sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 3

To jest ten moment. Zaraz dowiem się, jak będą wyglądały następne miesiące mojego życia. Czy nadal będę zwyczajnie chodzić na uczelnię, grać w Angry Birds na nudnych wykładach i uczyć się w nocy, bo jestem zbyt leniwa, żeby robić to w dzień? Czy może zamiast tego będę gdzieś na scenie w Londynie, w studio iTV, stresując się przed występem? Ugh, zaraz zemdleję… Stres działał na mnie paraliżująco, bardziej niż kiedykolwiek. Tydzień temu, na castingu, to było nic z porównaniem do tego, co teraz przeżywam. Wtedy byłam tam z myślą, że i tak pewnie dalej nie przejdę, najwyżej mój występ dołączy do kolekcji na YT „X Factor UK funny”. Przed maturą myślałam, że bardziej się nie można stresować niż właśnie tymi egzaminami. Potem miałam dwie sesje – zimową i letnią, i wtedy doszłam do wniosku, że matura przy sesji to mały pikuś. A teraz do mojej skali stresu dochodzi występ w X Factorze. Zdecydowanie czołówka – może ktoś chce się zamienić za sesję? Albo dziesięć sesji? Nikt? Kurde, szkoda…
A teraz stoję tutaj, znowu na scenie, tej samej co tydzień temu. Kilka metrów przede mną siedziały trzy osoby, które już podjęły jedną z najważniejszych decyzji w moim życiu, na którą nie mogę w żaden możliwy sposób wpłynąć. Po obu moich stronach miałam rząd ludzi – większość z nich, moim zdaniem, o wiele zdolniejsza ode mnie. Z naszej dwudziestki mogą przejść dalej tylko dwie osoby – pozostałe trzy miejsca w naszej kategorii zostały już wcześniej zajęte, a my jesteśmy ostatnią grupą do odstrzału. Tak, dokładnie, do odstrzału. Czuję się tak, jakby zaraz ktoś miał ogłosić nade mną wyrok śmierci. Albo całkowite ułaskawienie. Tylko nie mogę dojść do tego, czy „przejście dalej” ma być ułaskawieniem, czy karą śmierci.
- Jak wiecie, musieliśmy wybrać z waszej dwudziestki tylko dwie osoby. – Zaczął mówić Simon.
- Poziom tej edycji jest wyjątkowo wysoki, a myśl, że któremuś z was musimy podziękować już na tym etapie, była wręcz paraliżująca. – Kontynuowała Cheryl.  – A co dopiero odrzucić osiemnaście tak wspaniałych osób. Każdy z was jest na swój sposób wyjątkowy, szczególnie pod względem artystycznym. Pewnie przez tę decyzję nie będę mogła spać dzisiaj w nocy…
- Pierwszą osobą, która przejdzie dalej, będzie chłopak, który oczarował nas już w momencie, w którym wszedł na scenę. – Simon przewiercał wzrokiem każdego z nas, chyba tylko podwajając nasz stres. – Po swoim występie wiedziałem już, że będę o niego walczył do ostatniej chwili, bo zasługuje na to miejsce bardziej niż ktokolwiek inny. Jimmy Sims, gratulacje, przechodzisz dalej. – Wymienił imię chłopaka, a po chwili Jimmy przeszedł przede mną w stronę wyjścia. Farciarz, już ma najgorsze za sobą.
Poczułam, jak osoba stojąca obok dziewczyna łapie mnie za rękę i mocno ją ściska. Widocznie z innymi było jeszcze gorzej niż ze mną, nie powiem – pocieszające.
- Druga osoba na castingu pokazała nam, że jest osobą zabawną, odważną i ma wiele chęci i siły do działania i pracy nad sobą. – Tym razem odezwał się Louis. – Natomiast dzisiaj pokazała nam, że podjęliśmy słuszną decyzję, przepuszczając ją dalej. Udowodniła nam, że chcieć to móc. Przez ten tydzień tak pracowała nad swoim głosem, że dzisiaj żadne z nas nie miało wątpliwości, że jeśli damy jej tę szansę, to jeszcze bardziej się rozwinie wokalnie i artystycznie. I mogę tutaj chyba powiedzieć w imieniu całego jury, że mamy wobec niej duże oczekiwania.
- Pokazała nam tę legendarną polską siłę, Kate, to miejsce jest twoje. – Cowell spojrzał na mnie, a ja przez pierwsze kilka sekund błądziłam wzrokiem po twarzach jurorów, szukając jakiegoś potwierdzenia tego, co przed chwilą usłyszałam. Ludzie wokół mnie zaczęli płakać i się powoli rozchodzić, a ja tam stałam jak słup, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Jasne, Jack mówił mi wczoraj, po naszym drugim spotkaniu, że jest pewny tego, że wyląduję na „live’ach”, ale byłam pewna, że  to zwykłe gadanie każdego nauczyciela, który stara się pocieszyć i zmotywować swoich uczniów do jakiegoś konkursu.
- Kate, nie cieszysz się? – zaśmiała się Cheryl, widząc moją minę.
- Pewnie jest w szoku. – Uśmiechnął się z kolei Louis.
- N-naprawdę przechodzę dalej? – upewniałam się, a gdy zobaczyłam, jak cała trójka jednocześnie kiwnęła głowami, całe napięcie nagle ze mnie zeszło, a w oczach pojawiły się łzy – chyba szczęścia.
- Hej, chodź do swojej grupy, zaraz poznacie swoich jurorów! – Usłyszałam głos wołający mnie zza kulis. Idąc ku wyjściu zaczęłam się sama do siebie śmiać, cały czas nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Gdy tylko wyszłam z korytarza prowadzącego na scenę, ktoś z pracowników złapał mnie za ramię i poprowadził do pomieszczenia, w którym znajdowały się cztery osoby z mojej kategorii wiekowej. Dzięki Bogu za takich ludzi, w tym stanie pewnie daleko bym nie zaszła, a już na pewno nie tam, gdzie powinnam.
Przywitały mnie dziwne wrzaski i piski, przypominające trochę odgłosy godowe szympansów, ale kto by teraz na to zwracał uwagę.
- Kate, wiedziałam, że to ty będziesz! – rzuciła się na mnie brunetka, którą poznałam jeszcze na castingu.
- Dzięki… Chyba. – Cudem udało mi się wydostać z jej uścisku. O dziwo, powoli się przyzwyczajałam do otaczających mnie kamer. Były wszędzie wraz z ludźmi mówiącymi nam, co mamy robić, gdzie stać i najlepiej jak oddychać. – Cześć, jestem Kate. – Wyciągnęłam dłoń w stronę pozostałej trójki, która podobno miała być moją konkurencją. Oprócz już wspomnianej brunetki, Jane, był Jimmy, Michael i Nick. Wszyscy na pierwszy rzut oka wydawali się przemili, w ogóle nie wyczuwałam tutaj jakiejkolwiek rywalizacji, co mnie w sumie zdziwiło. Chociaż pewnie na wszystko przyjdzie czas…
- Jak myślicie, kogo dostaniemy?
- Cheryl, dawno nie miała juniorów. – Stwierdziła Jane, wyraźnie się zastanawiając.
- Nie, nie chcę jej. – Michael wywrócił oczami. – Dajcie spokój, jedyny człowiek, który może nam zapewnić jakiś start to tak naprawdę Simon…
- Racja, Simon ma największą siłę przebicia, ale Louis ma ogromne doświadczenie w tym biznesie, zna się na rzeczy. – Dorzucił swoje trzy grosze Nick.
- A mi to jest obojętne. – Wtrąciłam się. – Na razie nie mogę cały czas uwierzyć, że przeszłam dalej. – Położyłam dłoń na czole, jakby ten gest miałby pomóc mi się oswoić z perspektywą mnie z X Factorze. – No i teraz to już na bank pokażą nas w telewizji.  – Zaśmiałam się i teatralnie przerzuciłam włosy na drugie ramię.
- Właśnie, telewizja.  – Do naszej grupki podszedł facet, cały ubrano na czarno i obwiązany różnymi kablami. – Stójcie tak jak stoicie. Zaraz zaczynamy kręcić, wejdzie wasz opiekun, wy się na niego z radością rzucicie…
- A jak się nie będziemy z niego cieszyć, to co? – zapytał Michael przerywając, bawiąc się swoimi pasemkami. Oj, coś czuję, że się nie polubimy. Ledwo co na scenę wyszedł, a już gwiazdorzy. Zaraz mu chyba kupię jakiegoś Snickersa…
- To wtedy też skaczecie na niego z radością, to jest show, przyzwyczaj się. – Warknął w stronę chłopaka. Widocznie on też go nie polubi. -  Chwilę was z nim pokręcimy, a potem damy wam spokój. Udawajcie, że teraz gadacie, zaczynamy kręcić.
- Udawajcie, że gadacie… - Prychnął Pan Buntownik. – Znaleźli sobie małpy…
- Daj spokój, nie udawaj, że się nie domyślałeś jak to będzie wyglądać. – Wywróciłam oczami.
- AKCJA! – usłyszeliśmy krzyk, a wokół nas zaczęły się kręcić kamery.
- Tak się cieszę, że przeszedłem dalej, ciekawe, kto będzie naszym opiekunem! – zaczął szeptać Michael. Byłam ogromnie zaskoczona tym, jak nagle potrafił założyć maskę kogoś zupełnie innego. Cóż, na pewno takim zachowaniem nie wzbudzi mojego zaufania…
- Wszyscy są świetni! – do chłopaka dołączył Nick, który się również dziwie rozpromienił na widok kamery celującej w jego twarz. Moje spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Jane i od razu wiedziałam, że myślimy dokładnie o tym samym. Przynajmniej jedna normalna… Znacząco się do siebie uśmiechnęłyśmy i już do siebie podchodziłyśmy, żeby pewnie wyśmiać tamtą dwójkę, ale nasze zamiary przerwały otwierające się drzwi. Pięć par oczu skierowała się ku wyjściu na korytarz, w którym po chwili stanął…
- SIMON! – krzyknął Jimmy na powitanie naszego tzw. mentora, klaszcząc w dłonie. Przyłączyłam się do niego, szczerze się ciesząc. Czytałam trochę o Cowellu i muszę przyznać, że facet naprawdę wie, co robi i praca z nim może być świetną zabawą. W końcu One Direction to jego dziecko…
- Cześć, dzieciaki! – podszedł do nas i wyciągnął ręce. – Grupowy przytulaniec! – objął nas wszystkich niczym piątkę swoim własnych dzieci. Zaczęłam się śmiać – nigdy bym nie podejrzewała tego faceta o takie czułości! To on jednak ma serce?
Jeszcze chwilę się pośmialiśmy, wymieniliśmy kilka powitalnych uprzejmości i „techniczni” przestali kręcić i zostawili nasz zespół w sali konferencyjnej.
Simon głośno klasnął w ręce i je zostawił w pozycji jak do modlitwy.
- Wiecie, gdzie was teraz zabiorę w ramach wieczorku zapoznawczego? – zapytał z uśmiechem, patrząc na nas wyczekująco. Odpowiedziała mu jedynie cisza. Już otwierał usta, aby zdradzić swój plan, gdy nagle przerwało mu głośne burczenie brzucha. Mojego brzucha. Boże, co za wstyd… Mogę się założyć, że moje policzki zamieniły się w dwa bordowe placki.
- O Matko, przepraszam! – zawstydziłam się, a pozostali zaczęli się śmiać.
- Widzę, a raczej słyszę, że twój brzuch czyta mi w myślach. – Simon położył mi rękę na ramieniu, obejmując mnie. – Zabieram was na pizze! – zakomunikował, a ja mogłam przysiąc, że mój brzuch poczuł się nagle szczęśliwy z perspektywą pysznej, ciepłej, niezdrowej pizzy w bliskiej przyszłości. – Ale zabiorę was na tą pizzę w miejsce, gdzie nie trafia wielu ludzi. – Dodał tajemniczo. – A będzie to mój dom. Będziecie dzisiaj moimi gośćmi.
- Woooow. – Odpowiedział mu grupowy zachwyt. Tyle szczęścia jednego dnia – dostać się do domów jurorskich, być w drużynie Simona i w dodatku zobaczyć jego dom? Magia, czysta magia.
- Dobra, nie ma co czekać, za kwadrans będzie dostawa. – Zaczął się zbierać i otworzył przed nami drzwi. – Nie wiem jak wy, ale ja zdecydowanie wolę ciepłą pizzę od zimnej.
- Mój brzuch prosi, żeby przekazać, że on też woli ciepłą… - Zaśmiałam się gładząc po brzuchu i wychodząc z sali, co oczywiście dało grupie kolejny powód do śmiechu.



Dom Cowella był dokładnie taki jak można było się spodziewać – zniewalający to zbyt „biedne” określenie. Był częścią wielkiej kamienicy z czerwonej cegły, którą otaczał zadbany ogród.
Po przekroczeniu progu domu, zauważyłam niesamowity ład i porządek, jaki panował na każdym kroku  - aż dziw, że było to mieszkanie mężczyzny. Wszędzie jasne, ciepłe kolory, kwiaty w wazonach, a na podłodze ciemne drewno, które lekko skrzypiało pod naciskiem naszych stóp, nadając temu miejscu klimat. Z holu od razu weszliśmy do salonu, równie jasnego jak hol. Były tam trzy wielkie kremowe sofy, a między nimi stał szklany stolik.
- Siadamy, czy chcecie zwiedzić? – zapytał Simon, odkładając klucze na komodę stojącą w rogu.
- ZWIEDZAMY! – odpowiedziało mu pięć głosów równocześnie.
- Cóż, z taką siłą nie mam co dyskutować. – Zaśmiał się. – W takim razie zapraszam.
- Kocham ten kominek. – Jane wskazała na jasny, marmurowy kominek, kiedy obok niego przechodziliśmy. – Mogłabym przy nim zamieszkać.
- Też go lubię, przydaje się w zimowe wieczory. – Stwierdził właściciel tego królestwa, prowadząc nas do pomieszczenia naprzeciwko, którym okazała się jadalnia. Przez pół pokoju rozciągał się stół z ciemnego drewna, z dopasowanymi krzesłami dookoła. W kącie stał piękny, czarny fortepian.
- Grasz na fortepianie? – zapytał się Nick
- Czasami, jak potrzebuję uciec od rzeczywistości… - Westchnął, ruszając w dalszą trasę. Ludzie tacy jak on potrzebują takich ucieczek? Przecież on ma wszystko, czego może mu brakować? Eh, zrozum tu gwiazdy…
Zobaczyliśmy jeszcze łazienkę i kuchnię, która chyba była wyciągnięta prosto z moich marzeń – mogłabym tam centralnie zamieszkać, tylko cały czas gotować i jeść.
Nasze zwiedzanie przerwał dzwonek do drzwi.
- Pizza przyszła! – Potwierdził Si. – Idźcie do jadalni, zaraz przyniosę.
Wszyscy grzecznie usiedliśmy wokół wielkiego stołu, zostawiając Simonowi miejsce na środku. Gdy tylko pięć pudełek tego niesamowitego placka zostało otwarte przed moim nosem, poczułam jak bardzo byłam głodna. Nie ma co się w sumie dziwić, jeśli od dwóch dni niewiele mogłam przełknąć – stres całkowicie zwinął mój żołądek w jeden, porządny supeł. Justyna na szczęście nie zauważyła mojej tymczasowej diety – wystarczy jej coś ugotować, podstawić pod nos i już zapomina o bożym świecie. Cóż, inaczej albo wpychałaby we mnie jedzenie siłą (tak dosłownie jak tylko możecie to sobie wyobrazić) albo by mnie ogłuszyła i podłączyła do jakiejś kroplówki od cyganów z bloku obok. W takim wypadku zdecydowanie wolałam jej gotować i tym samym usypiać jej czujność.
O dziwo, po moich trzech-czterech kawałkach, po których zazwyczaj mam dość, nadal czułam, że mój brzuch krzyczy „CHCĘ WIĘCEJ!”. Miałam więc dwie opcje: albo być nadal głodną i uratować twarz, albo się obeżreć tak, jakby ktoś mi ukradł lodówkę z domu. Niestety, człowiek głodny raczej nie równa się człowiekowi zdrowo myślącemu, dlatego zjadłam drugie tyle…
- Boże, dziewczyno, gdzie ty to mieścisz? – wszyscy się zdziwili, obserwując jak sięgam po szósty kawałek.
- Mam czarną dziurę w brzuchu, a ostatnio trochę ją zapuściłam… - Powiedziałam zakrywając usta dłonią, w końcu nikt nie lubi patrzeć jak ktoś przeżuwa. Jakaś odrobina kultury mi została, chociaż każdego dnia dzięki mojej współlokatorce stopniowo jej ubywa. Ale i tak ją kocham, wariatka jedna…
- Znam kogoś, kto by do ciebie pasował. – Zaśmiał się Cowell pijąc herbatę. Ja na tę uwagę aż się zakrztusiłam, bo doskonale wiedziałam o kim mówi. O matko, jak jeszcze zaraz powie, że nas zapozna, to oprócz uduszenia się kawałkiem pizzy, to się połamię spadając z krzesła! – Spokojnie, spokojnie, nie mam zamiaru bawić się w swatkę. – Ufff.
- Simon, powiedz nam… - Zaczął ciekawski Michael, a ja porozumiewawczo spojrzałam na Jane. – Gdzie nas zabierzesz za tydzień do domów jurorskich?
- Właśnie miałem zamiar wam wszystko powiedzieć. – Uśmiechnął się tajemniczo odkładając kubek z herbatą na stół i oparł się łokciami o blat. – Więc tak… Chcę żebyście mieli niespodziankę. Powiem wam tylko tyle, że w czwartek , 31 października lecimy na drugi koniec świata. – Tutaj spojrzał na mnie. – Kate, sprawdziłem, czy nie potrzebujesz tam wizy, ale wszystko gra. – Zwrócił się do wszystkich. – Ale wszyscy musicie mieć ważne paszporty, wylatujemy poza Unię. – Ostrzegł.
- Jakieś ciepłe kraje, błagaaaam. – Odezwał się Nick, trzymając się za swój brzuch, najwyraźniej trochę obolały z przejedzenia.
- Mam nadzieję, że będzie ładna pogoda, ale nie mogę nic obiecać, tam nie da się tego przewidzieć.
- Ale gdzie jedziemy? – wtrąciła się Jane, widocznie już też nie mogła wytrzymać. Jasne, mnie też to ciekawiło, i to „bardziej niż bardzo”, ale teraz wolałam się zająć teraźniejszością, czyli pizzą. O Boże, jakie to dobre! Pojadę tam gdzie Simon będzie chciał tak czy siak. – Nie prosimy cię, żebyś nam powiedział, z kim będziemy mieć warsztaty, tylko gdzie mamy jechać… Muszę wiedzieć, jakie ciuchy mam zabrać.
- Spokojnie, spokojnie! –Simon aż wstał od stołu.Chyba chciał, żeby jego autorytet urósł razem z nim. – Weźcie takie ciuchy jak na naszą wiosnę czy jesień. – Westchnął. – Nie powiem wam. Postanowiłem, że zrobię wam niespodziankę i tak będzie! Dowiecie się dopiero na lotnisku, ale mam nadzieję, że uda się to tam jeszcze ukryć i się dowiecie na miejscu. Koniec kropka. Za pięć dni widzimy się na lotnisku, spakowani i przygotowani. Jesteście dorośli, przynajmniej w metryce, dacie sobie radę.



Siedziałem na kanapie w salonie, który łączył wszystkie pięć pokoi. Podróż zdecydowanie była męcząca. I ta strefa czasowa, przez którą rozmowa ze znajomymi czy rodziną w Anglii była zupełnie niemożliwa w „normalnych” porach dla obu stron… Masakra.
Melbourne przywitało nas pięknym, wiosennym słońcem, nawet jednej chmurki nie było na niebie. Louis z Lou i Lux poszli na plażę, pewnie wybudować kilka zamków czy fortec. Natomiast Niall, cały czas nieźle wkurzony na Harry’ego, siedział na kanapie z kolejnym już piwem i wpatrywał się pustym wzrokiem w telewizor, chociaż myślami był pewnie zupełnie gdzie indziej.
- Niaaaall, noooo…. Daj już spokój! – stanął przed nim Styles. – Przecież nie zabiłem ci matki, tylko trochę urozmaiciłem prawdę… - Westchnął. – Ale prawie od razu wszystko wyprostowałem i już wiecie wszystko!
- Spadaj. – Burknął blondyn, jednocześnie opróżniając butelkę i zabierając się za kolejną.
- Przestań pić, ile można… - Jęknąłem na ten widok. Doskonale wiedziałem, że jak tak dalej pójdzie, to jutro będzie nie do życia, a przecież musimy zagrać koncert, z jego kacem czy bez.
- Ja nie piję. – Powiedział tak, że ledwo go usłyszałem. – Ja dezynfekuję rany duszy. Na zapas. – Stwierdził i włożył w kieszeń nową butelkę, a już otwartą wziął w rękę i wyszedł na taras.
- No to pięknie… - Podsumowałem. – Jakbyś się nie mógł domyślić, że z miłości życia Horana nie można żartować!  - Warknąłem na Hazzę.
- Oj daj spokój, jaka miłość życia. Nawet jej nie poznał. To ty robiłeś z nią nie wiadomo co.
- Właśnie, NIE wiadomo co, tego się trzymajmy… - Odpowiedziałem, chyba rumieniąc się po raz setny ostatnimi dniami niczym mała dziewczynka. Boże, ile wstydu może przynieść jedna pijacka noc…
- A z resztą… - Harry machnął ręką i zaczął iść w stronę łazienki, w której przecież jest…
- Harry, tam jest..! – nie zdążyłem nawet dokończyć zdania, gdy w całym apartamencie rozległ się wrzask Zayna.
- ZAJĘTE, DO CHOLERY!
- Och, pardon. – Harry zamknął drzwi, lekko się śmiejąc.
- Silwuple, idioto…



Taras i piwo to zdecydowanie dobre połączenie. Z każdym kolejnym łykiem wszystko wydawało się łatwiejsze, przyjemniejsze. I jeszcze to cudowne słońce, nie za gorąco ani nie za zimno.
Czasami mam wrażenie, że tego wszystkiego jest za dużo… Wszystkiego. Fanki, koncerty, zupełny brak prywatności. Nawet nie mogę napisać na TT „fuck”, bo od razu każą mi to usunąć. Bo to czytają małe dzieci, macie dawać przykład! Ale za jaką cenę? Te zera na koncie mają mi to wynagrodzić? Że tak naprawdę nie mogę być sobą w stu procentach, tylko jakimś produktem  ludzi od PR, który nie ma mieć życia poza kilkoma wolnymi tygodniami w roku, tylko ma zarabiać pieniądze! Nawet nie mamy czasu na takie rzeczy jak miłość, dziewczyny… Te one-night-standy Harry’ego? Proszę was, przecież nie będziemy o tym rozmawiać w kategoriach miłości… Zwyczajnie się chłopak wyżywa, każdy potrzebuje czasami sobie, hmmm, ulżyć. Mi na razie wystarczą filmy i wyobraźnia. 
Nawet jakiś tydzień temu pojawiła się iskierka nadziei, że może w końcu uda mi się poznać jakąś dziewczynę. I to taką, która jest na tyle do mnie podobna, że mogłaby ze mną wytrzymać dłużej niż miesiąc. No, ale jasne, przecież nie może być za pięknie… Oczywiście Liam musiał się z nią kiedyś na jakiejś imprezie obściskiwać. Już chyba zawsze będę „tym drugim”.
- Cześć, stary… - O wilku mowa a wilk tuż tuż. Liam usiadł obok mnie. Od razu zauważyłem, że chce coś powiedzieć, ale nie wie za bardzo jak.
- Gadaj, nie męcz się tak. – Pogoniłem go.
- No bo…  Wiesz…
- Nie wiem.
- No bo chcę, żebyś wiedział, że masz moje pełne wsparcie w sprawie tej całej Moony. Ja jej w ogóle nie pamiętam, więc tym bardziej nie będę ci stał na drodze. Zasługujesz na szczęście i jeśli tylko będę mógł jakoś ci pomóc, aby to osiągnąć, to to zrobię.
- Nie no stary weź, bo się zaraz rozpłaczę. – Zaśmiałem się, biorąc łyk złotego eliksiru. – Przecież tu chodzi o jakąś laskę, której w życiu na oczy nie widziałem…
- Ale…
- No jasne, wizja takiego chodzącego mojego ideału była super. Jak wtedy przeczytaliśmy ten artykuł, to oczy prawie mi z orbit wyszły, a ciśnienie skoczyło tak, jakbym właśnie przebiegł jakiś maraton. – Zaśmiałem się. Ja i maraton? Taaa, chyba w jedzeniu.  – Po prostu czasami mam tego dość. Chciałbym być zwykłym facetem, w college’u, móc normalnie pójść do sklepu…
- Każdy z nas ma takie chwile. – Liam poklepał mnie po plecach. – Jutro na koncercie ci przejdzie. Grunt, że nie złapała cię depresja z braku seksu. – Zaśmiał się, a ja wywróciłem oczami.
- Wiesz przecież doskonale, że seks dla mnie to sprawa drugorzędna… Mam po prostu nadzieję, że wkrótce spotkam dziewczynę swoich marzeń, może właśnie tą Moony, jeśli uda mi się ją jakoś dorwać. I będzie taka jak sobie wyobrażam.
- Czyli „Akcja: Anonymous Directioners i miłość dla Horana” nie zostaje odwołana?
- NIGDY W ŻYCIU! – oburzyłem się. – Wiesz, byłoby głupio, gdyby cały mój seksualny potencjał miał się zmarnować… - Mruknąłem głosem Casanovy ruszając brwiami, a Payne po prostu zaczął się śmiać.
- Nie przejmuj się. Ja ostatnio byłem w kobiecie jak zwiedzaliśmy Statuę Wolności na początku lipca… - Tym razem to ja się zacząłem śmiać. Jednak Liam jest najlepszym przyjacielem, nieważne czy coś robił z Moony, czy nie.



-Wyglądasz cudownie, Niall. – Zaśmiał się Paul wchodząc następnego dnia do apartamentu chłopaków. – Naprawdę, zdjęcie ciebie w aktualnym stanie powinno się znajdować w encyklopedii pod definicją „słoneczny letni poranek”.
- Serio myślisz, że ta godzina w łazience przed chwilą mi pomogła? – blondyn lekko ożył po komplemencie menadżera.
- Ja pierniczę, - Louis wywrócił oczami, - ty to byś nie zauważył ironii nawet gdyby wyszła z krzaków i kopnęła cię w dupę, co? – na tę uwagę reszta się roześmiała, oczywiście poza zdezorientowanym Niallem, który do końca nadal nie wiedział, z czego się śmieją. Chociaż miał przeczucie, że z niego. Albo z jego kaca. Albo z niego i jego kaca równocześnie.
- Dobra, koniec żartów. – Higgins spoważniał. – Masz się doprowadzić do jakiegokolwiek porządku do koncertu, nie będziesz zgonował na scenie. Fanki nie po to tyle płacą, żebyście nie dawali z siebie wszystkiego.
- Widzisz, Paul, co miłość potrafi zrobić z człowiekiem… - Wtrącił Harry z miną „myśliciela-filozofa”.
- Co? – zdziwił się. – Przecież wam mówiłem, do cholery, że ja mam wiedzieć o nowych dziewczynach przed waszymi matkami, bo muszę się zająć mediami i poinformować management. Co się zmieniło od chwili, w której wam to tłumaczyłem?
- Nie ma żadnej dziewczyny… - Jęknął Horan trzymając się za czoło, mocno się krzywiąc. – I weź tak nie krzycz, bo umrę i będziecie musieli sobie znaleźć nowego Irlandczyka.
- To o jakiej miłości mówi Styles?
- O Moony! – wyszczerzył się Zayn, z radością kablując na przyjaciela. A niech ma, pijactwo trzeba karać!
- Czyli jednak jest jakaś dziewczyna?
- Nie ma żadnej dziewczyny. – Niall się powtórzył, mrużąc oczy, gdy Liam odsłonił zasłony wpuszczając słońce do salonu. – To znaczy jest… Chociaż jest i jej nie ma. To znaczy jest, żyje, ale nie ma jej tak fizycznie. Liam, pomocy! – wyraźnie ból głowy nie pozwalał mu się dobrze wypowiedzieć i teraz pokładał nadzieje w swoim nadopiekuńczym przyjacielu.
- Jest taki blog o nas, Anonymous Directioners, jedna z adminek wydaje się być stworzona dla Horana i on z kolei nie może przestać o niej gadać, mimo że żadna z tych dwóch dziewczyn nie odpisuje na nasze wiadomości wprost nas olewając.
- W końcu nie bez powodu nazwały się „anonimowe”... – Podsumował Tomlinson.
- Boże, Niall, tobie już chyba konkretnie odbiło.. . –Paul  pokręcił głową, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, zwiastujący koniec tej małej burzy. – Ale nie po to tu przyszedłem. Mam dla was niespodziankę. Chyba.
-Wymyśliłeś sposób jak wyprostować Harry’emu włosy w nocy tak, żeby się w trakcie nie obudził? – zaśmiał się Zayn, a w jego oczach pojawiły się jakieś diabliki.
- Powiedział, że niespodzianka ma być dla wszystkich, pało. – Brunet się oczywiście na ten pomysł oburzył. Jak ktoś śmie w ogóle mówić takie rzeczy? Jego loki to nienaruszalna świętość!
- Mogę? – Paul spojrzał na tę dwójkę, a gdy już ucichli, znowu mógł zacząć mówić. – Jakiś czas temu dzwonił do mnie Simon Cowell….



- I jeszcze tę sukienkę! – Justyna szperała w mojej szafie i co jakiś czas rzucała jakąś szmatkę przez ramię, które frunęły pięknym torem wszędzie, ale omijając otwartą walizkę. Leżałam na łóżku zmęczona całodniowym lataniem po sklepach, co jakiś czas obrywając jakąś bluzką czy spodniami.
- Daj spokój, nie jadę tam na rok, tylko kilka dni… - Mruknęłam, zakrywając twarz poduszką.
- Masz wyglądać jak człowiek w telewizji, bo mi wstyd przyniesiesz! – bum, kolejny niezidentyfikowany ciuch wylądował na mnie. – A jak jeszcze poznasz  sławnego i bogatego faceta, to masz go poderwać i się z nim hajtnąć, mam już dość mieszkania w tych dwóch pokojach.
- I co? – zaśmiał się wynurzając spod tych wszystkich warstw. – Jak się już z nim „hajtnę”, to masz niby dalej ze mną mieszkać? Mało ci?
- Wiesz, twoje towarzystwo w wielkiej willi z pięknym ogrodem i basenem jakoś średnio będzie mi przeszkadzać.
- To chociaż może jako niańkę do dzieci cię zatrudnię, żebyś się za bardzo nie nudziła… - Zaczęłam przeglądać porozwalane po całym pokoju ciuchy i wkładać niektóre do walizki. – Jeszcze ci tyłek do leżaka przyrośnie i dopiero będę miała problem…
- NIE! – krzyknęła, nagle się prostując i obracając w moją stronę. – Wiesz doskonale, że ja dzieci kocham, ale tylko w reklamach Gerbera, gdzie sobie grzecznie siedzą i nie zatruwają mi życia. – Ogarnęła pokój wzrokiem. – Chyba już starczy tych ciuchów. – Stwierdziła, kończąc temat moich dzieci.
- No dzięki, teraz weź to posprzątaj, pani Stylistko… - Mruknęłam, wkładając kolejną rzecz do walizki.
- Ja tu jestem od doradzania, a nie sprzątania. – Stwierdziła, ale i tak zaczęła składać rzeczy. Tak spędziłyśmy kolejne pół godziny, ale dzięki pomocy współlokatorki zdążyłam się z tym bałaganem uporać, a walizka była już prawie pełna.
- Kaś, uważaj tam na siebie. – Uśmiechnęła się do mnie z troską.
- Wiem, że mam talent do krzywdzenia samej siebie, - zaśmiałam się, - ale mam zamiar wrócić w jednym kawałku.
- I bez żadnego Kubusia, okej? – puściła mi oczko.
- Żeby był Kubuś, potrzeba faceta. – Pogładziłam się po brzuchu. – A ja na nadmiar tego gatunku w swoim życiu nie narzekam.
- Tak się mówi, a potem będę musiała ciotkować jakiemuś małemu śmierdzielowi…
- Ej! – krzyknęłam, oburzona. – Po pierwsze, Kubuś nie jest żadnym śmierdzielem. Po drugie, i tak będziesz ciotkować, jak już znajdę miłość swojego życia i Jakub przyjdzie na świat i będziesz go kochać i rozpieszczać!
- Pfff… Zanim znajdziesz tę miłość, to zdążę się zestarzeć i umrzeć… - Nadal się ze mną przekomarzała. – Chociaż… Napisz do Horana na TT,  a nóż zobaczy i…
- I niby co? – przerwałam jej. Znowu to samo - odkąd tylko zaczęli śledzić nasz profil, Justyna cały czas mnie „kusi”, żeby zatruwać im życie przez wiadomości prywatne. – Przecież nie porzucę idei tej całej naszej akcji, żeby wysłać im kilka wiadomości, które i tak pewnie nie zostaną zauważone wśród milionów wiadomości od innych fanek.
- A dlaczego masz się od razu im ujawniać? Dramatyzujesz…
- Nie, nie dramatyzuję. Jestem realistką. Poza tym dobrze jest jak jest. Ja jestem zwykłą studentką budownictwa, oni ulubieńcami nastolatek na całym świecie, z daleka ode mnie i mojego świata. – Usiadłam na podłodze opierając się o ścianę i popijając herbatę ze swojego ulubionego kubka. – Doskonale o tym obie wiemy, że to inny świat. Nie jestem nikim wyjątkowym, żeby któryś z nich miał coś do mnie poczuć. No, może poza ciekawością. Mają miliony fanek na świecie, o wiele ładniejszych i lepszych ode mnie. – Powiedziałam, zamykając oczy i opierając głowę o ścianę.
- Skąd ty to możesz wiedzieć? I gdzie się podział ten twój optymizm? Gdybyś chciała dostać się do tego irlandzkiego idioty, to teraz nie zajęłoby ci to więcej niż pół godziny! Przez AD masz ich na wyciągnięcie ręki. – Nie mogłam się oprzeć i wyciągnęłam przed siebie rękę. Wiedziałam, że to dość dziecinna zagrywka, ale byłam już zmęczona tym całym dniem: zakupy, pakowanie, ostatnie przymiarki. A ona jeszcze, po raz kolejny, zamęcza mnie tym samym. Od kiedy tak się przejmuje moim życiem uczuciowym?
- Dobra, twój wybór. – Machnęła ręką. – Ale jak znowu będziesz jęczeć i mieć jakiegoś doła, jak któryś z nich znowu sobie znajdzie dziewczynę, to przysięgam, uduszę cię gołymi rękoma. – Rzuciła jeszcze wychodząc z pokoju, a ja odetchnęłam z ulgą, że to już koniec tej rozmowy. Przynajmniej na jakiś czas.
Wstałam z ziemi i przesunęłam walizkę pod ścianę. Zabrałam ręcznik z krzesła i poszłam pod prysznic. Wręcz słyszałam jak łóżko krzyczało do mnie „Przytul mnie!” i naprawdę nie byłam w stanie myśleć teraz o niczym innym, tylko o tym jakie ono jest wygodne i mięciutkie. Cóż, muszę wypocząć – Simon nas wszystkich ostrzegł, że lot będzie trwał jakieś dziesięć godzin, może nawet dłużej, więc muszę się przed tym wyspać. Poza tym jutro muszę dokończyć jeszcze piosenkę…
Już w łóżku, przewracając się z boku na bok (znacie to? mimo że jesteście okropnie zmęczeni, to nie możecie zasnąć… cholera), zaczęły mnie znowu męczyć słowa Justyny. Naprawdę chciałam wierzyć, że kiedyś ich spotkam i okażą się właśnie tacy, jak ich sobie wyobrażam. Że nie będą za bardzo gwiazdorzyć. Że mnie polubią. I że on… Och.
Moja wyobraźnia znowu zaczęła tworzyć dziwne obrazy, które naprawdę nie pomogą mi w zaśnięciu. Jestem realistką i wiem, że pewnie nigdy ich osobiście nie spotkam. No, najwyżej na koncercie, między dzikimi nastolatkami, które będą na mnie napierać z każdej strony świata. Poza tym, po co mi facet, którego większość roku nie ma przy mnie, tylko gdzieś lata po świecie..?



Gdy tylko wysiadłam z taksówki na prywatnym lotnisku, na które kazał nam się dostarczyć Cowell, otoczyły mnie kamery. Przez chwilę zastanawiałam się, czy oby na pewno, te ponad dwa tygodnie temu, trafiłam na casting do X Factora czy może obok był casting do jakiegoś Big Brothera, a ja zdolna pomyliłam drzwi… Naprawdę, jeśli mają łazić za mną dosłownie wszędzie z tymi kamerami i mikrofonami, to muszę coś wymyślić, żeby jakoś sprytnie ich unikać – przecież tak się nie da żyć!
Taksówkarz wysiadł za mną i wyciągnął moje torby z bagażnika. Zaraz ktoś z obsługi lotniska stanął obok moich toreb z wózkiem i zaczął je na niego pakować. Kurczę, tak to jednak mogę żyć, a do kamer zawsze można przywyknąć, pomyślałam zadowolona.
- Bardzo dziękuję! – uśmiechnęłam się szczerze do chłopaka. – Teraz już sobie powinnam poradzić. – Popchnęłam wózek ku wejściu i od razu dostrzegłam za szybą już pozostałą czwórkę wraz z Simonem. Zdziwiło mnie, że już tam wszyscy są i spojrzałam kontrolnie na zegarek – nie no, jeszcze piętnaście minut do planowego czasu zbiórki. Dokładnie za piętnaście dwudziesta druga.
- Może szampana? – tuż za wejściem przywitała mnie miła dziewczyna częstując lampką szampana. Czyli to tak wygląda korzystanie z prywatnych lotnisk? Gdy tylko puściłam rączki wózka, chłopak, który wcześniej mi go przyprowadził, nagle obok mnie się zmaterializował i wręcz porwał moje bagaże odchodząc z nimi w nieznanym mi kierunku, zostawiając mnie jedynie z torebką. Wzruszyłam z uśmiechem ramionami, biorąc łyk szampana, który ze smaku nie okazał się tym, który przeważnie piłam, czyli wszystkim dobrze znane Carskoje Igristoje.

- Jest i ona! – Jane przywitała mnie buziakiem w policzek i stuknęła się swoim kieliszkiem z moim.
- A ja to nie dostałem buziaka… - Oburzył się nasz ulubieniec, Michael.
- Gdybyś był tak seksowny jak ja, to może i byś dostał, a tak to możesz tylko popatrzeć… - Zaśmiałam się, a reszta razem ze mną, oczywiście oprócz głównego zainteresowanego. No pewnie, jak ktoś miał czelność podważać istnienie jego niesamowitego seksapilu?!
- A wam co tak wesoło? – Podszedł do nas Simon. – Cześć, Kate. Dawaj paszport. – Przywitał mnie i od razu przeszedł do formalności.  Zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniach dokumentu i już w momencie, w którym zaczęłam się martwić, czy na pewno go spakowałam, wpadł mi w ręce.
- Tylko zaraz mi go oddaj! – krzyknęłam za nim, gdy ten podszedł do stanowiska odprawy (chyba takiej też VIPowskiej, bo z tego co pamiętam, to w liniach komercyjnych to troszkę inaczej wygląda).
- A co, boisz się, że was porwę i sprzedam na niewolników?
- Wiesz, statystycznie jest to możliwe! – odkrzyknęłam mu, a ten tylko się zaczął śmiać i chyba odebrał nasze bilety. – To już wiadomo, gdzie lecimy?
- Nie, wiemy tylko, że będzie to prawie dwanaście godzin stąd… - Mruknął Nick, któremu wizja tak długiego lotu raczej nie przypadła do gustu.
- Jestem pewna, że w samolocie będzie jakaś telewizja czy coś w tym stylu, zaraz polecę ci jakiś serial z kilkoma sezonami i nawet nie zauważysz jak ci cały lot zleci. – Pocieszyłam chłopaka i objęłam go jednym ramieniem.
- Lot zleci, to żeś powiedziała… - Zaśmiał się, a po chwili również mnie objął. – Wiesz, mam dziewczynę… Ale nie musi o nas wiedzieć. – Puścił mi oczko, mocniej mnie do siebie przyciągając. Oczywiście powiedział to konspiracyjnym tonem, ale tak, żeby każdy usłyszał.
- Kilka chwil z tobą zdecydowanie jest warte zabicia kamerzystów i kradzieży nagrań nas razem… - Naprawdę bardzo starałam się zachować powagę, ale co dwa słowa musiałam w sobie dusić śmiech. Towarzyszący mi od kilku tygodni stres plus szampan plus głupie żarty…
- NICK! – krzyknął Jimmy, najwyraźniej dołączając się do naszej gry. – Na bootcampie obiecałeś mi całonocne ćwiczenia przepony! – Stanął przed nami trzymając się pod boki. – A każdy głupi wie, co to znaczy! Myślałem, że taka słodka czekoladka jak ja cię skusi, a ty chcesz się zadowolić taką… taką… - Jim najwyraźniej szukał jakiegoś „słodkiego” porównania do mojej bladej karnacji – takim SERNIKIEM?! – Na to porównanie już nie wytrzymałam i huknęłam śmiechem, ledwo trzymają się na nogach. Oczywiście reszta, nawet wiecznie naburmuszony Michael, nie została w tyle.
- Serio? Sernik?! – starałam się złapać oddech. – Rozumiem już lody waniliowe, biała czekolada, budyń, no ale SERNIK?
- No co, lubię sernik… - Bronił się biedny chłopak, który jako jedyny z naszej piątki tylko lekko się uśmiechał, zawstydzony. – No i jest kremowo-biały.
- Dobra. – Stanęłam prosto, próbowałam się opanować. – Nie ważne, gdzie jedziemy. Pierwsza rzecz jaką robię po przyjeździe do hotelu, to idę na solarium. Najlepiej na całą dobę.
- A wam co odbiło? – obok nas zmaterializował się nagle Cowell. – Może już odstawcie tego szampana… - Zmierzył nas wszystkich wzrokiem. – Chodźcie, bo zaraz samolot odleci bez nas… - Zaczął iść w stronę jakiegoś wyjścia, a my niczym małe gąski za mamą, poszliśmy za nim. Idąc do samolotu, napawałam się tym „burżuazyjnym” lotniskiem, czując, że szybko na takie nie wrócę – chyba że liczyć powrót z domów jurorskich. Marmur na podłodze, piękne kwiaty w doniczkach, darmowe poczęstunki… Oh, EasyJet czy Rayanair to to nie jest.  Podobałoby mi się takie życie. Kurde, chyba za dużo się naoglądałam Plotkary i 90210…
 
 
 
Bardzo lubię latać. Naprawdę. Zawsze sprawiało mi to ogromną frajdę, takie patrzenie na świat znad chmur. Ale tak było, jak mój lot trwał dwie godziny… Teraz siedzę już w samolocie ponad osiem godzin, a według stewardes, którym Simon zabronił mówić, gdzie lecimy, zostały nam jeszcze kolejne trzy… Już nawet nie miałam ochoty na kolejny film lub serial, a to w moim wypadku jest bardzo dziwne. To chyba przez te zmiany stref czasowych, innego wytłumaczenia nie ma.
- Masz jakąś fajną muzykę na telefonie? – zagadnęła mnie Jane, po której minie mogłam wywnioskować, że nudzi się co najmniej tak mocno jak ja.
- Yyyy… Nie. – Skłamałam. Właśnie dziewczyna mi przypomniała, że zapomniałam skasować całej zawartości „directionowej” w moim telefonie. Boże, jeszcze ktoś to zobaczy i dopiero będzie… - Kupiłam nową kartę pamięci przed wyjazdem i nie zdążyłam nic na nią zgrać. Ale mogę dać ci książkę. – Zaoferowałam i sięgnęłam po torebkę, która leżała na podłodze.
- Dawaj. Biorę wszystko. Tak mi się nudzi, że teraz nawet słownik ortograficzny wydaje się fascynującą lekturą…  - Wywróciła oczami. – O, słyszałam o tej książce. – Ożyła, gdy podałam jej niedawno zakupioną „Billy and Me”.
- Uwielbiam McFly. – Powiedziałam. – I nie mogłam się oprzeć, gdy Giovanna, żona jednego z nich, wydała książkę. I muszę powiedzieć, że mnie nie zawiodła.
- Dobra, nie musisz mnie zachęcać… - Przerwała mi, zaczynając czytać. Gdy tylko zanurzyła nos w książce, wyciągnęłam swój telefon. Na pierwszy ogień leci muzyka. Artyści… One Direction… Zaznacz wszystko… Usuń… Tak. Nie powiem, prawie zakręciła mi się łezka w oku. Galeria… One Direction… Zaznacz wszystko… Usuń… Tak. Dzięki Bogu wszystko mam na laptopie i po powrocie wszystko z powrotem wyląduje na telefonie. Boże, ale ten ekran wygląda dziwnie bez twarzy Horana na nim, pomyślałam i lekko się zaśmiałam. Tak się już przyzwyczaiłam do jego gęby, że teraz mam wrażenie, że trzymam w ręku telefon kogoś innego.
Wyjęłam swój notes i otworzyłam na do połowy zapełnionej stronie, tak bardzo pokreślonej, że ledwo mogłam się sama z siebie rozczytać. Po bootcampie postawiłam sobie za cel, że nie zawiodę mojego mentora i go zaskoczę. Więc zdolna Kaś wymyśliła, że sama napisze i skomponuje sobie piosenkę na kolejny etap konkursu. Tylko wtedy nie sądziłam, że to nie będzie takie proste…. Chociaż w sumie pierwszą zwrotkę i refren napisałam w godzinę, więc chyba nie jest tak źle. Tylko ta druga coś mi nie szła. Na szczęście mam jeszcze pewnie jakąś dobę  do momentu, w którym ta piosenka musi być gotowa. Dobra, czas rozbudzić moją wyobraźnię, która zawsze podsyła mi dziwne obrazy i zostaje mi tylko przelać te obrazy na papier.
- Prosimy o zajęcie swoich miejsc i zapięcie pasów. Podchodzimy do lądowania. – Lekko podskoczyłam, budząc się. Nawet nie zauważyłam kiedy zasnęłam, chociaż to rzeczywiście najlepszy sposób na „przyspieszenie” podróży.
- Cześć, śpiochu. – Jane, siedząca naprzeciwko mnie, puściła oczko w moim kierunku. – Dzięki za książkę, chyba w nią zainwestują po powrocie. – Podała mi ją. Jeszcze lekko zaspana, tylko się do niej uśmiechnęłam w ramach odpowiedzi. Schowałam notes, książkę i resztę swoich rzeczy do torby i w końcu zapięłam pas. Wyjrzałam przez okno, starając się rozpoznać miejsce, w którym mam być przez najbliższe kilka dni. Słońce już lekko zachodziło, czyli pewnie był wieczór. Boże, a mój zegarek pokazywał dziewiątą rano… To gdzie my wylądowaliśmy, że aż tyle godzin w przód będę się musiała przestawić? Za oknem, gdzieś na horyzoncie zauważyłam ogromne miasto, z wieloma, świecącymi wieżowcami, co wyglądało naprawdę imponująco.
- Moi drodzy, zanim wylądujmy, przestawcie sobie zegarki. – Krzyknął do nas Simon z początku samolotu. – Jest tutaj dokładnie wpół do szóstej wieczorem.  Od razu wam powiem, co po wylądowaniu. Według planu mamy być o szóstej w hotelu. Tam wam daję półtorej godziny na ogarnięcie się, a potem ruszamy w miasto. Główna atrakcja wieczoru, niespodzianka! – wyszczerzył się. Naprawdę byłam ciekawa, ale chyba podobnie jak u pozostałej czwórki uczestników, moje zmęczenie i potrzeba snu była znacznie większe niż ekscytacja. – Oj,  ożyjecie jak zobaczycie, o co chodzi… - Na pewno. Ale najpierw poproszę zimny prysznic i tak z cztery puszki Red Bulla…
- Szanowni państwo, witamy w Japonii. – Usłyszałam głos pilota, gdy koła samolotu dotknęły powierzchni ziemi, a maszyna zaczęła zwalniać.  Japonia? Może być ciekawie…
 
 
 
- Tutaj macie karty do swoich pokoi. – Simon podał nam klucze w recepcji i zmierzył wzrokiem każdego z osobna. – Błagam, ogarnijcie się jakoś. Zamówcie sobie po dziesięć litrów kawy do pokoi, czy nałóżcie sobie tonę tapety, ale proszę was, zróbcie coś, żeby w miarę ludzko wyglądać. I pamiętajcie, za półtorej godziny widzimy się tutaj, na recepcji. Nie ma spóźnień.- Aż tak źle wyglądaliśmy? – Dobra, spadać mi stąd. – Pogonił nas i każdy posłusznie wziął swoje torby i ruszyliśmy do wind. Spojrzałam na numer swojego pokoju – 638, czyli pewnie szóste piętro. Wcisnęłam odpowiedni guzik, a winda się zamknęła i szybko pojechała na moje piętro. Założyłam torebkę na ramię, wzięłam w wolną rękę rączkę od walizki i skierowałam się w stronę, gdzie powinien znajdować się mój pokój – a tak przynajmniej głosiły po angielsku znaki przy windzie. Po kilku zakrętach udało mi się w końcu znaleźć swój pokój i teraz przyszła kolej na rozpracowanie tego dziwnego japońskiego systemu otwierania pokoi. Mam nadzieję, że toalety będą mniej skomplikowane od tych prezentowanych jako japońskie na Kwejku…
Moje zmęczenie i skupienie na kolejnej już próbie otworzenia drzwi sprawiły, że nawet nie miałam siły się obrócić, żeby sprawdzić, co to za głośne osobniki właśnie przeszły obok mnie. Boże, po co tak się drzeć..? Dopiero, gdy już odeszli kilka metrów, doszedł mnie śmiech jednego z nich. Tak bardzo charakterystyczny śmiech. Którego się nie zapomina, jeśli już raz się usłyszy. Moje ciało aż zdrętwiało, a serce zdecydowanie za bardzo przyspieszyło. Obróciłam głowę w kierunku, z którego dochodził ten dźwięk, ale wszystkie postacie już zdążyły zniknąć za rogiem. Musiałam postać jeszcze przed drzwiami kilkanaście sekund, żeby się uspokoić.
- Daj spokój, przecież to niemożliwe…  - Mruknęłam do siebie pod nosem, wchodząc w końcu do pokoju. Od razu rozpakowałam walizkę, co w moim aktualnym stanie oznaczało wyrzucenie całej jej zawartości na łóżku. Wzięłam kosmetyczkę, świeżą bieliznę i prawie pobiegłam pod prysznic, z nadzieją, że strumień chłodnej wody mnie orzeźwi.
I się nie zawiodłam, po wyjściu z łazienki czułam się o niebo lepiej. Wybrałam swój strój na dzisiejszy wieczór – jegginsy, w których czułam się (prawie) seksownie, i do tego obcisły t-shirt z napisem, który doskonale opisywał mój charakter: „Where’s the food?”.  Przez pozostałą godzinę udało mi się wysuszyć i wyprostować włosy i nałożyć delikatny makijaż, jaki miałam w zwyczaju nosić. I, na całe szczęście, wypić wszystkie Red Bulle, jakie tylko były w mini barze. Dzięki nim czułam, że jestem w stanie przedłużyć ten dzień jeszcze o kilka godzin.
Spakowałam do torebki telefon, aparat, szczotkę i pomadkę, nałożyłam jeszcze na siebie rozpinaną bluzę, założyłam trampki i udało mi się w końcu opuścić pokój. Idąc korytarzem w stronę wind, przypomniała mi się tamta wcześniejsza sytuacja . Ale przecież to niemożliwe, żeby ONI byli w Japonii. Teraz są jeszcze w Australii, z tego co pamiętam. Ale na pewno? Może przez te wszystkie ostatnie przeżycia pomieszały mi się ich terminy..? Nie, to niemożliwe… Cholera, mogłaś sprawdzić na laptopie w pokoju i teraz byś się zadręczała. Usłyszałam swój głos rozsądku, który dość rzadko się u mnie odzywał. Już miałam się wrócić, ale drzwi windy się otworzyły, a ja w myślach się tylko z siebie zaśmiałam, krytykując za za bardzo rozbudowaną wyobraźnię.
 
 
 
Po około pół godzinnej jeździe busem przez centrum miasta zatrzymaliśmy się na podziemnym parkingu jakiegoś budynku, gdzie już czekały na nas kamery i hostessy, trzymające tace z… opaskami na oczy i zatyczkami do uszu?
- Pewnie się domyślacie, po co to wszystko. – Wskazał na dziewczyny Simon, gdy już wszyscy wyładowaliśmy się z samochodu. – Żeby wam nie popsuć niespodzianki, pozbawię was zmysłów wzroku i słuchu na najbliższe kilkanaście minut. Proszę, rozdajcie im opaski i zatyczki. – Zwrócił się do hostess.– Gdy już założycie swój „sprzęt”, każdy z was zostanie odprowadzony przez ochroniarza na swoje miejsce. Gdy nadejdzie czas, wyjmą wam zatyczki i zdejmą opaski. Nie bójcie się, będę cały czas obok was, szczególnie po to, żeby zobaczyć wasze miny. – Zaśmiał się. Cóż, nie powiem, że taka sytuacja mnie cieszyła. Ale nie miałam innego wyjścia i założyłam opaskę i zatyczki, mimo że nie czułam się zbyt komfortowo bez dwóch najważniejszych zmysłów. Złapałam za ramię potężnego ochroniarza stojącego obok mnie i pozwoliłam mu się prowadzić. Jedyne co mogę powiedzieć o przemierzanej drodze, to to, że było sporo schodów, i bardzo dużo zmian natężenia światła. Po kilku minutach poczułam, że wchodzimy do jakiegoś przestronnego pomieszczenia, możliwe że na wolnym powietrzu, albo z otworzonymi oknami, czy dachem. Mimo zatyczek, słyszałam wiele krzyków, pisków, ale przez te dwie przeszkody nie mogłam zrozumieć nic konkretnego. Po kolejnych kilku minutach najwyraźniej dotarliśmy na swoje miejsce, bo ochroniarz mnie zostawił i chyba stanął za mną, co wywnioskowałam po jego głosie, który słyszałam tylko dlatego, że był bardzo głośny i jego źródło było bardzo blisko mnie.
Nagle piski i krzyki bardzo się nasiliły, a ja poczułam jak ochroniarz wyjmuje mi zatyczki i rozwiązuje opaskę. Gdy mój wzrok przystosował się do świateł reflektorów, a uszy zaczęły rozpoznawać dochodzące do mnie z ogromnych głośników melodie i głosy, poczułam jak robi mi się słabo. Nigdy w życiu jeszcze nie zemdlałam, ale to chyba było to. Mocno złapałam się barierki przed sobą i patrzyłam w kierunku sceny, na której pojawiło się pięciu chłopaków. Niestety ten widok zaczęły mi przesłaniać czarne plamki przed oczami, a mi powoli zaczęło brakować tlenu. Poczułam, jak w głowie zaczyna mi coś pulsować, a obraz przed oczami wirować, coraz bardziej się rozmazując.
- Kate, wszystko w porządku? – usłyszałam jeszcze tylko Jane, próbującą przekrzyczeć wrzaski rozhisteryzowanych nastolatek i to był ostatni sygnał z zewnątrz, zanim ogarnęła mnie ciemność…


***
Mam ogromną ochotę przeprosić Was za ten rozdział, ale to może tylko moja dziwna psychika i nie jest aż tak źle jak mi się wydaje ;)
Ale jakby coś, to może długość tego rozdziału Wam to wynagrodzi, jest dłuższy trzy strony niż zazwyczaj ;)
Buziaki!



14 komentarzy:

  1. O Jezu! Jaki świetny *____* Zaczęłam czytać i po prostu nie mogłam przestać! hsjakfhskaf kocham <3
    Coś czuję, że niedługo Niall będzie z Katy, to będzie słodkie, oni tak idealnie do siebie pasują awwww *.*

    P.S. zapraszam do mnie :)
    http://one-direction-forever3.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Bardzo mnie cieszy, że wytwory mojej dziwnej wyobraźni się komuś podobają, to bardzo budujące ;)

      Czy Niall będzie z Kate..? Na pewno droga nie będzie taka łatwa, ale kto wie... Może, kiedyś, w sprzyjających okolicznościach... ;)

      Pozdrawiam,
      @katie093

      Usuń
    2. On MUSI być z Kate! Innej opcji nie ma...

      Usuń
    3. Hmmm.. Jakby Ci to powiedzieć... Chyba po prostu powiem tak, że w czwartym rozdziale zauważysz, co mi chodzi po głowie, a wszystko wyjawi bodajże Styles ;D

      Usuń
  2. Zajebisty ;D czekam na next ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótko i treściwie! :D
      Cieszę się, że Ci się spodobało ;)


      Pozdrawiam,
      @katie093

      Usuń
  3. Zdążyłam, nim dodałaś kolejny rozdział! Sukces! Normalnie muszę cię zacytować... "Mam ogromną ochotę przeprosić cię za to, że skopię ci - już ty dobrze wiesz co - jak nie przestaniesz pociskać takich pierdół, ale może to tylko moja dziwna psychika (już jest nas dwie z podobnym problemem) i tak naprawdę wcale nie przepraszasz nas za rozdział..." Trochę zmieniłam, bo to twoje zdanie jakieś takie "mdłe" było ;) Długość rozdziału jest ewentualnie satysfakcjonująca, aczkolwiek możesz nas wynagradzać dłuższymi :D Nie pogniewam się ;)
    A może i ja powinnam przeprosić za ten komentarz, bo to pewnie będzie jeden wielki chaos... No, ale podobno od niego wszystko się zaczęło, więc może i dla mnie jest szansa ;)
    Normalnie już nie lubię tego marudy... Z takim osobnikiem to raczej bym się nie zaprzyjaźniła. I jeszcze jakaś dziwna piosenka mi tu leci... Od kiedy to mój braciszek słucha koreańskiego popu? Straszne... Chyba muszę się zająć jego edukacją muzyczną...
    Pizza, Simon i... pizza :D Jak ja ci zazdroszczę ;) Mam nadzieję, że smakował posiłek ;)
    Niall jest słodki... Nawet obrażony. A może wtedy tym bardziej? W każdym bądź razie już mi się podoba sposób w jaki kreujesz jego postać...
    Tekst ze Statuą Wolności miażdży! I przy okazji - wisisz mi czystą koszulkę. Albo ewentualnie każę ci wysłać rachunek z pralni... Cholera. Jak to jest, że te teksty o pralni wszędzie padają, a mi tu nie pasują. Mam własną pralkę, ale specjalnie dla ciebie mogę wystawić fakturę ;)
    Moony i Niall... Jak ja czekam na ich spotkanie... Brałabym w ciemno ;) Poproszę raz. Na wynos...
    "Ty byś nie zauważył ironii nawet gdyby wyszła z krzaków i kopnęła cię w dupę..." Boże, ty mnie wykończysz tymi tekstami! Chyba zacznę je notować w specjalnym notesie i potem sprytnie wykorzystywać u siebie ;)
    Teraz już jestem pewna. Chcesz mnie wykończyć. Serio? Co ja ci takiego zrobiłam, że tak mnie torturujesz? Czekolada? Sernik? Wiesz jak to boli? A ty mi tu jeszcze "przywaliłaś" lodami waniliowymi i budyniem. A biała czekolada, to już za wiele... Ale mam smaka... A jak na złość mam tylko te głupie gwiazdkowe MilkyWay'e... Ale nie! W lodówce powinny jeszcze być żelki. Masz szczęście...
    Japonia? Serio? Boże, ja też chcę... Nie za dobrze ci? Dlaczego nie potrafię się utożsamić z bohaterką? Dla mnie ona po prostu jest tobą...
    Naprawdę zemdlała? Hahaha... Nie wiem z czego się śmieję... Co? Zemdlała. Tak po prostu. Boże... Odbija mi ;) Ale przynajmniej ma szykowną koszulkę ;)
    Wybacz mi ten komentarz, ale mam jakąś dziwną głupawkę po kolejnym razie, gdy przeczytałam sobie rozdział. Mam nadzieję, że zostanie mi ona jak najdłużej ;)
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego...

    @KateStylees

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, uwielbiam te Twoje komentarze, od razu mam dobry humor na cały dzień! :)
      Niall jest dokładnie taki, jakim go widzę w swojej wyobraźni. Uwielbiam go takiego i mogłabym wyjść za takiego Nialla nawet dzisiaj ;)
      I nie mam nic przeciwko podkradaniu tekstów, sama Ci pewnie też kiedyś coś zawinę, taka tam twórcza komuna :)
      I jak możesz gardzić gwiazdkami?! Za to powinni do więzienia wsadzać... :P
      Też nie raz i nie dwa próbowałam się utożsamiać z "Kate" w innych opowiadaniach, ale tak się nie da, niestety... A gdyby się dało, życie stałoby się takie przyjemne, prawda? ;P
      Tak, zemdlała. I możesz się śmiać, bo właśnie to ma być śmieszne - jak osoba, która wyrzekałaby się tej piątki nawet na najgorszych torturach może ZEMDLEĆ na ich koncercie..? To tylko Kaśki są do takich rzeczy zdolne ;)
      Nie mam Ci czego wybaczać, bo jak napisałam już wcześniej, kocham Twoje komentarze, nawet jeśli są chaotyczne i czasami trzeba się skupić, czytając je ;P Od razu mam uśmiech na gębie!


      Buziaki,
      @katie039

      Usuń
    2. Do więzienia to powinni wsadzić moją znajomą, która tak mi zachwalała te gwiazdki, że pół miasta zjeździłam, by je kupić, a i tak ostatecznie kolega mi kupił kilka opakowań. Już po jednej miałam dość... Zdecydowanie pozostanę wierna Bounty. Wciąż mam trzy opakowania gwiazdek jeszcze nie otwarte... Oddam w każde ręce ;)

      Usuń
    3. W każde nie, w moje :P

      Usuń
  4. Nie ma za co przepraszać ;) Fakt, czytałam go na raty, ale nie uważam, żeby był jakiś dziwny ;P Przyjemnie się czytało ;)

    Melanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufff, to miło to słyszeć ;)
      Dziękuję za miłe słowa.

      Buziaki,
      @katie093

      Usuń
  5. Szczerzyłam się jak wariatka i kur... nawet trzymałam kciuki za główną bohaterkę! ; o Postaram się przeczytać opowiadanie i dopiero udać się na leczenie psychiatryczne, bo obstawiam, że w dalszych rozdziałach też będę przeżywała. ;)
    Ten rozdział był przesympatyczny i zabawny. *,* Czad ;d

    OdpowiedzUsuń
  6. Och, wywoływanie uśmiechu i takich emocji w czytelnikach to coś, co zdecydowanie sprawia mi przyjemność :)
    Jak już będziesz iść do tego psychiatryka, to zarezerwuj mi miejsce obok ;)

    Pozdrawiam,
    @katie093

    OdpowiedzUsuń