sobota, 14 grudnia 2013

Shot 1 [1/2]

Szczecin nocą nie był tak zachwycający jak za dnia. Nawet te ładne, zielone ulice, wokół których stały same wyremontowane kamienice.
No, może jednak był zachwycający. Ale nie w przypadku, jeśli wraca się samemu o drugiej w nocy z klubu do domu, kiedy twoja dzielnica jest nazywana „Trójkątem Bermudzkim”. I to w dodatku przez dzielnicowych, którzy boją się tu przychodzić, nawet w dzień.
Z każdym skrzyżowaniem dzieliło mnie już coraz mniej od mojego domu. Pomińmy fakt, że gdy mijały mnie grupki pijanych facetów, to odwracałam wzrok i w głowie odmawiałam modlitwę „proszę, nie bądźcie gwałcicielami albo złodziejami, proszę, nie bądźcie gwałcicielami albo złodziejami”.
Przechodząc przez ostatni duży plac po drodze, zauważyłam samotnego mężczyznę, bezwładnie opierającego się o ścianę kamienicy.
- Pijak! – krzyknęła jakaś kobieta, przechodząca obok niego wraz ze swoim partnerem. Pomimo tego, że był już środek nocy, a miejskie latarnie nie były pierwszej młodości, mogłam doskonale ujrzeć w jej oczach pogardę dla leżącego mężczyzny.
- Haha, patrzcie, jaki żul! – obok niego przeszła grupka pijanych, młodych ludzi, wytykających go palcami i głośno się śmiejących.
Moja pierwsza myśl, oczywiście, była podobna do tych ludzi. Ale coś we mnie kazało mi zwolnić i przyjrzeć się mężczyźnie.
Gdy już coraz bardziej się do niego zbliżałam, zauważyłam, że nie przypomina on pod żadnym pozorem osoby bezdomnej, czy stereotypowego „pijaka” – był czysty, świeżo ogolony, miał na sobie markowe ciuchy.
Natychmiast zapaliła mi się w głowie czerwona lampka, natomiast serce przyspieszyło swój bieg, a ja poczułam, jak nagle trzeźwieję w zastraszającym tempie.
Powoli podeszłam do mężczyzny i przed nim kucnęłam.
- Przepraszam pana, wszystko w porządku? – zapytałam kontrolnie, nie wiedząc co mam konkretnie zrobić. Niby miałam milion kursów pierwszej pomocy w życiu, ale to była wiedza czysto teoretyczna, tylko czasami wspomagana manekinami.
- Kie... szeń... – Mruknął, a ja, zdziwiona, przez kilka sekund nie byłam w stanie się ruszyć. Mam grzebać mu w kieszeniach? – Kieszeń... – Powiedział jeszcze słabszym głosem niż poprzednio, a powieki cały czas mu się zamykały, jakby nie był w stanie samodzielnie utrzymać otwartych oczu.
- Która kieszeń? – zapytałam, ale gdy nie dostałam żadnej odpowiedzi, oprócz już kompletnie niezrozumiałego bełkotu, zaczęłam przeszukiwać kieszenie w ubraniach mężczyzny. Kurtka – nic. Spodnie – nic, a przynajmniej nic, co mogłoby mi teraz pomóc. Marynarka? W zewnętrznych kieszeniach nic nie znalazłam, ale poczułam przez dotyk, że coś się znajduje w wewnętrznej kieszeni. Rozpięłam jeden guzik i po chwili wyciągnęłam strzykawkę.  
- Cholera jasna... – Mruknęłam, nie do końca będąc pewną, co mam z nią zrobić. Co ja mówię, jakie „nie do końca”?! Ja W OGÓLE nie wiedziałam, co mam z nią zrobić. Obróciłam ją do światła, ale nie było na niej żadnego napisu. – Insulina? – zapytałam, gdy do głowy przyszła mi ta myśl, a w odpowiedzi dostałam jakiś koślawy ruch głową, który, mam nadzieję, był potwierdzeniem.
Dobra, insulina. Cukrzyca. Pani na biologii w liceum mówiła, że to coś z przemianą cukrów w wątrobie, trzustce, coś. Czyli brzuch. Tam mam wbić tę igłę?
NOSZ CHOLERA JASNA!
Trzęsącymi się rękoma zdjęłam część ochronną z igły, a drugą ręką odsunęłam brzuch mężczyzny. Boże, miej mnie i tego faceta w swojej opiece, pomyślałam, przykładając igłę do skóry. Miałam ochotę zamknąć oczy, ale to byłby chyba zły pomysł.
Ostrożnie zanurzyłam część igły w skórze, starając się przy tym nie stracić przytomności, i przycisnęłam tłok, wpuszczając przezroczystą substancję w jego organizm. W momencie gdy plastikowy pojemniczek z insuliną stał się pusty, wyciągnęłam igłę i odrzuciłam ją na bok, zapisując w pamięci, że potem będzie trzeba ją gdzieś wyrzucić, bo chodnik to raczej nie jest dla niej odpowiednie miejsce. Gdy miejsce ukłucia zaczęło być czerwone pod wpływem krwi, z torebki wyciągnęłam chusteczkę i przyłożyłam do rany. Drugą ręką wyjęłam z kieszeni spodni komórkę i wybiłam na klawiaturze ten numer po raz pierwszy w życiu: 112.
- Numer alarmowy, słucham? – usłyszałam kobiecy głos i od tej chwili starałam się przypomnieć wszystko to, co powinnam teraz powiedzieć.
- Nazywam się Katarzyna Chmielnik i chciałabym prosić karetkę na Plac Kościuszki, pod KFC. Prawie nieprzytomny cukrzyk, przed sekundą podałam mu insulinę.
- Mężczyzna czy kobieta? Wiek?
- Mężczyzna, około pięćdziesięciu lat.
- Niech pani poczeka kilka minut, jak się nie poprawi po tej dawce insuliny, to niech zadzwoni jeszcze raz.
- Czekać? A jak tu mi zaraz umrze?! – zdenerwowałam się. Wiedziałam, że takie przypadki są notoryczne w kontaktach z osobami pracującymi na tej linii, ale w takich wypadkach nie można czekać!
- Proszę nie krzyczeć! Jeśli się nie poprawi, to pani jeszcze raz zadzwoni! Karetki są do poważnych wypadków, a nie... Do widzenia. – Po tych słowach usłyszałam charakterystyczne pikanie w słuchawce, sugerujące, że mój rozmówca się rozłączył.
Rzucając donośnie najpopularniejszym polskim przekleństwem, wstałam i wyrzuciłam strzykawkę do najbliższego kosza na śmieci. Wróciłam na poprzednie miejsce i usiadłam przed mężczyzną, czekając, aż jego stan się poprawi.
Przez najbliższe kilka minut starałam się ignorować ciekawskie spojrzenia nocnych przechodniów, których w tym miejscu było ich zadziwiająco dużo jak na drugą w nocy.
- Dziękuję... – Usłyszałam cichy głos i natychmiast podniosłam przed siebie wzrok. Mężczyzna powoli próbował podnieść się do pozycji pionowej. Wstałam i podałam mu swoje dłonie, aby mu pomóc. Złapał je i wspólnymi siłami udało nam się go podnieść. Oparł się plecami o budynek i wziął kilka głębszych oddechów. – Uratowała mi pani życie. Nie wiem, jak się odwdzięczę.
- Ma pan jak wrócić do domu? – zapytałam bez zbędnych ceregieli. Na to pytanie zaczął przeszukiwać powoli swoje kieszenie.
- Przepraszam, ktoś mi chyba ukradł portfel...
- Okej, dam panu na taksówkę. – W głowie starałam się sobie przypomnieć, co mi zostało w portfelu po nocnych „wojażach.”
- Nie trzeba, jak dojadę do domu, to żona zapłaci.
- Skoro tak, to już dzwonię. – Wyciągnęłam ponownie telefon.
- Naprawdę, mogę się jakoś odwdzięczyć? Mam pieniądze, kontakty, co mogę dla pani zrobić? – zapytał, gdy ja zamawiałam taksówkę. Spojrzałam mu w oczy, w których nie zauważyłam nic poza szczerą wdzięcznością.
- Niech pan nic nie robi, tylko bezpiecznie dojedzie do domu. – Westchnęłam, gdy skończyłam rozmowę z centralą. – Ja się cieszę, że udało mi się panu pomóc. Gdybym wracała inną drogą...
- Cóż, ludzka znieczulica...
- Ta znieczulica mogła pana zabić. To jest niewiarygodne, że taka mała strzykawka postawiła pana na nogi. Nadal jest pan blady i słabo wygląda, ale może chociaż samodzielnie stać.
- Tak, współczesna medycyna potrafi zdziałać cuda. – Zrobił krótką pauzę. – Nie, naprawdę, ja tak nie mogę! – to chyba miał być krzyk, ale przy jego osłabieniu, był to spokojny ton. – Muszę się jakoś odwdzięczyć! – powiedział w momencie, gdy obok nas stanęła taksówka.
- Niech pan mi obieca, że jutro pójdzie do swojego lekarza sprawdzić, czy wszystko jest okej. Tyle mi wystarczy. – Uśmiechnęłam się i zaczęłam iść w kierunku domu, nie czekając na odpowiedź mężczyzny.
Nie mogłam nic od niego przyjąć. Wtedy moja pomoc nie byłaby już dłużej bezinteresowna, a życia się nie ratuje komuś, żeby coś zyskać. A przynajmniej nie powinno. Czułabym się źle sama ze sobą, gdybym coś przyjęła od tego mężczyzny.
Po kilku minutach skręciłam z oświetlonej, ruchliwej ulicy w ciemną, z dużą ilością krzaków. Jesienią, o tej godzinie, było tu już strasznie ciemno. Aż miałam ochotę wyciągnąć telefon i oświetlić sobie drogę, ale od razu sobie przypomniałam jak bardzo ten telefon kocham i jak bardzo nie chcę, żeby zaraz ktoś mi go ukradł. Szłam chodnikiem między niskim murkiem a zaparkowanymi samochodami, niepewnie patrząc w mijane bramy, gdy poczułam jak nagle ktoś, lub coś, złapało mnie od tyłu za nadgarstek, sprawnie mnie zatrzymując.
- Boże! – krzyknęłam zaskoczona, natychmiast się wyrywając i obracając w stronę domniemanego napastnika. Jakie było moje zdziwienie, gdy przede mną stała jedynie staruszka, opierająca się na rzeźbionej, drewnianej lasce. – Ale mnie pani wystraszyła. –Złapałam się ręką za serce, starając uspokoić ciśnienie. Kobieta nic nie odpowiedziała, patrzyła się na mnie tylko z delikatnym uśmiechem. – Coś się stało? Dlaczego pani o tej godzinie, w nocy, chodzi po ulicy? To niebezpieczne, ktoś może panią napaść... – Powiedziałam cichym głosem, w nocy wszystko wydaje się o wiele głośniejsze...
- Widziałam, co przed chwilą zrobiłaś – powiedziała, przewiercając mnie wzrokiem, kompletnie ignorując moje pytania. – Wiele osób mijało tamtego pana, ale tylko ty zdobyłaś się na to, żeby mu pomóc.
- Zrobiłam tylko to, co uważałam za właściwe – odpowiedziałam jej, powoli klasyfikując dzisiejszą noc jako najdziwniejszą w całym moim dwudziestoletnim życiu.
- Dziecko drogie, nie możesz używać słowa „tylko”, jeśli mówisz o ratowaniu czyjegoś życia. – Pokręciła głową, jakby chciała mnie skarcić. – Twój dzisiejszy czyn zasługuje na nagrodę.
- Ale ja naprawdę nie potrzebuję żadnych pieniędzy, czy kontaktów tego faceta. – Westchnęłam, coraz bardziej zirytowana tą sytuacją. – Teraz chcę tylko wrócić do domu i położyć się spać, bo za kilka godzin muszę wstać na zajęcia.
- Na pewno nie ma nic, nikogo, czego pragniesz? – spojrzała na mnie tak dziwnym wzrokiem, że aż poczułam na plecach nieprzyjemny dreszcz. Ale pomijając te wszystkie okoliczności to pytanie wcale nie było bardzo trudne. Już od jakiegoś czasu wiedziałam jak chciałam, żeby moje życie się kiedyś potoczyło. Kogo pragnę i jaka byłaby kiedyś najłatwiejsza droga do tej osoby.
- Jest, ale spełnienia tego marzenia jest mniej prawdopodobne niż wygrana w Lotto. – Westchnęłam i już miałam odchodzić, gdy usłyszałam za sobą głos staruszki.
- Naprawdę chcesz tego chłopca, o którym przed chwilą pomyślałaś? Nie znasz go, ale mimo to go pragniesz?
- Skąd...? – miałam się zapytać, skąd wie, o czym pomyślałam, ale po chwili sama na to wpadłam. – Ah, tak, jestem młodą, dwudziestoletnią dziewczyną, która samotnie wraca w nocy do domu. Pewnie, że musiałam pomyśleć o facecie.
- Proszę, odpowiedz na moje pytanie. Czy on jest tym, czego pragniesz? – ponowiła swoje pytanie, a mnie, pod wpływem jej zmienionego, dziwnego głosu i spojrzenia, ponownie przeszedł dreszcz. Miała w sobie coś mistycznego, tajemniczego i... magicznego?
- T-tak... – Zająknęłam się, stojąc przed kobietą niczym zaczarowana.
Po tych słowach popatrzyła mi prosto w oczy i wymamrotała kilka niezrozumiałych zdań.
- Dobranoc, dziecko – powiedziała z delikatnym uśmiechem, który pogłębiał zmarszczki na jej twarzy, obróciła się i po chwili w ciemnościach ulicy.
- Boże, ta noc nie mogłaby być już ani trochę dziwniejsza... – Mruknęłam pod nosem i ruszyłam do domu. Na szczęście byłam już tak blisko, że po trzech minutach otwierałam kluczem drzwi od mieszkania. Najciszej, jak tylko mogłam, aby nie obudzić rodziców, przemknęłam do swojego pokoju. Szybko się przebrałam w piżamę i z ulgą, że ten dzień się już dla mnie skończył, położyłam się do łóżka. Mimo delikatnej karuzeli spowodowanej resztkami alkoholu w krwi, udało mi się dość szybko zasnąć.



- Boże, co to za dziwny dzwonek... – Mruknęłam pod nosem, przebudzając się na dźwięk melodii. Otworzyłam jedno oko i przewracając się na lewy bok, „wymacałam” telefon na podłodze. O, stary model. A on nie był schowany w szafce?  Nacisnęłam czerwony przycisk i głośno westchnęłam, opadając ponownie na poduszkę. Głośno ziewnęłam, wpatrując się w sufit i nagle coś mnie uderzyło.
Zdecydowanie coś było nie tak. Oczywiście, pomijając potrzebę wypicia wody po wczorajszej imprezie.
Przejechałam językiem po zewnętrznej stronie zębów i...
- O KURWA! – wymcknęło mi się zupełnie przypadkowo i od razu poderwałam się do pozycji pionowej. – Skąd to się tu wzięło? – szepnęłam sama do siebie, podchodząc do lustra wiszącego na ścianie i zaczęłam dotykać palcami powierzchnię moich zębów, badając przyklejony do nich metal.
Z tego, co pamiętam, kładłam się spać bez tych drutów na zębach. Cholera jasna, przecież ja nie mam aparatu już od jakichś trzech lat!
Stopniowo mój wzrok z zębów przeniósł się na głowę. Nagle poczułam, jak serce mocno mi przyspiesza.
GDZIE JEST MÓJ BLOND?! Dlaczego znowu mam naturalny kolor włosów?
Bezwładnie usiadłam na krześle i podjechałam na nim do lustra.
Boże, co się stało w nocy, jak spałam? Na zębach pojawił się już dawno zapomniany aparat, moje włosy są znowu w naturalnym kolorze, a grzywka prosta i zdecydowanie za długa. Zupełnie jakbym znowu miała jakieś 15 lat.
Obróciłam się na krześle, aby włączyć laptopa i nadrobić nocne zaległości na Twitterze i innych równie ważnych portalach, od których zdecydowanie byłam uzależniona. Może chociaż to mnie uspokoi. A nóż, może dzisiaj jest pierwszy kwietnia, a nie piątkowy, listopadowy poranek?
I zamarłam już po raz kolejny tego dnia.
- Gdzie, do cholery, jest mój laptop?! – krzyknęłam na cały dom, a po chwili w moim pokoju pojawił się Marcin, mój brat. – Rozumiem, dobry żart. Aparat, włosy, za które swoją drogą zapłacisz u fryzjera. ALE! Gdzie jest mój laptop i co ten stary złom robi na jego miejscu? – machnęłam ręką w stronę starego monitora, warcząc na brata, który też jakoś inaczej wyglądał.
- Kaśka, miałaś chyba jakieś dobre sny w nocy, bo zdecydowanie pieprzysz od rzeczy. – Spojrzał na mnie wielkimi oczami. – Włosy masz takie same od kilku lat, a aparat na zębach od kilku miesięcy. Komputer też. O co ci chodzi?
- Okej, okej, załóżmy, że ci wierzę. – Spojrzałam na niego spode łba. – A ty nie powinieneś być w Warszawie, tak swoją drogą? – z tego, co mi wiadomo, to Marcin od miesiąca jest na magisterce na SGH. To co on robi w domu?
- Dlaczego miałbym być w Warszawie? Przecież tutaj będę studiować od października. Boże, siostra, weź zimny prysznic, bo coś słabo kontaktujesz. – Wywrócił oczami i zostawił mnie samą w pokoju.
Z kilkoma barwnymi przekleństwami na ustach uruchomiłam stary komputer i po chwili włączyłam przeglądarkę internetową. Ale zanim na dobre rozgościłam się w internecie, mój wzrok przykuła data w prawym dolnym rogu.
2008-06-30
Od razu pomyślałam, że to jakiś błąd systemu. Ale jakie może być inne wytłumaczenie?
Dla spokoju ducha wyszłam z pokoju i skierowałam się w stronę kuchni, gdzie wisiał kalendarz, odkąd tylko pamiętam. Pominę fakt, że prawie zabiłam się po drodze o jakąś walizkę stojącą w przedpokoju.
Kartka kalendarza jasno i wyraźni głosiła „Czerwiec 2008”.
- Matko... Boska... – Poczułam, jak tracę grunt pod nogami, a obraz przed oczami robi się nieostry.
- Kasia, co jest? – usłyszałam jakby w oddali głos taty, zanim ogarnęła mnie ciemność.
Zanim otworzyłam ponownie oczy, w duchu wygłosiłam cichą modlitwę, żeby to był tylko jakiś straszny sen. Żebym znowu miała swoje dwadzieścia lat i nie wyglądała już jak „pół dupy zza krza” .
- Kaśka, już się obudziłaś? – usłyszałam obok siebie głos brata i otworzyłam oczy. Siedział z zatroskanym wyrazem twarzy obok na krześle, świdrując mnie wzrokiem.
O, znowu jestem w łóżku w swoim pokoju. Lubię takie „teleportacje”.
- Cholera, nadal jesteś tutaj, a nie w Warszawie. – Potarłam czoło, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Zanim Marcin zdołał coś powiedzieć, kontynuowałam. – Zadam ci pytanie, które może wydawać się głupie. Który jest dzisiaj dzień, tak dokładnie? I co się ze mną dzieje?
- Za dużo czasu spędzasz przy komputerze i ci już mózg wyżarło... – Westchnął, ale na jego twarzy czaił się uśmiech. – Trzydziesty czerwca, dwutysięczny ósmy. Godzina... – Spojrzał na zegarek na lewej ręce. – Trzynasta dwadzieścia siedem. O osiemnastej masz samolot do Dublina.
- Dublina? – zdziwiłam się i powoli podniosłam do pozycji siedzącej. – Po jaką cholerę lecę do Irlandii?
- No, na kurs językowy? – Marcin powiedział powoli, coraz bardziej chyba się dziwiąc moją postawą. Zamknęłam oczy i potarłam skronie. – Jak jeszcze potrzebujesz jakichś szczegółów, to masz je chyba w teczce na biurku razem z biletem na samolot. – Westchnął, wstając i idąc ku wyjściu. – I weź się, siostra, ogarnij, bo w takim stanie to nigdzie nie dolecisz. – Zamknął za sobą drzwi, a ja od razu sięgnęłam po teczkę, którą wcześniej mi wskazał mój najdroższy braciszek.
Wyjęłam pierwszą kartkę, która nie była biletem lotniczym, i zaczęłam uważnie czytać jej treść.
Po kilku minutach wiedziałam już wszystko.
Kurs angielskiego w Dublinie, od pierwszego lipca do połowy sierpnia, zajęcia w szkole dwa razy w tygodniu, nauka opiera się głównie na przebywaniu w anglojęzycznej rodzinie, na spędzaniu czasu z rówieśnikami.
Gdy mój wzrok dosięgnął adresu rodziny, u której miałam mieszkać, zaczęłam się bać, że zaraz znowu zemdleję.
- Mullingar... – Szepnęłam pod nosem, a ręce zaczęły mi się trząść. – Niall. – Dodałam po chwili jeszcze cichszym szeptem.
Poczułam, jak ogarnia mnie panika. Mullingar zdecydowanie nie jest metropolią, więc pewnie go spotkam, szczególnie, jeśli mam się obracać wśród swoich rówieśników. O Boże! Spotkam. Nialla. Tego Nialla. Ale jak to możliwe? O matko, zaraz chyba znowu zemdleję. Nie jestem na to gotowa!
Czy to może mieć coś wspólnego z sytuacją z wczorajszej nocy? Z tą kobietą, do której idealnie pasuje określenie creepy? Boże, o czym ty myślisz. Przecież takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym świecie, tylko w filmach i książkach, upomniałam się sama w myślach. Pewnie, że takie rzeczy się nie zdarzają. Ale w takim razie co, przyszłe pięć lat to był jakiś sen? To wydaje mi się bardziej niemożliwe niż takie cofanie się w czasie, szczerze mówiąc. Inaczej to byłby baaardzo długi sen.
- Kasia, już się dobrze czujesz? – do pokoju weszła moja mama, uważnie mi się przyglądając.
- Tak, już dobrze. – Czas zacząć robić dobrą minę do złej gry.
- To w takim razie chodź do kuchni na obiad, potem się skończysz pakować i Marcin cię zawiezie na lotnisko – powiedziała szybko i od razu zostawiła mnie samą.
- Tylko się ubiorę! – krzyknęłam za nią, wstając z łóżka, i podeszłam do komody. – Boże, jak ja mogłam się tak ubierać. – Westchnęłam na widok swoich ciuchów sprzed pięciu lat. Dodatkowo szuflady świeciły pustkami, bo najwyraźniej wszystko już było spakowane do walizki. Wybór padł na zwykłe dżinsy i w miarę normalną koszulkę. Włosy, w tym strasznym kolorze, związałam w koka i wyszłam z pokoju.
- Co powiecie na przepowiadanie przyszłości? – szeroko się uśmiechnęłam wchodząc do kuchni.
- Chyba mocno się walnęłaś w głowę, jak zemdlałaś. – Zaśmiał się tata, gdy usiadłam przy swoim talerzu przy stole.
- Pewnie tak. – Potwierdziłam jego słowa. – Ale mogę coś powiedzieć? – zapytałam, nie czekając na odpowiedź. – Marcin, za kilka dni dowiesz się, że nie dostałeś się na prawo, sorry. – Posłałam mu przepraszające spojrzenie.
- Dzięki, że tak we mnie wierzysz, serio. – Szturchnął mnie w bok, biorąc kolejny kęs do buzi.
- Nie chodzi tu o moją wiarę w ciebie, tylko o to, co będzie. – Wzruszyłam obojętnie ramionami. – Ale nie martw się, dostaniesz się na dziennikarstwo. Po roku zaczniesz drugi kierunek, finanse i rachunkowość. Na drugim roku finansów pojedziesz na Erazmusa do Bari, do Włoch. Po licencjatach z obu kierunków pojedziesz na roczne praktyki do Budapesztu. Nawet dwa razy cię tam odwiedzę. – Machnęłam widelcem w stronę jego zdziwionej twarzy. – Nie patrz się tak na mnie. Powiedzmy, że miałam objawienie, co do twojej przyszłości.
- Kaśka, daj już spokój, tylko jedz. Przed samolotem masz jeszcze iść do fryzjera, nie ma czasu na zabawy. – Pogoniła mnie mama, a ja się nad wyraz ucieszyłam na informację o fryzjerze.
- Naprawdę? – aż się wyprostowałam. – Chwała Bogu, bo nie mogę patrzeć na siebie w lustrze z tymi włosami. – Wywróciłam oczami.
- Mam nadzieję, że ta fryzjerka Marcina da radę cię ostrzyc w dwie godziny, bo inaczej nie zdążycie na samolot i nigdzie nie polecisz.
- Zdąży, zdąży... – Uśmiechnęłam się na samą myśl, co mam zamiar zrobić. Ostrzyc? Żeby tylko. Zaraz będę blondynką! Jeśli to powód do radości. Chociaż jest, w końcu moja osobowość będzie odpowiadała kolorowi moich włosów. Oczywiście nie mogę o tym powiedzieć mamie, bo by mnie nigdzie nie puściła. Nie wiem, dlaczego, ale jest zdecydowaną przeciwniczką farbowania przeze mnie włosów. Kilka razy nawet zagroziła, że jeśli się pofarbuję, to obetnie mnie na łyso, więc wolałam nie ryzykować. Cóż, ale skoro do fryzjera i na lotnisko jadę tylko z Marcinem... To przez Skype’a w Irlandii raczej jej się nie uda mnie ogolić, prawda? A do mojego powrotu się z tym pogodzi i przyspieszę farbowanie włosów o 4 lata, niż to miało miejsce w „równoległym świecie”.



- Wiesz, że mama cię zabije, jak tylko wrócisz do domu? – zaśmiał się Marcin, przytulając mnie przy pierwszej bramce na lotnisku.
- Na szczęście do tego czasu już się przyzwyczai i będzie spokój. – Nic nie było w stanie zepsuć mi humoru, odkąd moje włosy w końcu zaczęły przypominać to, co miałam na głowie jeszcze „wczoraj”.
- A nie boisz się tak sama lecieć? – odsunął się ode mnie i dobrze mi się przyjrzał, jakby nie był pewien, czy może puścić swoją młodszą o całe cztery lata siostrzyczkę na drugi koniec Europy.
- Nie, nie boję się. Dam sobie radę. – Nie wiedziałam, jak mogę go bardziej zapewnić, że sobie poradzę. Bo raczej nie uwierzy mi, że przeżyłam już kilka takich samodzielnych podróży na dłuższe dystanse, gdy miałam dziewiętnaście i dwadzieścia lat.
- Racja, nie powinienem w to wątpić. W końcu jesteś moją siostrą. – Puścił mi oczko.
- Dobra, brat, lecę. – Pomachałam mu paszportem, z którego wystawał bilet, i ruszyłam w stronę bramki.
- Uważaj na siebie, blondyno! – krzyknął jeszcze za mną, gdy podawałam dokument pracownikom ochrony.
- Zawsze! – odkrzyknęłam i z wypchaną torebką na ramieniu, udałam się do tej „prawdziwej” odprawy. Na szczęście nie było tam kolejki, więc sprawnie się z tym uwinęłam i już po chwili buszowałam w strefie wolnocłowej. Cholera, czego ja tu szukam, skoro nie mam „już” osiemnastu lat? Jęknęłam w myślach i przeszłam przez sklep, jedynie patrząc na otaczające mnie butelki. A już miałam coś kupić dla swoich „hostów”...
Godzinę pozostałą do lotu spędziłam na ławce przed ekranem, wskazującym odpowiednie bramki, do których mają się udać pasażerowie. Ten czas zleciał mi dość szybko, dzięki przeglądaniu zawartości mojego starego, poczciwego Sony’ego Ericssona, który jako ostatni z moich telefonów miał logiczny odtwarzacz muzyki. W duszy podziękowałam Bogu, że znalazłam się w roku, w którym McFly było już obecne w moim życiu – jakby jeszcze ich nie było, to bym chyba już kompletnie zwariowała. A tak, to mogę sobie posłuchać aż trzech z pięciu ich płyt – na czwartą muszę poczekać jeszcze miesiąc, a na piątą aż dwa lata. Już nie mówiąc o piosenkach One Direction, które też zawsze grały mi w słuchawkach.
Może znajdę Nialla, napiszę mu tekst i każę to zaśpiewać? Zawsze jest to jakaś opcja...
- Pasażerowie lotu do Dublina linii Ryanair proszeni są o udanie się do bramki A9. – Usłyszałam kobiecy głos, rozbrzmiewający po hali w kilku językach.
Podniosłam się z ławki i udałam się we wskazanym kierunku wraz z grupą ludzi.
Po kolejnej kontroli biletów i przejechaniu się autobusem, mogłam w końcu wejść do samolotu i zająć swoje miejsce. Od razu zapięłam pasy i włączyłam w telefonie tryb samolotowy. Wyjęłam słuchawki z torebki, którą położyłam pod ścianą przy oknie, i zamknęłam oczy, wsłuchując się w ulubione melodie, zamierzając właśnie tak spędzić najbliższe dwie i pół godziny.
Moje myśli chyba nigdy nie były bardziej chaotyczne niż teraz. Nie mogłam wyrzucić z głowy myśli, że ta wczorajsza babinka miała z tym zamieszaniem coś wspólnego.
Gdyby moje życie było jakimś filmem, to, jako widz, uznałabym, że to logiczne. Ale przecież nie jest filmem! Czy takie rzeczy naprawdę mogą się zdarzyć? Czy to właśnie ma być nagroda za uratowanie komuś życia (podobno)? Dlatego mnie pytała, czy Niall jest tym, czego pragnę?
Nie wiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Ale wiem jedno, postaram się spełnić swoje marzenie.
- Przepraszam, za chwilę lądujemy. – Poczułam szturchnięcie w ramię. Czyżbym zasnęła..? Nade mną stała stewardessa i się do mnie uśmiechała. – Jesteśmy już w Irlandii, za kilka minut lądujmy w Dublinie.
- Dziękuję – mruknęłam, przecierając oczy i wyglądając za okno.
Czyli jestem już tak blisko niego. I od tej chwili będę już coraz bliżej. A kto wie, jak bardzo uda mi się do niego zbliżyć..?
Ta myśli towarzyszyła mi od wyjścia z samolotu, aż do wejścia do hali przylotów, gdzie miał czekać na mnie ktoś z moich hostów. Szczerze się przyznam, że od razu zaczęłam się rozglądać za blond czupryną – a nóż spotkam go na samym starcie?
Jednak nie Niall wpadł mi w oko, tylko kartka z moim imieniem i nazwiskiem, trzymana przez przyjaźnie wyglądającego mężczyznę. Z nieśmiałym uśmiechem, ciągnąc za sobą walizkę, podeszłam do niego.
- To chyba ja. – Wskazałam na kartkę z uśmiechem.
- Kasza? – zapytał, uważnie mi się przyglądając. Z trudem powstrzymałam się od wywrócenia oczami, gdy znowu jakiś obcokrajowiec nazwał mnie dodatkiem do dań.
- Mów mi Kate. – Wyciągnęłam w jego stronę dłoń, a ten od razu ją uścisnął.
- Jason Cullen. Nie mylić z tymi wilkołakami, błagam.  –Przedstawił się, głośno wzdychając, wspominając znaną serię książek.
- Chyba wampirów. – Zaśmiałam się, zauważając, że nosi to samo nazwisko, co słynny Edward.
- Wilkołaki, wampiry, jedno zło. – Wywrócił dramatycznie oczami. Jeśli to właśnie on jest moim hostem, to zdecydowanie go polubię. – Daj mi swój bagaż i idziemy na parking. Do domu mamy godzinę drogi! – klasnął w dłonie i wyjął mi z dłoni rączkę od walizki. – Pilnuj się mnie, bo się zgubisz! – powiedział w moją stronę, obracając się przez ramię. Cóż, nie miałam innego wyjścia, niż prawie biec za jego plecami aż do parkingu – czyżby mój gospodarz zawodowo uprawiał chodziarstwo?
- Dziękuję – powiedziałam, gdy otworzył mi drzwi od strony pasażera i zamknął je za mną od razu, jak tylko usiadłam.
- No to ruszamy. – Uśmiechnął się w moją stronę, odpalając silnik. – Podekscytowana?
- Nawet nie zdaje pan sobie sprawy z tego, jak bardzo... – Westchnęłam,  nie mogąc oderwać myśli od faktu, że w najbliższym czasie będę mieszkać w tym samym miejscu, co Niall. Co z tego, że piętnastoletni, ja teraz też mam piętnaście lat, znowu (sic!). Grunt, że to Niall. Mój Niall.
- Jaki pan, mów mi Jason. W końcu przez najbliższe półtora miesiąca będziemy razem mieszkać. – Posłał mi kolejny uśmiech, a ja przeniosłam wzrok na krajobraz za oknem.
Jestem w Irlandii. Zaraz będę w Mullingar. Boże.
- Ruth, moja żona, przygotowała kolację powitalną – powiedział, po kilkunastu minutach ciszy. Po jego słowach odniosłam wrażenie, że czeka na tę kolację tak, jakby cały dzień nic nie jadł. – Po kolacji Sean, mój syn, zabierze cię na ognisko do kolegi, żebyś poznała trochę rówieśników. On jest akurat dwa lata od ciebie młodszy, ale ogólnie towarzystwo jest mieszane.
Sean Cullen? Sean Cullen z Mullingar? Cholera, czy to nie przyjaciel Nialla? Ale w końcu ile może być Seanów w takim miasteczku?
- Super! – ucieszyłam się, ale równie mocno przestraszyłam. Czy na tym ognisku będzie Niall? Mam go poznać już dzisiaj? NIE JESTEM NA TO GOTOWA!, krzyknęłam panicznie w myślach. Wiem, że na razie jest zwykłym nastolatkiem, i to w dodatku niezbyt urodziwym, ale... Cholera!
- Rozumiesz wszystko, co mówię? – zapytał po chwili, niepewnie na mnie zerkając, wywołując u mnie śmiech.
- Tak, rozumiem cię doskonale. – Szeroko się uśmiechnęłam. – Mój angielski jest chyba całkiem niezły jak na dwudziesto, tfu, piętnastolatkę. – Zdążyłam ugryźć się w język. Na szczęście, każde takie przejęzyczenie mogę zwalić na to, że się zwyczajnie pomyliłam. W końcu przyjechałam tu na kurs angielskiego. Co z tego, że pięć lat temu jedyne, co potrafiłam w pełni poprawnie powiedzieć po angielsku, to „My name is Kate”. Trochę się od tego czasu zmieniło... – Przynajmniej na tyle niezły, żeby się ze wszystkimi dogadać.
- Skoro tak, to się będziesz nudzić na tych lekcjach, na które cię będę dowoził.
- Nigdy nie można umieć zbyt wiele, Jason.
- Mądrze powiedziane, Katie.
Obróciłam się w stronę okna i oparłam czołem o szybę, przysłuchując się cicho grającemu radiu. Nie mogłam wyrzucić z głowy możliwych opcji spotkania Nialla. Jako najlepszy przyjaciel Seana będzie dotrzymywał mi towarzystwa? Czy może faceci będą osobno, a mnie wrzucą do grona dziewczyn i nie zamienię z Horanem ani słowa? Albo może zamienię, ale mnie nie polubi i mój wszechświat legnie w gruzach? I jaki on jest jako taki beztroski, nieznany poza Mullingar, nastolatek?
Boję się. Jak jeszcze nigdy w życiu.



- Gotowa? – usłyszałam ciche pukanie do drzwi i następnie głos Seana za swoimi plecami.
- Jasne, tylko wezmę torebkę i możemy iść. – Obróciłam się na pięcie i chwytając torebkę, wyszłam z pokoju za trzynastolatkiem, który wydawał mi się strasznym dzieciakiem, mimo że, w teorii jest ode mnie jedynie dwa lata młodszy. To znaczy siedem, ale wszyscy myślą, że ja mam piętnaście. Paranoja jakaś.
- Mamooo! – krzyknął, gdy ubieraliśmy buty. – Wychodzimy!
- Bawcie się dobrze! – odkrzyknęła z salonu, skąd dobiegał dźwięk telewizora. – Tylko nie wracajcie za późno!
- Okej, ale nie czekajcie na nas, możecie iść śmiało spać. – Zaśmiał się i otworzył przede mną drzwi.
- Dzisiejsza młodzież... – Usłyszeliśmy jeszcze śmiech Jasona, gdy mój towarzysz zamknął drzwi.
- Też masz takich rodziców? – zapytał mnie z uśmiechem, gdy zmierzaliśmy w nieznanym mi kierunku. Cóż, teraz każdy kierunek jest mi nieznany, nie ma co ukrywać.
- Nie, moi są zdecydowanie nadopiekuńczy. – Westchnęłam, powoli już za nimi tęskniąc. Nie są idealni, ale bardzo ich kocham i wiem, że będę za nimi strasznie tęsknić przez wakacje. – Twoi pewnie za godzinę pójdą spokojnie spać, a moi by mi kazali mieć naładowany telefon i dzwonić, żeby tata bezpiecznie mnie odebrał. I biorąc pod uwagę, że mam piętnaście lat, to przyjechałby po mnie gdzieś koło dwudziestej drugiej.
- Wow, aż tak się o ciebie boją? – zdziwił się. – To ty mieszkasz w jakimś Gotham City, gdzie po zmroku lepiej nie wychodzić z domu?
- Nie, nie jest tak źle. – Zaśmiałam się. – Miasto jak miasto, gdy mieszka się w jakimś miejscu, które ma pół miliona mieszkańców, nie możesz oczekiwać, że każdy z nich jest dobrym człowiekiem.
- W sumie racja, Mullingar to inna bajka.
- Tak, tu jest o wiele spokojniej. Ma to swoje uroki, szczególnie, że Dublin macie niecałą godzinę jazdy samochodem stąd. Jak chcecie poczuć miasto, to daleko nie macie.
- Dokładnie. I wszędzie tu mamy blisko. Na przykład, za rogiem jest dom Dylana, gdzie jest ognisko. – Poinformował mnie i po kilku minutach rzeczywiście przechodziliśmy przez bramkę do ogrodu, gdzie przy zachodzącym słońcu kilka chłopaków nieudolnie próbowało rozpalić ognisko.
Stanęłam z boku, nie mogąc oderwać wzroku od odwróconego do mnie tyłem właściciela blond czupryny, gdy Sean witał z się z kumplami. Jeszcze nawet na mnie nie spojrzał, a już miałam nogi jak z waty. Obym tylko zaraz nie wybuchła histerycznym płaczem szczęścia.
- A to jest Kate. – Wskazał na mnie dłonią, a w moją stronę obróciły się trzy zaciekawione spojrzenia. – Kate, to Darragh, Dylan i Niall. – Przedstawił po kolei swoich przyjaciół, a ja podeszłam do nich na trzęsących się niczym galareta nogach i uścisnęłam im dłonie.
- Miło mi was poznać. – Uśmiechnęłam się. O Matko, jak ciężko jest się na niego nie rzucić! Nawet w wersji sprzed pięciu lat! Niaaaaall, litości! Wskazałam palcem na stos patyków na środku trawnika, który chyba miał przedstawiać próby wskrzeszenia ognia. – Potrzebujecie może z tym pomocy? – zapytałam niby całej trójki, ale patrząc wprost w niebieskie ślepia Horana, od których będzie mi się ciężko oderwać. Tyle razy sobie wyobrażałam, że go spotykam! I teraz to się stało. Stoi obok mnie. Na wyciągnięcie ręki...
- Nie, rozpalanie ognisk to męska sprawa, damy sobie radę! – wyszczerzył się Niall, dumnie reprezentując swoje słodkie ząbki, z których każdy sterczał w inną stronę. Co za słodki dzieciak!
- Ale ja tu przyszłam na ognisko, a nie, żeby patrzeć jak się z tym męczycie. – Westchnęłam z uśmiechem i kucnęłam przy rozrzuconych gałęziach, zaczynając układać je pod względem wielkości w piramidkę. – Lepiej byś coś ładnego zagrał na gitarze, co tam stoi. – Posłałam mu swój uśmiech numer pięć i sięgnęłam po zapałki leżące na ziemi.
- Skąd wiesz, że gra? – zapytał zdziwiony Sean. No tak, ma rację. Skąd miałabym to wiedzieć?
- Wygląda mi na takiego, co potrafi. – Puściłam mu oczko i chwyciłam leżącą obok gazetę, podpalając ją i wkładając do środka mojej „piramidki”. – Patrzcie i uczcie się, dzieci. – Wstałam i otrzepałam ręce, gdy ogień coraz bardziej się rozprzestrzeniał.
- Jak ty...? – zapytał zdziwiony Niall, zastygając z gitarą w rękach. – Przecież my... pół godziny...
- Byłam kiedyś w harcerstwie, czegoś mnie tam nauczyli. – Wzruszyłam ramionami. – To co, będziesz grał, czy tylko tak stał?
- Jedzenie przyszło! – z domu wyszło kilka dziewczyn z napojami i miskami pełnymi chipsów i kiełbasek na ognisko.
- O, fajnie! – ucieszyłam się na ten widok. Jedzenie, nie dziewczyn, oczywiście.
- Serio? Przecież dopiero co jedliśmy kolację w domu. – Kolejne zdziwienie, tym razem Seana.
- Jakie dopiero? Minęło już jakieś pół godziny! – udawałam oburzenie i podeszłam dziewczyn rozstawiających wszystkie miski i butelki (bezalkoholowe, oni są jeszcze nieletni...) na stole. – Cześć, jestem Kate, do końca wakacji będę starszą siostrą Seana! – przedstawiłam się.
- To ty jesteś tą dziewczyną z Polski? – zapytała jedna z nich, mówiąc bardzo wolno i wyraźnie, jakby nie była pewna, czy jestem w stanie zrozumieć cokolwiek po angielsku.
- Hej, nie jestem opóźniona w rozwoju, tylko z Polski. – Zaśmiałam się, a po chwili reszta do mnie dołączyła. – Możesz mówić normalnie. – Przytuliłam do siebie miskę z chipsami i usiadłam przy ognisku.
- Niall, chyba przez przypadek znalazłem ci dziewczynę. – Usłyszałam za plecami ściszony głos mojego nowego braciszka.



Rozglądałam się po całym ogródku za Seanem, który zniknął mi z pola widzenia już dawno temu.
- Widział ktoś Seana? – zapytałam ludzi zgromadzonych przy ognisku. W sumie byli tam wszyscy z wyjątkiem właśnie Cullena i Dylana.
- Zaraz pewnie sam przylezie, zgaduję, że robi coś głupiego z Dylanem. – Posłał mi uspokajający uśmiech. - Co w sumie jest dziwne, bo to zawsze ja jestem tym, co robi głupie rzeczy. – Zamyślił się, wpatrując w ogień, jakby naprawdę martwił go fakt, że teraz zwyczajnie siedzi z gitarą przy ognisku. Na zmianę ze mną, bo nie mogłam usiedzieć obok gitary, nawet raz czegoś na niej nie grając.
- Wróciłem! – usłyszeliśmy wrzask od strony wejścia do domu, w którym pojawił się właśnie Sean i za nim roześmiany do granic możliwości Dylan. Czy on jest..?
- Jesteś pijany? – zapytałam dokładnie w tym samym momencie, co Niall.
- Patrz, Dylan, nie dość, że razem żrą jakby nie mieli w gębach nic przez rok, razem grają na gitarze, to jeszcze mówią to samo w tej samej chwili! Miiiiłoooość roooośnieeee wokóóół.... – Nie zdążył skończyć, bo potknął się o jakąś grudkę na trawie i wywinął orła.
- Dylan, co mu dałeś, że się tak załatwił? – poderwałam się i pomogłam mu wstać. Gdyby jeszcze mógł sam ustać na nogach, to byłoby super.
- Oj, założyliśmy się tylko o to, czy uda mu się wypić dwa litry piwa na raz... – Wzruszył ramionami, ocierając łzy spowodowane śmiechem.
- Z tego, co widzę, to wygrał. – Westchnęłam. Założyłam sobie jedną rękę chłopaka na ramię i patrząc z litością na jego bezwładnie zwisającą głowę. – No to, Sean, dla ciebie impreza się już chyba skończyła...
- Prawda, takiego zgona zaliczył, że teraz trzeba go tylko do domu odstawić. – Potwierdził moje słowa Niall i podniósł się z ławki, odkładając na wolne miejsce gitarę. – Pomóc ci z nim? Sama nie dasz rady.
- Dziękuję, przyda się. – Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i już po krótkiej chwili Niall podtrzymywał chłopaka z drugiej strony. – Dzięki za miły wieczór, cudownie było was poznać. – Pomachałam wszystkim ręką, w której jeszcze trzymałam torebkę.
- Możesz się czuć zaproszona na nasze kolejne spotkania – powiedziała jedna z dziewczyn, która się chyba nazywała Ali. Nigdy nie miałam pamięci do imion dziewczyn... Z chłopakami, o dziwo, nie miałam tego problemu.



Ta chwila mogłaby wydawać się idealna. Ja, Niall, letnia noc, gwiazdy na niebie. Tylko w tej scenie przeszkadzał jeden fakt. A mianowicie to, że między nami szedł, a raczej szurał nogami, wesoły Sean, zawieszony na mnie i Horanie.
- Trzeba jakoś tak wejść, żeby nie obudzić jego rodziców. – Szepnął Niall, gdy kluczami chłopaka otworzyliśmy drzwi wejściowe.
- No co ty nie powiesz. – Również szepnęłam, wywracając oczami.  – Węższych schodów już nie można chyba mieć... – Zaczęłam marudzić w połowie schodów, gdy wnoszenie ledwo przytomnego, totalnie pijanego trzynastolatka zaczęło mnie męczyć. – Jeszcze dwa schodki... I już. Piętro.
Jeszcze tylko kilka kroków i w końcu udało nam się odstawić chłopaka do jego pokoju, rzucając na łóżko.
- Dzięki za pomoc. Sama bym nie dała rady. – Westchnęłam.
- Wiem, jak możesz mi się odwdzięczyć. – Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Ale to lepiej chodźmy do twojego pokoju. – Co? – Nie patrz tak, chcę tylko pogadać. – Zaśmiał się cicho.
- No dobra... – Szkoda, że tylko porozmawiać, usłyszałam mojego wewnętrznego diabełka.
Przejście do pokoju obok nie zajęło nam dużo czasu, więc już po chwili siedzieliśmy w niezręcznej ciszy na moim łóżku. Co może chcieć ode mnie chłopak, który zna mnie dopiero od kilku godzin?
- I jak wrażenia po pierwszym dniu? – zapytał, przerywając niezręczną ciszę. – Mam na myśli pierwszy dzień w mojej nadzwyczajnej ojczyźnie, oczywiście. – Dodał po chwili, nieśmiało się uśmiechając.
- Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam. – Szepnęłam, wpatrując się w podłogę. Cały czas czułam się onieśmielona jego obecnością, mimo że mogłoby się wydawać inaczej. Chyba jestem lepszą aktorką niż mi się to wcześniej wydawało... – Jest wspaniale – powiedziałam i posłałam mu szeroki uśmiech. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. To jest niewiarygodne, jak zaledwie przez kilka lat się zmienił, jak z chłopca zmienił się w mężczyznę. – Więc... – Zaczęłam. – O czym chcesz pogadać?
- I tu się zaczynają schody. – Jęknął, nerwowo przeczesując palcami włosy. – Potrzebuję porady w sprawach... – głośno chrząknął, jakby jakieś słowo nie mogło mu przejść przez gardło. Boże, jaki Niall jest teraz słodki! Nie, żeby kiedyś nie był słodki, ale teraz bije samego siebie na głowę. – W sprawach sercowych. Jesteś dziewczyną i chyba lepiej się w tym temacie orientujesz ode mnie...
- Niall James Horan potrzebuje ode mnie porady w sprawach miłosnych? – może powinnam być zazdrosna, ale ta sytuacja mnie dziwnie rozbawiła. Kto by pomyślał, że bożyszcze nastolatek (no dobra, dopiero za kilka lat) będzie chciało jakiejkolwiek rady ode mnie? W takich sprawach?
- Skąd znasz moje drugie imię i nazwisko? – zdziwił się, a ja zdałam sobie sprawę, co powiedziałam. No tak, ma rację. Skąd miałabym je znać? Druga gafa jednego wieczoru. Muszę zacząć się pilnować, inaczej może zrobić sie zdecydowanie dziwnie.
- Ja wiem wszystko – szepnęłam, starając się zrobić to najbardziej tajemniczym tonem, na jaki tylko było mnie stać, i przy okazji wyplątać się z tej sytuacji. Przecież rozmowa o dziwnym cofnięciu się w czasie chyba nie jest odpowiednia na chwilę obecną... – Ale chyba nie o to chciałeś mnie zapytać, co?
- No nie, racja. – Westchnął i ponownie zaczął męczyć swoje przydługie włosy. – Jest jakiś idealny sposób na zaproszenie dziewczyny na randkę? Szczególniej takiej, której za długo się nie zna? – skierował wzrok na swoje dłonie, które z włosów przeniosły się na kolana.
- Trudne pytanie, Niall. – Westchnęłam. Może niech zaprosi mnie, tak na próbę? – Na to nie ma chyba idealnego sposobu, tylko bardziej zależy to od dziewczyny, którą zapraszasz.
- Na przykład? – drążył. – Przepraszam, ale jestem w tym słaby. Nie oglądałem za dużo komedii romantycznych, a chwyty z American Pie raczej odpadają.
- Niekoniecznie! – zaprzeczyłam natychmiast. – Czasem najgłupsze pomysły są najlepsze, wszystko zależy od dziewczyny i jej poczucia humoru. Ale jak nie wiesz, jak to zrobić, to powiedz jej prosto z mostu, że chcesz się z nią spotkać.
- Najlepiej by było, jakbym w ogóle nie musiał... – Mruknął, a ja poczułam, jak w środku się rozpływam. Jaki on jest nieśmiały! Kto by się tego spodziewał?
- A kto powiedział, że musisz? – zaśmiałam się, wzruszając ramionami, a Niall spojrzał na mnie, zaskoczony. – Co tak patrzysz? Randka niespodzianka, pojawiało się kilka razy w filmach. Jeśli wiesz, że dziewczyna nie ma czegoś ważnego zaplanowego, to ją „porwij”. – Zrobiłam cudzysłów w powietrzu. - Jak cię lubi, to powinna się ucieszyć z takiej niespodzianki.
- To nawet nie byłoby takie głupie... – Powiedział, zamyślony, wbijając swoje niebieskie tęczówki we mnie. – Chyba tak zrobię. Dzięki za pomoc, Kate. – Uśmiechnął się, wstając, i już, gdy otwierał drzwi, zatrzymałam go, kładąc rękę na jego ramieniu.
- A kim jest ta szczęściara? – uśmiechnęłam się. Dopiero przy wypowiadaniu tych słów zrozumiałam, że będę musiała zadowolić się jego przyjaźnią, i to w najlepszym wypadku. W końcu czego ja się spodziewałam? Że zakocha się we mnie od pierwszego wejrzenia i będziemy żyć razem długo i szczęśliwie? Nie jestem jedyną dziewczyną w Mullingar i muszę się pogodzić z faktem, że na pewno nie jestem jedyną dla niego.
- Poznałem niedawno jedną dziewczynę, wydaje się wyjątkowa. Pierwszy raz nie mogę wyrzucić jakiejś dziewczyny z głowy od pierwszej sekundy naszego poznania. Chciałbym zacząć jakoś działać, bo inaczej niedługo może mi uciec, a to ostatnia rzecz, jakiej bym teraz chciał.
- Brzmi świetnie. – Westchnęłam, wymuszając uśmiech. – Mam nadzieję, że ci się uda, z tą randką. Dobranoc. – Szepnęłam i wypuściłam go ze swojego pokoju. – No to tyle, jeśli chodzi o twoje marzenia i miłość twojego życia – powiedziałam sama do siebie, rzucając się bezwładnie na łóżko.



- I na tym zakończymy dzisiejsze zajęcia. – Nauczyciel szeroko się do nas uśmiechnął i zaczął pakować swoje materiały do torby. Poszłam w jego ślady, ale nie wyszłam z sali z resztą moich nowych znajomych, ale podeszłam do prowadzącego. – Kasza? Masz jakieś pytania?
- Kate – powiedziałam dzisiaj po raz setny. Nie mógł dać za wygraną i cały czas walczył z poprawną wymową mojego imienia. – Mówił pan, że na koniec zajęć będzie egzamin na poziomie B2, tak?
- Dokładnie to powiedziałem. – Potwierdził. – Coś jest dla ciebie niejasne?
- Nie, nie o to chodzi. Chciałabym się dowiedzieć, czy jest możliwość napisania go wcześniej?
- Oczywiście, że jest. Gdybyś zdobyła ponad siedemdziesiąt procent, to byłabyś zwolniona z zajęć i miałabyś po prostu wakacje w Irlandii. – Westchnął i spojrzał na mnie jakimś dziwnym wzrokiem. – Ale Kate... – W końcu! – Widziałem wynik twojego testu wstępnego sprzed kilku miesięcy i nie sądzę, żebyś dała sobie radę.
- Niech mi pan zaufa, dam radę. Kiedy mogę napisać ten test? – zapytałam, wiedząc, że różnica między moim angielskim w wieku piętnastu lat a dwudziestu jest tak ogromna, że nawet nie ma o czym mówić.
- W czwartek, w ramach kolejnych zajęć. Przygotuję arkusz dla ciebie, skoro tak bardzo w siebie wierzysz. Nie mogę ci tego zabronić. – Westchnął, otwierając drzwi i przepuszczając mnie.
- I właśnie dlatego chcę go napisać. No, i żeby mieć wolne. Do zobaczenia! – pożegnałam się i prawie, że wybiegłam z budynku. Zaczęłam się rozglądać na chodniku za Jasonem, który miał mnie odebrać po zajęciach.
Nagle ktoś mnie złapał za rękę od tyłu i zaczął ciągnąć, zanim się zdążyłam zorientować.
- Niall? – zapytałam, gdy zrównałam się krokiem z moim porywaczem. – Co ty robisz? – muszę powiedzieć, że mnie niesamowicie zaskoczył. Ale równie co zaskoczona, byłam zmartwiona, że Jason mnie nie znajdzie i będzie się martwił.
- Porywam cię, jak sama mi wczoraj doradziłaś. Randka niespodzianka, czy jak to tam wczoraj nazwałaś – Uśmiechnął się szeroko, ciągnąc mnie na przystanek autobusowy, na który właśnie podjechał jakiś autobus.
- Ale...
- Jason i Ruth o wszystkim wiedzą, nie martw się. – Jakby czytał mi w myślach. Czyli, że co? To mnie chciał zaprosić na tę randkę? O mój Boże przenajświętszy, trzymajcie mnie, bo padnę.
Wyciągnął z plecaka dwa bilety, puszczając przy tym moją rękę, co akurat średnio mi się podobało.
- Ale przecież nic o mnie nie wiesz... – Mruknęłam, gdy przepchnął mnie do wejścia, bo inaczej chyba nie byłabym w stanie się ruszyć z miejsca, i skasował bilety po wejściu do pojazdu.
- I właśnie dlatego mam zamiar spędzić z tobą cały wieczór, żeby cię poznać. – Uśmiechnął się szeroko, ciągnąc mnie na siedzenie obok siebie. – Po twojej minie wnioskuję, że niespodzianka się udała. – Nie sądzę, żeby ktoś był w stanie kiedykolwiek się szerzej uśmiechnąć, niż Niall teraz.
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. – Wzięłam głęboki oddech, przetwarzając nowe informacje. Niall ze mną na randce. Boże, ratunku!
- Mam nadzieję, że jesteś głodna, zabieram cię na kolację do Nandos. – No pewnie, że Nandos, a jakżeby inaczej?
- Ja zawsze jestem głodna. – Zaśmiałam się. – Tylko tak mnie zaskoczyłeś, że mój żołądek zawiązał się w jakiś supeł.
- Damy radę! – Oby.
- Skoro tak twierdzisz, to chyba nie mam powodów, żeby ci nie wierzyć.
- Rozluźnij się, Katie, to ja tu powinienem być spięty. – Nie, to nie ty jesteś na randce z miłością swojego życia, Niall. – Opowiedz mi coś o sobie – powiedział po chwili ciszy.
- Co byś chciał wiedzieć? – zapytałam, patrząc na mijane budynki.
- Najlepiej to wszystko. – W odbiciu szyby zobaczyłam jego szeroki uśmiech, którym od razu mnie zaraził.
- Nie za dużo by pan chciał, panie Horan? – odwróciłam się do niego i zawadiacko uśmiechnęłam, przygryzając dolną wargę. Jeszcze chwila i poczuję się jak pedofil. Chyba, że mój umysł przyzwyczai się do tego, że mam 15 lat i wszystko będzie okej.
- Okej, to zacznijmy od ulubionej muzyki – powiedział, kładąc ramię na moim oparciu.
Cholera, czego ja słuchałam pięć lat temu?
- McFly! – powiedziałam, ciesząc się, że nie muszę go okłamywać.
- Znam ich, całkiem spoko. A co powiesz na The Eagles? – zapytał, jakby sprawdzając moją wiedzę.
- To twój ulubiony zespół? – zapytałam, a Niall wstał i stanął przed wyjściem, więc ja poszłam jego śladem. Oczywiście, doskonale znałam odpowiedź na to pytanie.
- Tak, są świetni!
- Niall, a mogę teraz ja się ciebie o coś zapytać? – zapytałam, gdy już wyszliśmy z autobusu i kierowaliśmy się w nieznanym mi kierunku. Już po kilku metrach na horyzoncie zauważyłam święcący szyld przedstawiający koguta.
- Właśnie to zrobiłaś.  – Zaśmiał się i lekko dźgnął mnie łokciem między żebra, drocząc się ze mną.
- Racja. – Przyznałam mu rację, również się śmiejąc.  – Ale ciekawi mnie coś... Jakie jest twoje największe marzenie?
- Trudne pytanie, Katie... – Westchnął. – Chyba takie normalne. Skończyć szkołę, ożenić się, mieć dobrą pracę, dzieci...
- Nic w stylu bycia w zespole, milionów piszczących dziewczyn na twój widok i tak dalej? – zapytałam, zerkając na niego z ukosa. Niall, słysząc moje pytanie, wybuchnął śmiechem.
- Jasne, że tak! I do tego zarabiać miliony, co? W ogóle, historia niczym w Rockstar Nickelback?
- Dlaczego nie? – zdziwiłam się, widząc jego nastawienie. Niby do X Factora ma pójść dopiero za dwa lata, ale..?
- Nie mam szans. – Wzruszył ramionami, jakby to było coś oczywistego.
- Nie możesz być tego pewien, jeśli nie spróbujesz.
- Masz minę, jakbyś wiedziała coś, o czym ja nie wiem. – Spojrzał na mnie prześwietlającym niczym rentgen wzrokiem, otwierając przede mną drzwi.
- Może tak jest? – zapytałam tajemniczo z delikatnym uśmiechem, ale nie powiedziałam nic więcej. To jeszcze nie czas.



Kolacja okazała się czymś cudownym. Wystarczyło trochę kurczaka z frytkami, abym się już rozluźniła w jego towarzystwie. Nie sądziłam, że może mi się z nim tak dobrze rozmawiać, nawet nie kończyliśmy do końca jednego tematu, gdy zaczynaliśmy drugi.
Może jednak te żarty z „bratnimi duszami” mają w sobie ziarnko prawdy?
- Boże, nie wiem, jak się wytoczę z tego autobusu... – Mruknął Niall na siedzeniu obok, gdy autobus powrotny do Mullingar ruszył z dworca, masując się po brzuchu.
- Chciałeś brać całego kurczaka dla nas, to teraz masz. – Zaśmiałam się, ale wcale mi nie było do śmiechu. Miałam wrażenie, że zaraz pęknę jak balon. – Następnym razem, jak w karcie przy jakimś daniu będzie napisane, że to danie dla trzech, czterech osób, to uwierz na słowo.
- Ale daliśmy radę – westchnął, opierając głowę na moim ramieniu.
- No pewnie, przecież nie mogło się zmarnować – odpowiedziałam wymęczonym głosem i oparłam głowę na jego czuprynie.
Na telewizorze z przodu autobusu zaczął lecieć jakiś film, aby umilić pasażerom podróż. Gdy rozpoznałam pierwszych kilka scen, nie mogłam się powstrzymać od wywrócenia oczami i pomyślenia, jak bardzo ironiczne stało się ostatnio moje życie.
- Serio? Powrót do przyszłości? – mruknęłam bardziej sama do siebie, niż do mojego towarzysza.
- Co, nie lubisz? – zapytał Niall, zerkając na ekran ponad fotelami.
- Nie to, że nie lubię, ale ostatnio mam w tym temacie różne doświadczenia.
- W jakim temacie? Podróży w czasie? – zaśmiał się, wpasowując swoją głowę do mojego ramienia.
- Tak jakby – powiedziałam, starając się nie rozwijać za bardzo tematu. – Wierzysz, że takie coś jest możliwe?
- Prędzej bym uwierzył, że legendarne irlandzkie skrzaty są prawdziwe. – Prychnął. – Ale w filmach fajnie to się ogląda. Kto wie, może kiedyś to jednak będzie możliwe?
No to tyle jeśli chodzi o powiedzenie Horanowi prawdy w najbliższym czasie.
Resztę drogi do Mullingar spędziliśmy powstrzymując się przed zaśnięciem na swoich głowach, co wcale nie było takie łatwe. Pełny brzuch, zmęczenie po całym dniu i jestem w stanie zasnąć w dowolnym miejscu, w dowolnej pozycji.
Gdy przez pół zamknięte powieki zobaczyłam, jak mijamy tabliczkę z napisem „Mullingar”, ruszyłam lekko ramieniem, na którym leżała głowa Nialla.
- Dojeżdżamy – powiedziałam, patrząc, jak chłopak przeciera oczy.
- Chyba mi się przysnęło – szeroko ziewnął.
- Chyba tak. – Uśmiechnęłam się, podnosząc torebkę z podłogi i kładąc ją na kolanach.
- Mam nadzieję, że cię nie obśliniłem. – Podejrzanie zerknął na miejsce, o które jeszcze przed chwilą się opierał. – To by było dość mało romantyczne zakończenie tego wieczoru. – Skrzywił się, najwyraźniej wyobrażając sobie tę scenę.
- Spokojnie, moja koszulka jest sucha, bez uszkodzeń. – Zaśmiałam się, widząc jego minę.
Po krótkiej chwili autobus się zatrzymał, a my wysiedliśmy z pojazdu. Na końcu przystanku zauważyłam Jasona, machającego w moją stronę.
- Nawet będę miała obstawę w drodze do domu... – Wskazałam ruchem dłoni na mojego gospodarza, który najwyraźniej dał mi czas, aby pożegnać się z blondynem.
O dziwo, mimo że cały wieczór nie mogliśmy się oboje zamknąć na chociaż minutę, to teraz staliśmy w ciszy, jakbyśmy bali się cokolwiek powiedzieć. Dzieci.
- Dziękuję za cudowny wieczór. – Uśmiechnęłam się, nieśmiało spoglądając na chłopaka.
- Nie, to ja dziękuję. Dawno tak się dobrze nie bawiłem z jakąś dziewczyną.
- Napisz smsa, jak już dojdziesz do domu, okej? – poprosiłam go, martwiąc się o jego samotny powrót do domu. Na szczęście, w trakcie kolacji, już się wymieniliśmy numerami.
- Jasne. – Pokiwał głową, chowając ręce w kieszeniach i kiwając się na piętach.
- To cześć. – Szybko pocałowałam go w policzek, jakby bojąc się, że zaraz może uciec, obróciłam się na pięcie i odeszłam w stronę czekającego Jasona. Obracając się jeszcze za siebie zauważyłam, że Niall stoi ze zdziwioną miną, zarumieniony.  Cicho się zaśmiałam, widząc tę reakcję.
- Dobrze się bawiłaś? – przywitał mnie Jason, patrząc na mnie rozbawionym wzrokiem.
- Wspaniale – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem, ledwo się powstrzymując przed wykonaniem jakiegoś okropnego tańca szczęścia.



Następny poranek spędziłam na pomaganiu Ruth przy przygotowywaniu śniadania. Robienie miliona tostów, krojenie dodatków do pieczywa i parzenie herbaty, w towarzystwie plotkowania z kobietą, naprawdę sprawiało mi przyjemność.
- Kate, masz jakieś plany na południe? – do kuchni wparował Sean, porywając od razu pierwszy z brzegu tost.
- A co, znalazłeś mi coś ciekawego do roboty? – zapytałam, krojąc pomidora w plasterki.
- Od razu, że...
- Niall? – zapytałam, nie pozwalając mu dokończyć. Mój brak cierpliwości wyraźnie rozbawił matkę i syna.
- Z czego tak się śmiejecie? – do kuchni wpadł Jason, wyraźnie męcząc się z krawatem zwisającym mu na szyi.
- Ze mnie – powiedziałam, udając obrażoną.
- Nie śmiejemy się z ciebie, Katie... – Uśmiechnęła się czule Ruth, podchodząc do męża. – Daj mi to. – Wyjęła mu z dłoni dwa końce krawata i sprawnie go zawiązała.
- Po prostu chyba w najbliższych dniach stosunki irlandzko-polskie nabiorą zupełnie nowego, niepolitycznego znaczenia – powiedział Sean z pełnymi ustami.
- O czym znowu nie wiem? – zapytał Jason, nalewając sobie kawy do kubka.
- Niall kazał mi przed chwilą wybadać, co Kate ma w planach na południe.
- Czyli jednak Niall? – nie mogłam się powstrzymać przed zadaniem tego pytania, powodując wybuch śmiechu u całej trójki.
- Dobra, powiem mu, że będziesz na niego czekać. – Sean wyszedł z kuchni i po kilku sekundach mogliśmy usłyszeć, jak zamyka drzwi od swojego pokoju.
- Dobry z niego chłopak... – Powiedziała po kilku minutach ciszy Ruth, gdy robiłam sobie tosty.
- Z kogo? – zapytałam, udając, że nie wiem, o kim mówi. To było naprawdę niezręczne!
- Wiesz, o kim mówię, Katie. – Westchnęła, opierając się o blat. – Jeszcze jesteście bardzo młodzi, w dodatku za półtora miesiąca już tu cię nie będzie, ale... Jeśli chcesz mieć kogoś bliskiego na czas twojego pobytu tutaj, to Niall jest najlepszym wyborem spośród twoich rówieśników, których znam.
Doskonale wiedziałam, że Ruth ma rację. Pewnie, w jakimś stopniu, to właśnie przez Horana tu się znalazłam. I nawet nie jestem w stanie odpowiednio wyrazić swojej radości, która miałaby okazać to, jak mnie cieszy kierunek, w którym najwyraźniej zmierza nasza znajomość.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć kobiecie, więc zwyczajnie nie powiedziałam nic. Posłałam jej i Jasonowi niezręczny uśmiech i dzierżąc w dłoniach talerz z kanapkami i szklankę soku pomarańczowego, poszłam do swojego pokoju.
- Kate! – gdy szłam korytarzem, Sean wychylił głowę ze swojego pokoju. – Niall będzie tu o dwunastej!
- Mam wrażenie, że cieszysz się tym bardziej ode mnie. – Wywróciłam oczami, otwierając nogą drzwi.
- Lubię jego, lubię ciebie, wy się lubicie w trochę inny sposób, z czego tu się nie cieszyć?



- Czy każde nasze spotkanie będzie się kończyć tym, że nie będę mogła się ruszać przez ciężar własnego żołądka? – zaczęłam marudzić, leżąc na kocu obok Nialla.
Tak jak Sean mnie ostrzegał, Horan porwał mnie na lunch w plener, tylko tym razem bardziej się tego spodziewałam. Po wielkim obżarstwie leżeliśmy na kocu, na trawie, nasze boki się stykały, a my chyba nie czuliśmy się nigdy bardziej swobodnie niż we własnym towarzystwie.
- Nie udawaj, że ci z tym źle, bo i tak nie uwierzę. – Zaśmiał się, obracając głowę na bok, patrząc na mnie.
- Nie mówię, że to mi się nie podoba, ale jeszcze kilka takich ra... spotkań i nie zmieszczę się w żadne swoje spodnie.
- Nie ma sprawy, pożyczę ci swoje dresy, są bardzo elastyczne. – Znowu się zaśmiał, aż poczułam jego oddech na sobie. Obróciłam się do niego i szeroko uśmiechnęłam.
- Następnym razem ja coś przygotuję na lunch albo kolację. Zobaczysz, co znaczy prawdziwe, porządne, polskie jedzenie.
- Mam się bać? Będziesz próbować mnie otruć, czy coś?
- Ciebie? Nigdy w życiu.
- Jesteś taka pewna, że nie mógłbym niczego takiego zrobić, żebyś chciała mnie otruć? – podstępnie się uśmiechnął. – Mam to traktować jako wyzwanie?
- Zabiję cię jedynie tylko wtedy, jeśli za dwa lata nie pójdziesz na casting do X Factora.
- A dlaczego akurat za dwa lata? – Mogłabym przysiąc, że jego twarz znalazła się bliżej mojej. Albo może to tylko moja fantazja zboczuszka?
- Powiem ci, ale jeszcze nie teraz.
- Myślisz, że miałbym szanse w programie?
- Myślę, że zdecydowanie tak. – Dla dodatkowego potwierdzenia moich słów kiwnęłam głową.
- A szanse u ciebie? – wbił we mnie swoje niebieskie ślepa, a mnie autentycznie zatkało. Mimo, że zaskoczył mnie tym pytaniem, bo przecież znamy się dopiero dwa dni, to od razu znałam odpowiedź na jego pytanie. No, gęby nam się nie zamykają, czyli jakoś tak, troszkę, się już poznaliśmy. Słońce świeci, ludziom skacze poziom endorfiny itd. Ale... już? Niall, od razu wiedziałam, że się dogadamy!
- Cztery razy „tak”! – szeroko się uśmiechnęłam, a Niall, gdy usłyszał moje słowa, nie czekając ani chwili dłużej, położył jedną rękę na moim biodrze, przysuwając mnie do siebie, a następnie złączył nasze usta w pierwszym pocałunku. To było niesamowite, o wiele razy lepsze, niż to, co sobie kiedykolwiek wyobrażałam. Jego usta o wiele przyjemniejsze, a jego język zdecydowanie lepiej pieścił mój, niż w moich fantazjach.
Czy to właśnie jest szczęście? Jeśli tak, to chcę, żeby ta chwila trwała wiecznie.




Kolejne tygodnie zleciały w mgnieniu oka. Udało mi się zaliczyć test w szkole we wcześniejszym terminie, więc cały swój wakacyjny czas spędzałam z Niallem, Seanem i ich znajomymi, albo tylko z Niallem. Mimo, że czułam tęsknotę za Polską i rodziną, nie chciałam stąd wyjeżdżać. Cholernie mnie bolało, że za dwa tygodnie będę musiała zostawić Nialla i zamknąć rozdział pod tytułem „Irlandia”. A jeszcze nawet nie powiedziałam mu nic o moim życiowym science fiction.
- O czym tak myślisz? – zapytał Niall, siadając obok mnie z miską popcornu na kolanach, wyciągając mnie przy tym z zakamarków moich myśli.
- O niczym, tak po prostu się zawiesiłam. Daj lepiej ten popcorn. – Zabrałam mu miskę, a ten objął mnie ramieniem. Oparłam głowę na jego barku i po chwili skończyły się reklamy w telewizji, co oznaczało kolejne występy  na castingu w tej edycji X Factora.
Na widok kolejnego uczestnika aż się zakrztusiłam popcornem.
- To Liam! – udało mi się powiedzieć, gdy już uspokoiłam swój oddech.
- Aż tak ci się spodobał, że się zakrztusiłaś? Mam być zazdrosny?– zaśmiał się Niall, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Niezupełnie... – Skuliłam się w sobie, czując, że dłużej już nie mogę go okłamywać. – Po prostu... On...
- Znasz go skądś?
- Tak... To znaczy nie. Cholera. – Głośno westchnęłam, nie wiedząc, która wersja teraz w sumie jest prawdziwa. – Ty go poznasz. Za dwa lata – powiedziałam, nie podnosząc wzroku ze swoich kolan. – Teraz dojdzie do domów jurorskich, ale Simon uzna, że jeszcze nie jest gotowy. Wróci do X Factora za dwa lata. I w tej edycji będziesz też ty, Louis Tomlinson z Doncaster, Harry Styles z Holmes Chapel i Zayn Malik z Bradford. – Dodałam i sięgnęłam po pilot do telewizora i następnie go wyłączyłam.
To chyba jest ten moment.
- Kate..? Zaczynasz mnie przerażać... – Powiedział bardzo powoli. Obróciłam się do niego i zauważyłam po jego minie, że rzeczywiście jest przerażony. W sumie, nie mogę mu się dziwić. – Skąd to wszystko wiesz?
- Powiem ci, ale pod jednym warunkiem. Nie odezwiesz się, ani nie uciekniesz, dopóki nie skończę. – Spojrzałam na niego błagalnie. Ten tylko kiwnął głową, zgadzając się na moje warunki. – Wiem to stąd, że... Ja to przeżyłam. – Westchnęłam. – Oglądałam cię i pozostałą czwórkę. W dwutysięcznym dziesiątym roku, w X Factorze. Potem was oglądałam w internecie, słuchałam waszej pierwszej piosenki, waszego pierwszego albumu, oglądałam wasze dvd z trasy koncertowej, potem wszystko to samo z drugą płytą. Czytałam i oglądałam wasze wywiady, byłam w kinie na filmie o was. – Bałam się spojrzeć na blondyna. Bałam się, jego reakcji. Albo, że zaraz zadzwoni do szpitala psychiatrycznego. – I się w was zakochałam. A w szczególności w tobie. Byłeś, w sumie to jesteś, facetem moich marzeń, cały czas krążyłeś gdzieś w moich myślach. – Zrobiłam krótką pauzę. O dziwo, chłopak nie przerywał. – Aż pewnej nocy, w listopadzie dwa tysiące trzynaście, prawdopodobnie uratowałam komuś życie. Oczywiście nic nie chciałam w zamian. Ale po chwili zaczepiła mnie jakaś kobieta, pytając o moje największe marzenie. Jak możesz się domyślić, byłeś nim ty. A, że często myślałam, że jedynym sposobem, żeby tak naprawdę cię poznać i, żebyś ty mógł się we mnie zakochać byłoby poznanie ciebie przed One Direction, bo tak się będziecie nazywać, to najwyraźniej dlatego jestem tutaj. Wtedy wróciłam do domu, położyłam się spać, a gdy rano obudziłam, byłam już znowu piętnastolatką, zamiast dwudziestolatką.  Resztę historii już znasz. – Spojrzałam na niego niepewnie, ale jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Więc... Będę w jakimś One Direction i nagramy dwa albumy? Będzie o nas film w kinach? Błagam, powiedz, że nie będziemy tańczyć, jestem w tym beznadziejny! – wywrócił dramatycznie oczami,  a ja wybuchnęłam śmiechem, widząc jego reakcję.
- Nie wierzę, że to cię zmartwiło najbardziej z tego wszystkiego, co właśnie powiedziałam!
- Masz na myśli część o cofaniu się w czasie..? – zapytał, a ja kiwnęłam głową. Złapał moje dłonie w swoje i zaczął jeździć kciukiem po ich powierzchni.
- Jestem oszołomiony, to na pewno. I zawsze wiedziałem, że świat jest zbyt skomplikowany, żeby takie dziwne rzeczy się nie zdarzały – powiedział i przytulił mnie mocno do siebie. Od razu mnie ten gest rozluźnił i poczułam się, jakby wszystko miało być dobrze. – Kiedyś ludzie nie wierzyli, że wschód słońca jest możliwy bez dziwnych ofiar, to dlaczego ja ci mam nie wierzyć? Ta historia zdecydowanie wyjaśnia kilka twoich dziwnych zachowań, czy tekstów. Jak na przykład to, że we wrześniu będzie krach na giełdzie i cały świat będzie w kryzysie ekonomicznym.
- No bo tak będzie! – zaśmiałam się, dając mu kuksańca w bok.
- Okej, okej! – ułożył ręce w obronnym geście. – Tylko wiesz co? Muszę się z tym przespać, jakoś to bardziej przyswoić. I nie myśl, że będziesz mogła wrócić do domu bez zaśpiewania mi moich piosenek! – pogroził mi palcem.
- Nie mogę w to uwierzyć. – Pokręciłam głową z niedowierzaniem. – Jesteś niemożliwy. Właśnie ci powiedziałam, że w jakiś tajemniczy sposób przeniosłam się pięć lat w przeszłość, do ciebie, a ty to tak normalnie przyjmujesz, jakbym ci powiedziałam, że jutro zamiast słońca ma padać deszcz.
- Nie, na deszcz zdecydowanie bym tak spokojnie nie zareagował. – Na jego twarzy pojawił się grymas. – Popsułby nasze plany na wycieczkę w plener.
- Niall! Wiesz, o co mi chodzi...
- Oj, wiem, wiem... – Westchnął, czochrając moje włosy niczym małemu dziecku. – Po prostu naprawdę ma to dla mnie sens. O dziwo. – Na chwilę się zamyślił. – Nie mogę pojąć tylko jednego. Mogłaś wybrać dowolną opcję, dowolne pragnienie, marzenie. Mogłaś sobie zażyczyć wszystkiego. A wybrałaś właśnie mnie. – Czułam, jak moje policzki oblewają się rumieńcem. – Wierzę ci, Katie. Wierzę ci, bo się w tobie zakochałem po uszy.
- Co..? – miałam wrażenie, że źle usłyszałam.
- Dobrze słyszałaś. Zakochałem się w tobie. Kocham cię i ci wierzę, bo na tym polega miłość. – Boże, i on ma piętnaście lat?! – Nawet gdybyś teraz mi powiedziała, że Ziemia jest płaska, a nie okrągła, to bym ci uwierzył. Bo cię kocham.
- Ja ciebie też, Niall. – Rzuciłam się w jego ramiona i mocno go ścisnęłam. Usłyszenie od niego tych słów było czymś niesamowitym. Bardziej niesamowitym od wszystkiego, co do tej pory przeżyłam, przez całe swoje życie.
Tkwiliśmy w tym pełnym emocji uścisku kilka minut, prawie się nie ruszając, gdy nasz najważniejszy do tej pory moment przerwało pukanie do drzwi wejściowych.
- Otworzę – powiedział Niall, wstając z kanapy i cmokając mnie w przelocie w policzek.
Usłyszałam otwieranie drzwi i cichy głos kobiety, który wydawał mi się dziwnie znajomy.
- Kate, to do ciebie! – usłyszałam wołanie chłopaka i od razu poszłam w jego stronę.
Gdy zobaczyłam, kto stoi w przedpokoju, zamarłam w pół kroku.
- Nie... – Szepnęłam. Na plecach poczułam zimny pot z przerażenia, aż musiałam się złapać komody, aby nie upaść. – Nie, nie teraz... Błagam! – poczułam, jak do oczy napływają mi łzy.
- Kate? Wszystko w porządku? – natychmiast obok mnie stanął blondyn, trzymając mnie za ramiona. – Co się stało, kim ona jest?
 - To ona, to ta kobieta! – powiedziałam, czując jak powstrzymywane łzy wygrywają ze mną walkę i zaczynają strumieniem spływać po moich policzkach. – Ona chce mnie stąd zabrać, czuję to... – Mocno do niego przylgnęłam, bojąc się ruszyć z miejsca.
- Nikt mi cię stąd nie zabierze, obiecuję. – Głaskał mnie po głowie i zwrócił się do kobiety. – Chyba może pani stąd już iść. Jak widać, nie jest tu pani mile widziana.
- Wybacz, młodzieńcze, ale Kasia musi iść ze mną – powiedziała, uśmiechając się współczująco. – Jej życzeniem było, abyś się w niej zakochał. Spełniło się ono w momencie, gdy wyznałeś jej miłość.
- I co, to ma być koniec? Po moim trupie. – Warknął, zasłaniając mnie swoim ciałem.
- Ależ nie, to nie musi być koniec – odpowiedziała, zbliżając się do nas na niebezpiecznie małą odległość. – Jeśli wasze uczucia są silne, to wasza miłość się nie skończy, nigdy. Lecz jeśli to tylko zauroczenie, już wkrótce o sobie zapomnicie, a żadna magia, nawet ta najpotężniejsza, nie będzie w stanie wam pomóc. Wybaczcie, ale to już jest koniec. – Oparła się dwiema dłońmi na tej samej drewnianej lasce, którą miała przy naszym pierwszym spotkaniu, i zaczęła coś mówić pod nosem, z zamkniętymi oczami.
- Niall, to koniec, ona ma rację. – Stanęłam przed chłopakiem i chwyciłam w dłonie jego twarz. – Kocham cię. To nie jest żadne zauroczenie, żadna stara baba mi tego nie wmówi, słyszysz? Kocham cię! – powiedziałam głośno i mocno przylgnęłam swoimi wargami do ust chłopaka, starając się zapamiętać każdy szczegół tej chwili. Nagle poczułam, że wszystko wokół mnie staje się niewyraźne.
- Ja ciebie też kocham! – usłyszałam krzyk Nialla, jakby znajdował się gdzieś na drugim końcu miasta, a nie tuż przede mną. – I nigdy o tobie nie zapomnę, nigdy! – dotarły mnie jego słowa, gdy wszystko wokół mnie znikło.
Wszystko było jasne, prawie że białe.
Nicość. Pusta przestrzeń.
Odwróciłam się i ujrzałam kobietę dokładnie w tym miejscu, w którym stała przed chwilą, tylko że w domu Nialla. Przetarłam rękawem mokre oczy i spojrzałam na nią z wściekłością.
- Jaki był tego sens, skoro już z nim nie mogę być? – zapytałam, a w moim głosie nawet ja usłyszałam tonę jadu. Mimo mojej wściekłości, kobieta stała nadal niewzruszona, cały czas z tym delikatnym uśmiechem, zupełnie ignorując moje pytanie i zachowanie.

- Kasiu, nadszedł czas, abyś znowu miała dwadzieścia lat.


***
Konkurs był motywacją, żeby w końcu zrealizować pomysł, który siedział mi w głowie już od dawna.
Niezmiernie mi było miło, kiedy Asia i Kasia napisały mi, że moja praca jest tak wyjątkowa i wyróżnia się na tle innych, że jest ponad podium i otrzymuję "Grand Prix".
Dziękuję, dziewczyny, za to wyróżnienie :)

11 komentarzy:

  1. Wow. Jestem pod ogromnym wrazeniem! Jeden z najlepszych shot`ow jakie czytalam, po prostu meega! Jeju, zeby takie rzeczy byly mozliwe, to by bylo cudowne. Masz ogromny talent Kasiu, czegi Ci zazdroszcze. Ciesze sie, ze w internecie moge znalezc ff, pisane przez osoby w moim wieku.
    Powiem szczerze, nie moge sie doecekac drugiej czesci, naparawde jestem zachwycona!
    Pozdrawiam serdecznie! :*
    Dominika
    P.S. Przepraszam za brak polskich znakow i za bledy, ale pisze z telefonu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że to dziwactwo Ci się spodobał... Kiedyś mnie naszło takie coś i już nie chciało się odczepić. I w sumie nadal nie chce, bo jak w najbliższym czasie nie napiszę drugiej części, to głowa mi chyba eksploduje... ;)
      "osoby w naszym wieku" - i nagle poczułam się stara ;) Wchodząc w świat "One Direction" bałam się, że będę tu naprawdę jakimś antykiem, a jednak się okazało, że więcej mam znajomych w "naszym wieku" niż tych młodszych... O dziwo, nie jestem sama. Kamień z serca :D

      Buziaki,
      @katie093

      Usuń
    2. Powiem szczerze, że miałam takie obawy jak Ty, ale całe szczęście moja przyjaciółka również jest fanka i było łatwiej :).
      Haha, nie no glowa Ci nie może eksplodować, zabraniam! Muszę się dowiedzieć co będzie dalej w shot'cie i opowiadaniu, także Kasiu życzę Ci baaardzo dużo weny!

      Usuń
  2. o ja pierdole ale zajebiste!
    sorry że tak prostolinijnie, ale inaczej tego nie wyrażę :D w tygodniu napiszę trochę dłuższy komentarz <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami takie właśnie proste opinie są najlepsze! ;)
      Cieszę się, że Ci się spodobało :)

      Pozdrawiam,
      @katie093

      Usuń
  3. Cześć! Ten blog, został przeze mnie nominowany do Liebster Award!
    Gratuluję udanej pracy!
    Więcej informacji tutaj : http://i-am-all-yours-larry-stylinson.blogspot.com/2013/12/liebster-award.html
    Serdecznie Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps: Mega genialny shot! Już nie mogę się doczekać drugiej części ;*

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. świetne :) praktycznie czytałam każdy fragment tej pierwszej części nie mogąc na chwilę nawet przestać. Byłam bardzo ciekawa co dalej będzie. I nie mogę doczekać się drugiej części :) Świetny pomysł na fabułę. Gratuluję :* Kiedy można spodziewać się 2 części? Oraz kiedy będzie kolejny rozdział my guilty pleasure?
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te miłe słowa :) Postaram się Ciebie, jak i innych, nie zawieść tą drugą częścią...
      Drugiej części można się spodziewać jakoś do końca roku, mam nadzieję.
      A nowy rozdział pojawi się w najbliższych dniach, do niedzieli na pewno - choćbym miała ruszyć Niebo i Ziemię, albo nie spać kilka następnych nocy ;)

      Pozdrawiam,
      @katie093

      Usuń