam się, że mogę ją zniszczyć jednym, nieodpowiednim ruchem.
- O nie! – Zbuntowała się nasza cudotwórczyni. – Jeśli już bardzo chcecie płacić, to podzielimy się na trzy kosztami – powiedziała, zakładając płaszcz. Wzięłam z niej przykład i ubrałam swój płaszcz, który Simon dał mi w szpitalu – jedyny elegancki, jaki miałam w swojej garderobie.
- Musisz być taka uparta? – zapytałam, cicho się śmiejąc. Założyłam w końcu swoje szpilki i zdziwiłam się ich wygodą. Jednak za coś tu się płaci... W ogóle nie czuję tej wysokości. Przynajmniej na razie.
- Nie kłóć się ze mną, bo nie będę poprawiać ci fryzury w trakcie wieczoru. – Zagroziła mi palcem.
- Masz mnie. – Westchnęłam z rezygnacją. – Justyna, gotowa?! – krzyknęłam w stronę jej pokoju, w którym dziewczyna jeszcze coś robiła.
- Tak, już jestem. – Pojawiła się po kilku sekundach gotowa do wyjścia. – To co, idziemy?
- Idziemy – odpowiedziałam równocześnie z Lou i w końcu wyszłyśmy z mieszkania. Przekręciłam zamek w drzwiach kilka razy, schowałam klucz do torebki i asekuracyjnie trzymając się barierki przy schodach, zeszłam schodami za dziewczynami.



Perrie wyglądała magicznie. Jej suknia wyglądała cudownie, tak samo jak ona. Widać było, że stojąc obok Zayna, aż promienieje szczęściem. Jedynie patrząc na nią można było się wzruszyć. Profesjonalnie spięte włosy, prawie niewidoczny makijaż, to wszystko pokazywało, jak bardzo jest naturalnie piękna. Dumę w oczach Zayna można było zauważyć nawet z prawie ostatniego rzędu, w którym ja i Justyna miałyśmy swoje miejsca. Może i mogłabym powiedzieć więcej, gdyby przede mną nie siedziała jakaś chuda i wysoka brunetka, z którą przylazł Niall. No serio, nie miała gdzie usiąść? Kark będzie mnie przez nią bolał przez miesiąc od tego wyginania się...
Wracając do tematu, druhnami były koleżanki z zespołu Perrie i dwie dziewczyny z jej rodziny. Ubrane w jednakowe, kremowe sukienki, błyszczały prawie tak jak panna młoda.
Po stronie Zayna stał jego kuzyn i całe One Direction, wszyscy wzruszeni tak samo jak cała sala. Jednak nikt nie byłby w stanie pobić mam Państwa Młodych, które cicho szlochały już zanim zaczęła się cała uroczystość.
- Teraz możecie wygłosić swoje przysięgi – powiedział urzędnik, a następnie podał jedną obrączkę Zaynowi. Ten, delikatnie się uśmiechnął, ujął lewą dłoń Perrie i podniósł na nią wzrok, patrząc jej głęboko w oczy.
- Perrie, Kochanie... – Zaczął, a ja poczułam, jak ponownie oczy napełniają mi się łzami. – W twoich oczach, znalazłem nowy dom. W twoim sercu, znalazłem miłość. W twojej duszy, znalazłem partnerkę. Z tobą, jestem całością, jestem spełniony, naprawdę żyję. Sprawiasz, że się śmieję. Pozwalasz mi płakać. Jesteś moim oddechem, jesteś biciem mojego serca. – Zrobił krótką pauzę i zaczął wsuwać srebrną obrączkę na palec dziewczyny. – Ja jestem cały twój. Ty jesteś cała moja. To jedna z niewielu rzeczy, których możemy być całkowicie pewni. Jesteś już na zawsze w moim sercu, do którego zgubił się klucz. Teraz już zostaniesz w nim na zawsze. – Zakończył swoją przysięgę i delikatnie puścił dłoń dziewczyny, której teraz przyszła kolej na wygłoszeni przysięgi.
Justyna podała mi paczę chusteczek, którą już zdążyłyśmy razem opróżnić prawie w całości. Oczywiście, starając się nie popsuć makijażu.
- Zayn, Najdroższy... – Perrie wzięła od urzędnika drugą obrączkę i, ujmując lewą dłoń Zayna, zaczęła powoli wsuwać ją na jego palec. – Jesteś dla mnie inspiracją każdego dnia, jesteś płomieniem, który mnie ogrzewa i trzyma przy życiu. Twoja obecność w moim życiu sprawia, że każdy dzień jest magiczny i wyjątkowy. Sprawiasz, że się uśmiecham.Uczysz mnie, jak kochać. Jesteś moją bezpieczną przystanią, w której zawsze mogę znaleźć spokój, miłość i zrozumienie. Jesteś dla mnie czymś niesamowitym, co odkrywam na co dzień od nowa. Jesteś największym darem od losu, jaki kiedykolwiek mogłam sobie wymarzyć. Ja jestem cała twoja. Ty jesteś cały mój. To jedna z niewielu rzeczy, których możemy być całkowicie pewni. Jesteś już na zawsze w moim sercu, do którego zgubił się klucz. Teraz już zostaniesz w nim na zawsze.
Na sali prawdopodobnie nie było nawet jednej osoby, która by się teraz nie wzruszyła. Teraz, gdy do końca uroczystości brakuje jedynie dwóch zdań, które ma wypowiedzieć stojący przed Młodymi urzędnik.
Perrie i Zayn stali na przeciwko siebie, z szerokimi uśmiechami, patrząc sobie prosto w oczy i trzymając się za dłonie, na których już spoczywały skromne obrączki.
- Z nadanego mi prawa ogłaszam was mężem i żoną – radość udzieliła się również urzędnikowi, który, na początku poważny, teraz sam się uśmiechał. – Możesz pocałować Pannę Młodą. – Zayn nie potrzebował więcej zachęt. Szybko wykonał jeden krok i z wielkim uśmiechem pocałował Perrie, która ze szczęścia śmiała mu się w usta. Wokół nich fotograf, utrwalając te piękne chwile na wieki.
- Nie rozmazałam się? – zapytałam Justyny, gdy goście zaczęli wychodzić z urzędu i zmierzać do ogrzewanego namiotu w ogrodzie, gdzie miało odbyć się przyjęcie. Dziewczyna spojrzała na mnie i pokręciła przecząco głową. – Ty też nie. Chodź, trzeba jeszcze oddać płaszcze i znaleźć swoje miejsce. – Ruszyłyśmy za tłumem i przeszłyśmy z budynku do pierwszej części namiotu, z której zrobili szatnię. Gdy dostałam już swój numerek razem z Justyną, ktoś mnie zatrzymał, kładąc rękę na ramieniu.
- Kate! – okazało się, że to Simon. Tak myślałam, że mi gdzieś wcześniej mignął. – Pięknie wyglądasz. Bałem się, że rozmiar może być nieodpowiedni, ale widzę, że trafiłem w dziesiątkę – powiedział, mierząc mnie wzrokiem, a ja westchnęłam z ulgą. Tajemnica rozwiązała się sama.
- To ty? – zapytałam, jednak będąc trochę zdziwiona. A może zawiedziona, że to jednak nie był Niall, który aż tak się o mnie zatroszczył. – Nie musiałeś...
- Ale chciałem. Muszę dbać o moją samozwańczą córkę. – Puścił mi oczko, śmiejąc się. – Chcę, żebyś kogoś poznała. – Odsunął się lekko, a zza jego pleców wyszła kobieta z widocznym brzuszkiem. - To jest Lauren, moja partnerka.
- Miło mi cię poznać. – Podałam jej dłoń, szczerze się uśmiechając. O to kobieta, której udało się zatrzymać Cowella. Brawo!
- Ciebie również, dużo o tobie słyszałam. – Miała uroczy uśmiech. Wyglądała na przemiłą osobę.
- Lepiej stąd chodźmy, stoimy w przejściu. – Simon nawet poza pracą musiał rządzić, inaczej prawdopodobnie nie byłby sobą.
- Jasne, szefie. – Zaśmiałam się z jego postawy i ruszyłam przodem do głównego namiotu.
Było pięknie. Wszędzie porozstawiane kwiatowe wiązanki, pośród białych, okrągłych stołów. Na końcu namiotu stał jeden, podłużny stół, najwyraźniej dla Państwa Młodych i najbliższej rodziny. Na środku namiotu znajdował się parkiet, obok którego natomiast swoje stanowisko miał didżej.
- Czas zacząć szukać swoich plakietek... – Westchnęła Justyna i razem ruszyłyśmy od końca, szukając swoich nazwisk ustawionych na talerzach.
Z każdym stolikiem bliżej Młodych dziwiłyśmy się, że nasze miejsca są tak blisko.
- Kate, tutaj! – usłyszałam wołanie z przodu, jak się później okazało z drugiego rzędu. – Siedzę między wami, maszkary! – Zobaczyłam miedziane włosy na horyzoncie i westchnęłam z ulgą, że po jednej swojej stronie będę miała życzliwego rudzielca. Ale skoro on siedzi po jednej stronie, to kto po drugiej..?
- Cześć, Ed, dobrze ci w garniturze. – Uścisnęłam go na powitanie i położyłam torebkę obok swojego talerza.
- Wy też wyglądacie jak milion dolarów. Naprawdę. – Zmierzył nas, a następnie przytulił Justynę. Usiedliśmy przy stoliku, czekając, aż wejdzie reszta gości i w końcu uroczyste wejście zaliczą państwo Malik.
- Kto to jest Barbara Palvin? – zapytałam skrzywiona moich dwóch towarzyszy, czytając plakietkę na miejscu obok.
- Cholera wie – odpowiedziała mi równie skrzywiona Justyna. Ed wyraźnie dobrze się bawił, widząc nasze miny.
- To ja! – usłyszałam za sobą dziewczęcy głos i miałam ochotę zapaść się pod ziemię, gdy zobaczyłam stojącą przy swoim krześle brunetkę. Tą samą, która na ceremonii zasłania mi sobą najlepszy widok. Osobę towarzyszącą Nialla. Mojego Nialla.
Cholera. Ona była idealna. Wysoka. Szczupła, wręcz chuda. Śliczne, długie, brązowe włosy. Śliczna twarz. I co, ja mam niby z nią konkurować? Jasne. Chyba w innym wszechświecie, gdzie wszyscy faceci są ślepi.
Brunetka usiadła na swoim miejscu, wyraźnie wyczuwając niechęć, jaką do niej pałałam. Dobra, Kaśka, ogarnij się.
- Ja jestem Kate, miło mi cię poznać – powiedziałam, wyciągając do niej dłoń. Oczywiście z uśmiechem, który, mam nadzieję, nie wyglądał na zbyt wymuszony. Barbara spojrzała najpierw na mnie, potem na moją dłoń, a finalnie znowu na mnie.
- Ciebie również – powiedziała z uśmiechem, najwyraźniej puszczając pierwsze wrażenie w niepamięć i ściskając moją dłoń. Muszę się ogarnąć, przecież ona mi nic nie zrobiła.
- Jesteś z UK? – zapytałam, starając się nawiązać rozmowę. – Twoje nazwisko nie brzmi brytyjsko... – Niezręcznie się zaśmiałam.
- Nie, głównie mieszkam w Stanach i w Paryżu. Ale większość życia mieszkałam w Budapeszcie, gdzie się urodziłam. Jestem Węgierką.
- Naprawdę? – szczerze się ucieszyłam. Uwielbiam Węgry! Kocham Budapeszt! – Uwielbiam Budapeszt!
- Byłaś tam? – zdziwiła się brunetka. Kątem oka zauważyłam, jak Ed i Justyna przyglądają nam się ze zdziwieniem.
- Nawet dwa razy, w sumie jakieś dwa tygodnie. I bez pamięci zakochałam się w tym mieście.
- Nie dziwię ci się, jest naprawdę wyjątkowe. – Może nawet ją polubię? Pieprzyć facetów, świat bez nich jest łatwiejszy do zniesienia!
- Szczerze mówiąc, już się nie mogę doczekać, żeby tam wrócić. – Westchnęłam, przypominając sobie te długie spacery po urokliwych miejscach Budapesztu, czy rejs statkiem po Dunaju, który wliczał się do komunikacji miejskiej. – Ale mamy to już chyba w genach, że Polacy i Węgrzy lubią swoje kraje i siebie nawzajem.
- Jesteś Polką? – tym razem Barbara wyszczerzyła z uśmiechem oczy. – Jak to było? Polak, Węgier dwa bratanki...
- ... i do szabli, i do szklanki! – dokończyłam za nią, po czym razem zaczęłyśmy się śmiać. Cholera, i tyle wyszło z mojego nie-lubienia panny Barbary Palvin.
- Widzę, że impreza już trwa w najlepsze... – Do naszego stolika doszła brakująca ekipa, czyli Liam, Harry, Louis z Eleanor i Niall. Jak można było się domyślić, Horan usiadł obok Barbary, Harry obok Justyny, obok niego natomiast Louis, potem Eleanor, a między nią a Niallem usiadł Liam.
- Dla waszej informacji, Polskę i Węgry łączy wspólna historia, wspólny król i odwieczna przyjaźń. – Streszczenie wspólnej historii w kilku słowach? – I nic tego nigdy nie zmieni. – Dodałam i nie mogłam się powstrzymać, aby w tym momencie nie rzucić krótkiego spojrzenia Niallowi.
- To całkowita prawda. – Uśmiechnęła się Palvin. – Następnym razem, jak będę odwiedzać rodzinne strony, to dam ci znać. Pokażę ci taki Budapeszt, jakiego nie ma w przewodnikach.
- I vice versa, jeśli kiedyś chciałabyś odwiedzić Polskę, to zapraszam.
- Niall, no to MIAŁEŚ osobę towarzyszącą... – Zaśmiał się Liam, przyglądając się mi i Barbarze z rozbawieniem. Jak się później okazało, jego słowa były prorocze – przegadałam z modelką większość wieczoru, doskonale się z nią dogadując. A masz, Horan.
- Szanowni pani i panowie! – w głośnikach rozbrzmiał głos didżeja. – Mam zaszczyt przedstawić wam panią i pana Malik! – krzyknął, a w wejściu do namiotu pojawiła się Młoda Para, od której szczęście biło na wszystkie strony. Wszyscy goście zaczęli bić brawo i wiwatować, gdy przemierzali drogę do swojego stołu, uśmiechnięci od ucha do ucha.
O nie, zaraz znowu będę potrzebować chusteczek. Dlaczego śluby muszą tak na mnie działać..? Biedna Lou, jeszcze kilka razy się wzruszę i będę musiała ją błagać, żeby przywróciła mnie do porządku.



W Wielkiej Brytanii śluby są bogatsze niż w Polsce, bardziej „eleganckie”. Nikt tu nie zagra „Żono moja” czy „Ona tańczy dla mnie” (chociaż nie wiem, czy to zaleta. Gdzie mamy do tego tańczyć i udawać, że nie znamy słów, jak nie na weselach?). Ale mają jedną, poważną wadę: są cholernie krótkie. Tak jak w Polsce zabawa trwa dwa-trzy dni, to tutaj przeważnie wszyscy goście rozchodzą się już o dwudziestej drugiej. Jeśli zabawa byłaby słaba, to rozumiem. Ale tu nawet nie chodzi o atmosferę, tutaj tak już po prostu jest i koniec. Aż można by pomyśleć, że się przejmują faktem, że kelnerzy, kucharze i inni pracownicy mają swoje życie prywatne i chcą być w domu jeszcze tego samego dnia...
Dlatego też wszystko, co w Polsce trwa do czwartej nad ranem, tutaj jest zmieszczone w kilku godzinach.
Teraz muszę powiedzieć o najważniejszym: obiad był pyszny! Po tłumaczeniu się, dlaczego nie piję alkoholu i dlaczego zamówiłam łososia na parze z gotowanymi warzywami i zrzuceniu winy na Simona, który każe mi się odchudzać (a by tylko spróbował.), pożarłam cały talerz w mgnieniu oka.
- Przepraszam, mogę prosić o uwagę? – szum rozmów przerwał Zayn, który właśnie wstał od stołu, trzymając w ręku mikrofon. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cała sala umilkła.
Kurde, gdzie jest Barbara? Przegapi mowę Pana Młodego! Palvin, do cholery, ile można sikać?!
- Dziękuję. – Zayn był wyraźnie onieśmielony. – W tradycji przyjęło się, że Pan Młody musi wygłosić mowę. Mimo że naprawdę próbowałem się z tego wywinąć, nikt mi na to nie pozwolił. – Nieśmiało się zaśmiał, a wraz z nim wszyscy goście. – Od razu was ostrzegę, że to nie będzie nic tak epickiego jak mowa Toma Fletchera, a raczej piosenka... Chociaż początkowo miałem coś podobnego na myśli, to się poddałem, i tak przecież nie mam szans z oryginałem. – Wzruszył ramionami i przez namiot znowu przeszedł szum chichotu. – O, śmiejecie się, czyli nie może być tak źle. W każdym razie... Naprawdę jestem beznadziejny w byciu w centrum uwagi. I teraz popatrzcie jakie to ironiczne, że jestem w One Diretion – nie, wcale nie jestem w świetle reflektorów. Ale wracając do tematu, czyli tego, jak bardzo jestem beznadziejny w przemowach, wystarczy spojrzeć na chociaż jedno nagranie z naszego koncertu. Ile razy ja mówię tam więcej niż pięć zdań przez cały koncert? To zawsze Niall i Liam najwięcej gadają. I to właśnie oni mówili mi, żebym zrobił jakiś plan wypowiedzi, cokolwiek... Ale po co? Przecież stanie przed najbliższą rodziną i przyjaciółmi i robienie z siebie idioty to nic złego, prawda? – znowu wszyscy zaczęli się śmiać. Niby to było takie chaotyczne, bez ładu i składu, ale miało to coś. Było urocze. – Dobra, koniec tego dziwnego wstępu. Przede wszystkim dziękuję wszystkim, że przyszliście. To naprawdę znaczy dla mnie i Perrie ogromnie dużo, że możemy dzielić ten dzień właśnie z wami. A teraz najważniejsze. – Głośno westchnął. – Chciałbym podziękować rodzicom Perrie, że dzięki nim na świecie pojawiła się zakręcona, blond dziewczynka o nieziemskich oczach. Dziękuję wam, że wychowaliście ją na tę kobietę, którą jest dzisiaj. Którą postanowiłem kochać codziennie do końca moich dni. Dziękuję przyjaciołom Perrie za to, że byli, są i będą. Za to, że namówili ją do udziału w X Factorze, dzięki któremu się poznaliśmy. – Zrobił krótką pauzę, obracając się w stronę swojej najbliższej rodziny. - Teraz muszę podziękować swoim rodzicom, siostrom, kuzynom i całej rodzinie, która zawsze była przy mnie. Dziękuję wam, że jesteście i sprawiacie, że mimo tego całego szaleństwa, nadal jestem tym samym Zaynem z Bradford. Kocham was! – uśmiechnął się szeroko do swoich rodziców i rodzeństwa, którzy siedzieli po jego stronie. – Pewnie najbliższe kilka miesięcy byłoby dla mnie męką, gdybym nie podziękował czwórce idiotów, która siedzi przy tamtym stoliku. – Zayn, śmiejąc się, wskazał palcem na stolik, przy którym siedziałam. – I nie, nie mam na myśli Kate, Eda, Justine i Eleanor. – No serio, Basiu? Co ty jadłaś na ten obiad? – Niall, Liam, Louis, Harry. Jesteście dla mnie jak bracia. Upośledzeni, ale bracia. – Cała sala wybuchła śmiechem, a ja zaczęłam się śmiać ze śmiechu Nialla (standard). O dziwo, przeszła mi na niego złość. W końcu chyba nie powinnam być na niego zła już na starcie.
Jakby, cholera, poczuł mój wzrok, Niall obrócił się w moją stronę i na milisekundę nasze spojrzenia się skrzyżowały. A ja, niczym najprawdziwszy tchórz, odwróciłam wzrok z powrotem na Zayna, czując, jak moje policzki się rumienią. I nie, wcale nie widziałam kątem oka, że Niall nadal mi się przygląda. Wcale, nic a nic.
- Życie z wami jest niesamowitą przygodą i chciałbym, żeby ta przygoda trwała wiecznie. Dodaliście mi pewności siebie. Dzięki wam znalazłem siebie i mając was tutaj, w tym szczególnym dla mnie dniu, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Dziękuję. – Lekko się ukłonił w naszą stronę. – Jak to się mówi, najlepsze na koniec. – Zaśmiał się cicho i obrócił się w stronę Perrie, siedzącej po jego prawej stronie. – Perrie, Kochanie. Jesteś światłem mojego życia. Przy tobie czuję, że mogę wszystko, że mam nieograniczone możliwości. Kocham cię tak, jak nigdy nie spodziewałem się, że będę mógł kogoś pokochać. Kocham cię za to, jak zwyczajnie się przy tobie czuję. Przy tobie nie jestem Zaynem z One Direction, tylko po prostu Zaynem. Kocham, gdy drapiesz mnie po plecach. Kocham, gdy budzisz mnie swoim śmiechem i pocałunkami. Kocham, gdy gotując robisz totalny bałagan w kuchni, a potem tak sprytnie mną manipulujesz, że ja to po tobie sprzątam i nawet nie jestem zły. Kocham, gdy nagle, na środku ulicy stajesz, aby mnie przytulić. – Chyba nie muszę mówić, że właśnie wycierałam łzy w bawełnianą serwetkę. – Kocham cię do szaleństwa od chwili, w której pierwszy raz na mnie spojrzałaś. Ale nie tak jak wszyscy. Spojrzałaś na mnie tak, że jako jedyna od razu mnie zobaczyłaś. Prawdziwego mnie. I za to ci dziękuję. Kocham cię, Pers. – Szepnął Zayn i odłożył mikrofon na stół. Perrie od razu rzuciła mu się na szyję, a sala wybuchła gromkimi brawami.
- Teraz, dopóki emocje zupełni nie opadną, - odezwał się po chwili didżej, - proszę o przejście w stronę parkietu, gdzie za chwilę Perrie i Zayn zatańczą po raz pierwszy jako małżeństwo. Jak twierdzi sama Panna Młoda, do tej piosenki tańczyli w ogóle po raz pierwszy. – Zakomunikował mężczyzna, a wszyscy w trakcie dosłownie kilkunastu sekund ustawili się wokół parkietu, czekając, aż z głośników zacznie lecieć muzyka.
- Tańczący Zayn, to może być ciekawe. – Szepnął w moją stronę Liam, stojący obok mnie.
- Na pewno wolę oglądać tańczącego Zayna niż ciebie. Wyglądasz wtedy, jakby ktoś cię prądem poraził. – Zaśmiałam się, starając się dojrzeć coś zza pleców osoby stojącej przede mną. – Lepiej powiedz, dlaczego nie zaprosiłeś tu Kate? – zapytałam.
- Bo się za krótko znamy. Widzieliśmy się tylko kilka razy, więc... – Liam przerwał w momencie, w którym się zorientował, że już się wygadał.
- A JEDNAK! – krzyknęłam ucieszona i od razu zostałam zgromiona przez otaczających na ludzi. – Wiedziałam, że coś się święci! – tym razem już powiedziałam to szeptem. – Dlaczego to tak przede mną ukrywaliście?
- Bo Kate uznała, że za łatwo się wszystkim ekscytujesz, tak jak właśnie teraz. – Westchnął, wyraźnie niepocieszony tym, że się wygadał. – I się na wszystko niepotrzebnie napalasz.
- Dobrze, że na wszystko, a nie wszystkich. – Wywróciłam zirytowana, już wymyślając, co zrobię Kate, gdy tylko ją dorwę w swoje łapska. Jak mogła mi nie powiedzieć, że kręci z Liamem?! Ja powinnam być PIERWSZĄ, której to mówi!
- Na wszystkich nie musisz, wystarczy, że na Nialla. – Prychnął, zatykając ręką usta.
- Co? – skrzywiłam się, patrząc na niego.
- Daj spokój, ślepy by zauważył. – Wywrócił oczami. – Cały wieczór albo ty gapisz się na niego, albo on wlepia w ciebie swoje ślepia. Jesteście już nudni z tymi podchodami.
- Powiedz to Barbarze... – Sorry, Basiu, serio cię lubię, ale Niall jest tylko jeden.
- Już się nie pogrążaj, na kilometr widać, że nie łączy ich nic poza przyjaźnią. – Nie powiem, skoro Liam tak twierdzi, to zdecydowanie poprawia mi to humor.
- Cicho bądź, zaczyna się. – Uciszyłam Payne’a, jakże zgrabnie ucinając temat, gdy wszystkie światła skierowały się na krąg wydzielony przez gości na parkiecie, a z głośników zaczęła płynąć spokojna melodia. Nie minęło więcej, niż kilka sekund, gdy na parkiecie pojawiły się gwiazdy dzisiejszego wieczoru i zaczęły wirować w rytm muzyki.



Boże, ona wyglądała dzisiaj tak pięknie. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Ta sukienka, idealnie opinająca jej sylwetkę, która nie była ani za chuda, ani za gruba. Ta fryzura, która pokazywała jej szczupłą szyję, która aż się prosi, aby ją delikatnie całować. Makijaż, który idealnie podkreślał jej niesamowite niebieskie oczy i różowe usta. Przez całe wesele miałem ją w głowie, nawet jeśli akurat tańczyła w tych niebotycznych szpilkach z Edem, czy wygłupiała się z Justine.
Niestety przez to Barbara mogła czuć się trochę pominięta tego wieczoru. I uwierzcie lub nie, czułem z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Jednak jej słowa, gdy odprowadzałem ją na taksówkę, utrzymując równowagę jedną kulą, pozwoliły mi zmniejszyć te wyrzuty do całkowitego minimum.
Wspaniale było ponownie spotkać twoich przyjaciół, Niall. Doskonale się bawiłam, mimo że jesteś jeszcze niedysponowany i nie mogłeś tańczyć. A, i jeszcze jedno. Bez dwóch zdań Kate czuje to samo do ciebie, co ty do niej. Pewnie goście z drugiego końca namiotu to widzieli, a ja przecież siedziałam między wami. Będziecie piękną parą.
A teraz stoję tutaj, w namiocie, gdzie nie ma już nikogo oprócz trzech osób: didżeja, który pakuje swój sprzęt, mnie, stojącego jak słup na środku parkietu i Kate, która siedzi sama przy naszym stoliku i z ożywieniem rozmawia z kimś przez telefon w swoim ojczystym języku. Mógłbym przysiąc, że kilka razy wyłapałem swoje imię. Czy to mogę już uznać za sukces dzisiejszego dnia?
W pewnym momencie Kate się rozłączyła i schowała komórkę do torebki. Dopiero, gdy w jedną rękę wzięła torebkę, a w drugą parę swoich butów, zauważyłem, że była już na boso.
Chyba nie ma na świecie bardziej urzekającego obrazka niż kobieta, która poddaje się po zaciętej walce ze szpilkami i decyduje się na chodzenie na boso.
- Niall? – stanęła w miejscu, najwyraźniej zdziwiona moim widokiem.
- Cześć, Kate – powiedziałem nerwowym głosem. Najbliższe kilkanaście minut może zaważyć nad moją przyszłością. A może nawet i na całym życiu...
- Gdzie jest Barbara? – zapytała, rozglądając się po namiocie, jakby bojąc się, że Palvin nagle skądś wyskoczy. Zaczęła powoli iść w moją stronę w momencie, w którym didżej opuścił namiot wraz z resztą swojego sprzętu. Nareszcie sami.
- Już pojechała – odpowiedziałem zdawkowo. Naprawdę, moja niewłaściwa osoba towarzysząca to ostatnie, o czym teraz chcę rozmawiać z Kate.
- To co ty tu jeszcze robisz? – zapytała, gdy stanęła tuż przede mną.
- Czekam na ciebie...? – nieśmiało  odpowiedziałem, ale nie mogłem wyczuć jej reakcji. Wbiła we mnie swoje niebieskie tęczówki, prześwietlając mnie jak promienie rentgenowskie. – Chciałbym, żebyś ze mną zatańczyła.
- Ale Niall... Twoja noga... – Skrzywiła się, wyraźnie zmartwiona, i machnęła ręką z torebką w stronę mojej nogi obciążonej gipsem. Syntetycznym, ale gipsem.
- Cały wieczór oszczędzałem nogę i energię i nie tańczyłem dokładnie po to, aby właśnie teraz zatańczyć z tobą. – Uśmiechnąłem się i prawie podskoczyłem z radości, gdy dziewczyna się delikatnie zarumieniła i założyła za ucho kosmyk włosów, który wypadł jej z koka.
Odłożyła buty i torebkę kilka kroków od nas i wróciła do mnie.
- A muzyka? – odwzajemniła uśmiech i podeszła jeden krok tak, że mogłem swobodnie ująć jej jedną dłoń, a drugą położyć na swoim ramieniu, gdy tymczasem moja prawa dłoń powędrowała na jej biodro.
- Kto powiedział, że do tańczenia potrzebna jest muzyka? – prychnąłem z udawanym oburzeniem, a Kate zaczęła się śmiać.
- Okej. Ma pan rację, panie Horan.
- Ja mam zawsze rację, pani Ho... Bitner. – NO. NIE. WIERZĘ. CZY JA JĄ WŁAŚNIE PRAWIE NAZWAŁEM PANIĄ HORAN?! NIAAAAAAALL, IDIOTO!
Na szczęście, Kate chyba nie zauważyła mojego faux pa. Ta, na pewno. Po prostu lituje się nad kaleką i tylko udaje, żebyś się nie spalił ze wstydu.
- No to zaczynamy. – W ślimaczym tempie, spowodowanym obecnością tego świństwa na nodze, zaczęliśmy się kiwać na boki, stopniowo się obracając.
A teraz czas na gwóźdź programu. Tylko tego nie spieprz, Horan, bo będzie po tobie.
- The end of the night, we should say goodbye. But we carry on, while everyone’s gone. – Zacząłem śpiewać po cichu, wpatrując się w oczy Kate. Gdy zorientowała się, co robię, aż wzięła głęboki wdech. Głos zaskoczenia powstrzymała jej dłoń, która z mojego ramienia powędrowała na jej usta, szczelnie zasłaniając je przede mną. Zdecydowanie mi się to nie podobało, więc od razu ująłem jej dłoń i odłożyłem na jej poprzednie miejsce. – Never felt like this before, are we friends or are we more? As I’m walking towards the door, I’m not sure. – Gdy zdecydowałem się, że zaśpiewam Kate jedną z naszych piosenek, wybór padł prawie od razu na Change My Mind. Nikogo tu nie ma oprócz nas, jest już koniec wieczoru... Cały tekst brzmiał tak, jakby był pisany właśnie dla nas, na tę chwilę. Jesteśmy przyjaciółmi czy czymś więcej? To pytanie ciążyło mi na sercu, odkąd się dowiedziałem, że Kate to Moony. I dopóki nie zobaczyłem jej dzisiaj, po tak długiej przerwie, nie byłem pewny. Ale teraz już jestem. Jestem pewny, że Kate jest tym, czego teraz potrzebuję w swoim życiu jak niczego innego.
- But baby if you say you want me to stay, I’ll change my mind. – Kate szczerze mnie zaskoczyła, gdy zaczęła śpiewać refren sekundę przede mną. I robiła to tak pięknie, że nie miałem serca jej przerwać. – Cause I don’t wanna know I’m walking away, if you’ll be mine. – Zaczęła energicznie mrugać powiekami, gdy do jej oczu napłynęły łzy, a głos na ostatnich słowach zaczął drżeć. Nie mogłem się powstrzymać i mocno ją do siebie przyciągnąłem. Dzięki temu, że zdjęła szpilki, jej głowa idealnie wpasowała się w dół między moją szyją a ramieniem. Oparłem głowę na jej głowie, delektując się jej zapachem. Rękoma objąłem ją w talii, jeszcze mocniej ją do siebie tuląc. Kate przełożyła ręce pod moimi i położyła je na moich plecach. Gdybym tylko mógł, chciałbym spędzić tak całe swoje życie.
- Lean in, when you laugh, we take photographs. – Kontynuowałem piosenkę, szepcząc jej tekst obok ucha, przy niektórych słowach lekko muskając je wargami. - There’s no music on music, but we dance alone. – Słysząc ten wers, Kate cichutko zachichotała. A nie mówiłem, że ta piosenka jest stworzona na tę chwilę? – Never felt like this before, are we friends or are we more? As I’m walking towards the door, I’m not sure. But baby if you say you want me to stay, I’ll change my mind. Cause I don’t wanna know I’m walking away, if you’ll be mine... So baby if you say you’ll want me to stay, stay for the night, I’ll change my mind. – Skończyłem śpiewać, ale nie miałem najmniejszej ochoty wypuszczać Kate ze swoich ramion.
Jednak Kate lekko odchyliła głowę do tyłu, patrząc mi prosto w oczy.
Nie mogłem znieść, że już całe nasze ciała się ze sobą nie stykają i długo o tym nie myśląc, oparłem swoje czoło o jej, przymykając oczy i ciesząc się tą chwilą.
- Dziękuję. – Szepnęła, prawie niesłyszalnie.
- Ja też. Że nie uciekłaś. – Nie mogłem się powstrzymać i cicho się zaśmiałem, a Kate mi zawtórowała.
- Od ciebie? – zapytała, cały czas szeptem. Cisza wokół nas, przerywana tylko naszymi ściszonymi głosami, nadawała tej chwili dodatkowego uroku. Intymności. – Chyba zgłupiałeś.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem, jak wpatruje się we mnie z uśmiechem.
- Na pewno zgłupiałem. Już dawno, a konkretniej chyba... – zastanowiłem się chwilę, aby przypomnieć sobie konkretną datę. - ... drugiego listopada, kiedy pierwszy raz spojrzałaś na mnie tym swoim wzrokiem.
- Czyżbyś kradł teksty Zayna z jego mowy? – cicho się zaśmiała.
- Pfff... To on kradnie moje teksty. – Położyłem dłoń na jej policzku, delikatnie go gładząc opuszkami palców. Nie mogłem nie zauważyć, jak Kate wzięła głęboki wdech, gdy moje palce dotknęły jej twarzy.
Lekko przechyliłem głowę, kładąc drugą dłoń na jej drugim policzku. Tak długo na to czekałem, pomyślałem, zbliżając do siebie nasze usta, prawie nie oddychając. Kate zamknęła oczy, czekając, aż nasze wargi złączą się w tym upragnionym pocałunku, a ja poszedłem jej śladem.
- Kate! Już jest nasza taks... O KURWA! – usłyszeliśmy krzyk Justine, która właśnie weszła do namiotu. – JUŻ MNIE NIE MA! UDAWAJCIE, ŻE MNIE TU W OGÓLE NIE BYŁO! – brunetka zakryła swoje oczy dłonią i obróciła się w stronę, z której przyszła, i idąc na oślep, trafiła do wyjścia z namiotu.
Jednak było już po wszystkim. Oboje odskoczyliśmy od siebie niczym dzieci przyłapane na wykradaniu ciastek z mamijnej skrytki. O dziwo nie zabiłem się przy tym o własną nogę.
NO CHOLERA JASNA! Czy zawsze wszystko musi być przeciwko mnie?
- Chyba muszę już iść... – Powiedziała Kate, podnosząc buty i torebkę z podłogi. – Dziękuję za idealne zakończenie tego wieczoru, Niall. – Podeszła do mnie i już myślałem, że dostałem drugą szansę od Boga, ale Kate złożyła szybki, wręcz błyskawiczny, pocałunek na moim policzku i się odsunęła na „bezpieczną” odległość.
- Cała przyjemność po mojej stronie. – Uśmiechnąłem się, lekko zawiedziony, i patrzyłem jak Kate odchodzi w stronę szatni, gdzie prawdopodobnie czekała już na nią Justine z płaszczem. Jeszcze mi za to zapłaci. – Kate! – krzyknąłem, a blondynka obróciła się w moją stronę, idąc teraz tyłem. – Spotkamy się jeszcze przed twoim poniedziałkowym lotem do domu? – Mówiła przy stole, że w poniedziałek leci na święta do Polski. MUSZĘ się z nią jeszcze zobaczyć, zanim wyjedzie. W końcu mam dla niej prezent...
- Chętnie! – krzyknęła z szerokim uśmiechem i ponownie się obróciła, znikając mi po chwili z pola widzenia.

- Tak bardzo chcę, żebyś była już tylko moja... – Szepnąłem za dziewczyną, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że nikt mnie już nie usłyszy, a tym bardziej Kate. 





25/27

11 komentarzy:

  1. aww, pierwsza jestem ;d zabieram sie za czytanie!

    OdpowiedzUsuń
  2. O mój boże! Tak wreszcie! Sama zaczęłam płakać.
    Niall wreszcie zrobił to, co powinien zrobić. Jak bardzo dziwne będzie to, że jak tylko przeczytałam, że zabiera już kogoś na wesele to pomyślałam o Barbarze? I zgadałam! Szkoda tylko, że nie mam takiego szczęścia na sprawdzianach...
    Kate w studiu... Będzie nową gwiazdą? Jak już pisze z Ed'em to będzie cudownie.
    Ostatni akapit - ♥
    Jest wprost cudowny. I ta piosenka. Chodzi mi po głowie od kilku dni, więc aż sobie śpiewałam ją jak czytałam. Teraz tylko mam ochotę coś zrobić Justynie za to że im przerwała. No ale mają się jeszcze spotkać! Tak, wtedy może coś się stanie.
    Zdecydowanie opłacało się czekać tyle na ten rozdział. :) To prawda, że już tylko kilka zostało do końca?
    Na dziś to chyba tyle. Jutro na pewno przeczytam to jeszcze raz i wtedy najwyżej coś dopiszę. Trafiłaś idealny moment żeby dodać rozdział, akurat miałam iść się uczyć. :D
    Jest CUDOWNIE!
    Pozdrawiam
    Patricia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znowu płaczemy? Ej, to miał być rozdział z rodzaju szczęśliwych! Tym razem nikt miał nie płakać... :P
      Czy Kate będzie gwiazdą? Hmm... Tego chyba się nie dowiemy, szczerze mówiąc. Chyba że kiedyś napiszę drugą część opowiadania :)
      Cieszę się, że spodobał Ci się ten akapit... Nieskromnie powiem, że mi też się od razu bardzo spodobał już w momencie, kiedy go sobie wymyśliłam w głowie. I teraz jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych w całym opowiadaniu. I to nie jest wina Justyny! Nie wiedziała przecież, co się tam dzieje ;)
      Tak, to już ostatnie rozdziały... Jak napisałam na końcu, to już 25 z 27 rozdziałów. Dlatego jest taki długo, bo napisałam wszystko, co zaplanowałam i nie rozbiłam tego na dwa rozdziały, jak to wcześniej miałam w zwyczaju.

      Buziaki,
      @katie093

      Usuń
    2. Oby była druga część.

      Usuń
    3. Chyba po prostu za bardzo się wzruszam. A ślub i wesele były wzruszające!
      Możesz napisać drugą część. Myślę, że nikt by nie narzekał. :D
      Ale mogła najpierw wejść a potem się odzywać! Wtedy by się pewnie nie odezwała, a ta dwójka by się pocałowała. No a Justyna by pewnie pobiegła do Hazzy. xD
      Szkoda, że to już koniec. No ale nie mogę się doczekać do wymyślisz w tych dwóch rozdziałach które zostały :D

      Usuń
  3. Awwww... tak bardzo słodko! :D
    Masz szczęscie, bo chyba nikt mnie nie zabije ;p (przynajmniej ja nie mam myśli samobójczych, więc jest dobrze!)
    Kate i Niall są taaaaaaaaaaacy uroczy, jak do księżyca i z powrotem. Mam nadzieję, że te dwa rozdziały, które zostały do końca, skończą się moim upragnionym happy endem, bo moje serducho chyba by nie przeżyło, gdyby się tak nie stało! Rozdział cudowny i chyba najdłuższy jak do tej pory ;) Fajnie się czytało i ta piosenka... super! (no i w końcu przypomniało mi się, że wysłałam Ci tekst tej piosenki 1D wtedy, na tt! :D) ahh... jestem z siebie dumna :D
    no i jeszcze coś co wyłapałam, czego pewnie nie zauważyłaś, to zamiast: cmoknęłam ją w policzek, jest "smoknęłam" i z tego co mi się wydaje, to powinno być: Możesz pocałować Pannę Młodą, a nie "Panną" ;)
    Smutno, że już powoli zbliżamy się do końca, ale nadal z wielką niecierpliwością czekam na dalsze losy bohaterów :) (w końcu w 2 rozdziałach, wiele się może zmienić ;))
    Całusy! Xx. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Awwwww... Tak bardzo słodko! :D Tak miało być!
      Pewnie, są uroczy :D Jak są tacy uroczy w opowiadaniu, to jak uroczy byliby w rzeczywistości..? :D Już się nie mogę doczekać, żeby się o tym przekonać na własnej skórze :D
      Nie wiem, czy najdłuższy, ale na pewno jeden z dłuższych...
      Słusznie, masz prawo być z siebie dumna - gdyby nie Ty, nie byłoby pewnie tego akapitu :)
      Nie rozumiem, masz coś przeciwko smokaniu? :P Nie mam pojęcia, czemu Word mi tego nie podkreślił... Ale dziękuję, od razu poprawiłam ;)
      I masz rację! W dwóch rozdziałach może się jeszcze wiele zmienić ;>

      Buziaki!

      Usuń
  4. Idę zasztyletować Justine. W TAKIEJ CHWILI, arghh! No kurcze, było tak blisko to pocałunku, tak blisko do tego żeby po całym ślubie w ciągu którego praktycznie zżerali się pewnie wzrokiem w końcu konkretnie zaiskrzyło! No kurde.
    Co do Justine to nadchodzi temat Stylesa. Nie uwzględniłaś niestety żadnej rozmowy między tą dwójką, mam nadzieję że coś się pojawi o nich, o nich jako parze oczywiście, w następnym rozdziale ;d
    MIŁOŚĆ KWITNIE WOKÓŁ NAS. ♥
    ZAYN I PERRIE
    LOUIS I ELEANOR
    NIALL I KATE
    HARRY I JUSTINE
    LIAM I KATE
    awww. tyle miłości! Nie mogę uwierzyć że zbliża się koniec, że zostały dwa, DWA, rozdziały! To naprawdę smutne, że tak późno odnalazłam twoje opowiadanie :'( Ono dało mi tyle radości, tyle śmiechu!
    No ale dość tego, rozklejać się będę za dwa rozdziały. JUŻ za dwa rozdziały. Chyba już zacznę płakać z tęsknoty za twoim opowiadaniem, za twoją twórczością.
    A tak wgl to wcale nie czytam tak wolno że po 80 minutach dodaje ten komentarz, żeby nie było xd Zagadałam się w międzyczasie przez telefon, pół godziny poleciało, a jak zaczęłam pisać ten komentarz to żeby z niego coś przyzwoitego wyszło to też mi chwilę zajęło ;dd Cokolwiek, nie ważne, zapomnij ;x
    Czekam na przedostatni rozdział. Będę smutać. Nie z radości w opowiadaniu, tylko ze to prawie koniec :"'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooj, to nie była jej wina! Przecież nie wiedziała, co się tam dzieje, gdy wchodziła :)
      Nie uwzględniłam ich rozmowy, to prawda. Zrobiłam to celowo, chciałam, żeby inna dwójka była gwiazdą tego rozdziału ;)
      Cóż.. Wszystko się kiedyś kończy ;) I to nie jest wcale smutno! Lepiej późni niż wcale, prawda? ;)
      Można jeszcze powiedzieć, że koniec czegoś, jest początkiem czegoś innego... ;)

      Buziaki,
      @katie093

      Usuń
  5. O. MOJ. BOZE. To jest niesamowite! Och... Tak sie ciesze, ze wkoncu sie ogarneli zwlaszcza Niall.
    Czy to naprawde juz koniec tej historii? :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę! Wszystko już jest na dobrej drodze... :)
      Do końca zostały dwa rozdziały, to prawda. Nie jestem pewna, czy to jest koniec jednak całej historii. Ale nawet jeśli nie, to najpierw chciałabym się wziąć za pisanie czegoś zupełnie innego. Jak skończę z tym przyszłym opowiadaniem, to wtedy może wróciłabym do MGP. Ale niczego nie mogę obiecać.

      Buziaki,
      @katie093

      Usuń