piątek, 4 kwietnia 2014

Rozdział 27

02.08.2014r.

Cześć, Misie!

Wczoraj miał miejsce pierwszy koncert chłopaków w Ameryce Północnej, w Toronto w Kanadzie. W galerii mamy dla Was z tej okazji wiele zdjęć, jak i filmów – co spostrzegawczy zauważą, że zmienili kolejność wykonywania piosenek, oraz mają nowe ciuchy ;)
Nawet na kilku zdjęciach co bardziej spostrzegawcze fanki utrwaliły na tym koncercie dziewczyny chłopaków - Perrie, Eleanor, Kate i Justine. Na nieszczęście dla Nialla, druga Kate dopiero co skończyła promocję swojego drugiego singla, a z tego, co można wywnioskować po jej wpisach na TT, aktualnie dogląda ostatnich prac przy albumie, który ukarze się jeszcze w tym miesiącu. Was też ciekawi, co dziewczyna naszego ulubionego irlandzkiego skrzata nagrała na swój pierwszy album, oprócz tych dwóch singli? ;)

Wiadomo, że nasze ukochane Misiaczki musiały się jakoś do tej wielkiej i wspaniałej Ameryki dostać, więc mamy dla Was zdjęcia z lotniska! A nawet udało się nam znaleźć zdjęcia Nialla, Liama, Harry’ego, Zayna i Louisa z samolotu, czego nie znajdziecie na żadnym innym blogu!

Szczerze mówiąc, jako fanki (anonimowe, oczywiście), uwielbiamy, kiedy są w trasie. Mamy milion zdjęć, filmików, wywiadów, wszystkiego. A tego, niestety, za dużo nie ma, gdy grzeją dupki w domach. No i trenują z Markiem! Boże, nareszcie ciało Liama wróciło do formy z Take Me Home! I Louis już nie wygląda jakby mu ktoś dom zamienił na średniej wielkości most (tutaj lecą wielkie dzięki do Louise, która w końcu dorwała go ze swoimi fryzjerskimi ostrzami). Widzicie? Same plusy! Zapomniałybyśmy o koncertach! Nie może być chyba nic lepszego od spotkania swoich „mężów” na żywo, prawda? My już też coś o tym wiemy... ;)

Dzisiaj chłopcy mają drugi koncert w Toronto. Oczywiście albo dzisiaj wieczorem, albo jutro w ciągu dnia, zdamy Wam z niego fotorelację.

Informacja dla fanek w Toronto:
Doszły nas słuchy, że One Direction od razu po dzisiejszym koncercie jadą do hotelu na noc, więc nie ma sensu stać pod areną i czekać, aż wyjdą! Oczywiście to tylko plotki, ale z całkiem wiarygodnego źródła ;)

 Teraz nadszedł czas na ogłoszenia parafialne.
Kilka razy w komentarzach pojawiały się pytania, czy nie potrzebujemy pomocy w prowadzeniu bloga. Wtedy nie potrzebowałyśmy, ale czasy się zmieniają i obie jesteśmy maksymalnie zajęte – i z tego powodu ogłaszamy casting! Oczywiście, to wcale nie oznacza, że kompletnie znikniemy z tego bloga – cały czas będziemy miały tu „najwięcej do gadania”, ale potrzebujemy kogoś, kto będzie mógł nam pomóc w zbieraniu informacji czy wrzucaniu raz na jakiś czas nowego posta.
Zgłaszać się może każdy, ale pod jednym warunkiem – musi mieć ukończone osiemnaście lat. Napiszcie nam coś o sobie, co miałoby nas zachęcić do wybrania właśnie Was! Może nawet skusimy się na kilka osób, a nie tylko jedną? Wszystko zależy od Was! Czekamy na zgłoszenia do końca sierpnia, możecie je wysyłać na naszego maila, który znajduje się w zakładce na blogu o nazwie „kontakt”.


Buziaki,
Niech directionowa moc będzie z Wami!
Moony & Shadowcat


Zamknęłam laptopa i odłożyłam go na siedzenie między mną a Rickiem, który przez całą drogę z lotniska grzebał coś w telefonie.
- Aleś ty rozmowny... – Zaśmiałam się, chcąc go chociaż na chwilę oderwać od telefonu.
- Widzisz, Katie, bycie twoim menadżerem to ciężka praca. – Westchnął, ale schował komórkę do kieszeni. – Właśnie zarezerwowałem nam lot do Nowego Jorku, prywatny samolot.
- A nie byłoby taniej polecieć zwykłymi liniami? – zapytałam, unosząc brwi. Na początku fajnie było pobawić się w tym luksusie, poczuć się jak w wielkim świecie, ale bez przesady – nie marnujmy tak pieniędzy, można je wydać na coś lepszego.
- Pewnie, że byłoby taniej, ale Simon nie lubi komercyjnych i państwowych linii.
- Co ma gust Simona do mojego latania? Jakoś teraz do Stanów przylecieliśmy British Airways i jeszcze nie dzwonił, że znowu coś źle zrobiłam. – A kilka już takich telefonów było, oj było...
- Bo teraz będzie leciał z nami.
- O.
- O, o. Powiedziałbym ci, gdybyś pozwoliła mi dojść do słowa. – Westchnął.
- Ale i tak mnie kochasz, prawda? – zrobiłam maślane oczka w kierunku swojego menadżera.
- Taaa... – Wyjrzał z miną męczennika za okno, podziwiając Los Angeles.
Poszłam w jego ślady i automatycznie zaczęłam uważnie obserwować każdego przechodnia z myślą, że to może być jakaś gwiazda filmowa, w końcu to jest LA! Gdzie mam spotkać gwiazdy, jak nie tutaj? Nie spałam już od trzech dni, mając przed sobą perspektywę pierwszej podróży do Stanów. Jestem tak podekscytowana! Od niepamiętnych czasów chciałam ten kraj odwiedzić – i oto jestem. Pierwsze wrażenie jest dokładnie takie, jak sobie wyobrażałam, czyli jest po prostu cudownie. Słońce, palmy, ocean. Magia.
- Zaraz będziemy na miejscu, szykuj się na spotkanie z szefem.
- Którym? – zapytałam, wiedząc, że pewnie za jakieś pół godziny będę miała nowego szefa – amerykańskiego.
- Obu. I ja przy okazji też.
- Rick, przestań się tak stresować! – szturchnęłam go łokciem z uśmiechem. – Ja tu jestem od denerwowania się z byle powodu. - Facet był postury Paula Higginsa, ale raz na jakiś czas zachowywał się, jakby zaraz miał się wystraszyć myszki. Raz na jakiś czas, czyli przed spotkaniami z Simonem. Czy tylko na mnie tak nie działa? Uwierzcie mi, wystarczy raz spojrzeć na jego buty i dżinsy, żeby przestać się go bać na przynajmniej kilka lat. – Jak już dolecimy do Nowego Jorku, to przed imprezą pójdziemy do jakiegoś pubu i postawię ci piwo na rozluźnienie, okej? – zaproponowałam, a Rick spojrzał na mnie z ukosa. – No co? – zapytałam po krótkiej chwili ciszy nie wiedząc, o co może mu chodzić.
- A nic, przez chwilę zapomniałem, że dwa miesiące temu skończyłaś dwadzieścia jeden lat i możesz legalnie pić w Stanach.
- Sądzisz, że ja, JA, byłabym skłonna zrobić coś wbrew prawu?! – w dramatycznym wydźwięku sytuacji położyłam dłoń na piersiach, drugą zakrywając oczy. – Za kogo ty mnie masz? – zapytałam, aby po kilku sekundach wrócić do poprzedniej pozycji. Spojrzałam na menadżera, którego mina wskazywała na jedno, wielkie politowanie nad moją osobą. – Za dobrze mnie znasz, Misiu.
- Boże, z kim ja pracuję...  – Przewrócił oczami, ale na jego twarzy cały czas tkwił szeroki uśmiech. I tak wiem, że mnie kocha, nawet jeśli czasami nie chce się do tego przyznać.
- Uważaj, powoli przejmujesz teksty Paula. – Zaśmiałam się, klepiąc go po ramieniu.
- Aż ciężko sobie wyobrazić, że on może mieć pod opieką pięć męskich wersji ciebie, albo i gorzej. Zwariowałbym!
- Chyba ze szczęścia! – przytuliłam go mocno na kilka sekund, gdyż nagle zaczął wibrować mój telefon w tylnej kieszeni. – Rick, która jest teraz godzina w Londynie? – zapytałam, widząc, kto dzwoni. Mężczyzna spojrzał na swój zegarek z czterema strefami czasowymi.
- Za piętnaście siódma. Wieczorem.
- Ok, dzięki. – Przeciągnęłam zieloną słuchawkę przez szerokość ekranu i przyłożyłam telefon do ucha. – Cześć, Kochanie!
- Kocham jak tak do mnie mówisz. – Usłyszałam w słuchawce radosny głos swojego chłopaka. Albo raczej faceta, jak woli być nazywany. – Co porabiasz?
- Właśnie wracam ze studia do domu... – Ziewnęłam, dla podkreślenia, jak bardzo jestem zmęczona po końcowych pracach przy albumie. – O siódmej jestem umówiona z rodzicami na Skypie. A co u ciebie?
- Zaraz zaczynamy soundcheck, a o mojej ósmej wchodzimy na scenę. Pozdrów rodziców, koniecznie.
- Jasne, że pozdrowię.
- I jeszcze jedno, Kate, dzięki za wprowadzenie w błąd naszych fanek... – Zaśmiał się przez telefon. Ale co...
- Jak to, „wprowadzenie w błąd”?
- Napisałaś w poście na blogu, że po koncercie od razu wracamy do hotelu, mimo że wczoraj ci mówiłem, że od razu jedziemy na lotnisko, gdzie już będą na nas czekać bagaże. I lecimy do Nowego Jorku.
- A, tak, rzeczywiście. – Przypomniałam sobie. Szybki jest, ledwo co dodałam post, a on go już przeczytał. - Mam nadzieję, że ta plotka się rozniesie, to może nie będzie takiej masakry na lotnisku, jak to czasami bywa.
- W takim razie teraz się, Kochanie moje największe, wytłumacz, dlaczego dodałaś zdjęcia z samolotu, które tobie wysłałem? – zapytał takim tonem, jakbym była jego córką, która coś przeskrobała, a nie dziewczyną.
- Pomyślałam sobie, że skoro ratuję wam tyłki na lotnisku, to coś z tego będę miała i wybrałam sobie jako nagrodę publikację tych zdjęć. – Wzruszyłam ramionami.
- To już moja dozgonna miłość ci nie wystarcza jako nagroda za wszystko? – zapytał, udając płacz. Czasami mam wrażenie, że Niall wyminął się w powołaniem – byłby genialnym aktorem.
- Wiesz, że jestem bardzo wymagającą dziewczyną...
- A moja wymagająca dziewczyna nie mogłaby chociaż na kilka dni odwiedzić swojego stęsknionego chłopaka w Stanach? – nie widziałam jego twarzy, ale mogłabym przysiąc, że właśnie wydymał wargi na kształt podkówki.
- Niall, przecież doskonale wiesz, że gdybym tylko mogła, to wsiadłabym w pierwszy samolot i do ciebie przyleciała. Te trzy tygodnie bez ciebie, bo albo ja gdzieś latam i promuję singiel, albo ciebie nie ma, działają na mnie tak samo jak na ciebie. I w dodatku Rick musi jeszcze wymyślić, jak przyspieszyć zabawę z wizami dla mnie.
- Wiem... – Mruknął niezadowolony. Oj, jak bardzo się zdziwi dzisiaj wieczorem... Aż nie mogłam się powstrzymać przed szerokim uśmiechem. Mam nadzieję, że go nie wyczuje. – Po prostu chciałbym cię mieć cały czas tylko dla siebie. Tyle na ciebie czekałem, cholerne dwadzieścia lat, a jak już cię mam, to pół roku i jesteśmy na różnych kontynentach.
- Dobra, Miś. – Westchnęłam, starając się brzmieć jak najbardziej wiarygodnie. – Pojutrze widzę się z Simonem i poproszę go, żeby ustalił dla mnie z Rickiem jakieś wolne, okej? Ale nic nie obiecuję, bo cały przyszły tydzień i tak mam już zawalony promocją. – Ha, wcale nie. Już mam skończoną zabawę w singiel. Chwila przerwy, trzy wywiady na krzyż, i zaczniemy promocję albumu, to dopiero będzie istne szaleństwo. I właśnie dlatego będę przy nim przez ten następny tydzień, zawalony co najwyżej właśnie nim.
- Dziękuję. Kocham cię, Kaś. – Powinnam sobie przyznać nagrodę za nauczenie go poprawnej wymowy „Kasia” i „Kaś”. Nie zapomniałam, oczywiście, o polskim „kocham cię”.
- Ja ciebie też. Widzimy się dzisiaj w nocy na Skypie?
- Nie, nie chcę cię trzymać do trzeciej rano na nogach. Wyśpij się w końcu. – Awwww! Jakie to miłe, jak ktoś o mnie tak dba, i to jeszcze mu za to nie płacą. Oj, dzisiaj się wyśpię. Nigdy nie śpi mi się lepiej, niż gdy jestem wtulona w Horana. Zdecydowanie nadaje się na moją osobistą poduszkę. – Muszę lecieć na soundcheck.
- Baw się dobrze! Wyślij mi smsa, jak już bezpiecznie wylądujecie w NY. – Nigdy nie przestanę się o niego martwić i troszczyć. Możliwe, że czasami brzmiałam ze swoimi prośbami bardziej jak jego mama, ale przynajmniej mogę spokojnie w nocy spać, wiedząc, że jest bezpiecznie na ziemi w towarzystwie ochroniarzy.
- Jasne, do usłyszenia.
- Do zobaczenia, Miśku  – powiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język. Miejmy nadzieję, że Niall pomyśli, że zwyczajnie się pomyliłam. W końcu angielski nie jest moim pierwszym językiem...
- Ładnie to tak kłamać? - zapytał Rick, gdy samochód zatrzymał się przed wejściem do budynku Columbia Records. Główną siedzibę mają w Nowym Jorku, ale spotkanie odbywa się w Los Angeles ze względu na Simona, który załatwia jakieś biznesy z tutejszą telewizją.
- Bez takiego drobnego kłamstewka nie byłoby niespodzianki... - Westchnęłam z szerokim uśmiechem i wysiadłam z auta wprost na kalifornijskie słońce. Sierpień w LA to naprawdę gorący okres.



Podpisałam dokumenty i podałam je prawnikowi wytwórni, który towarzyszył mi, Simonowi, Rickowi i Johnowi, przedstawicielowi Columbia Records, w sali konferencyjnej z widokiem na całe miasto.
- To teraz mamy już pełne prawo produkować i sprzedawać fizyczne kopie twoich singli i, już wkrótce, albumu. - John uśmiechnął się do mnie. - Simon, mogę liczyć na promocję albumu w USA, prawda? - zwrócił się do Cowella, który na razie bezpośrednio sprawował pieczę nad rozwojem mojej kariery.
- Tak, staramy się to zorganizować - odpowiedział mu od razu, splatając swoje dłonie na stole. - Kate tu nie było przy promocji obu singli, więc chyba nadszedł na to najwyższy czas. Jeśli album będzie się dobrze sprzedawał, to pewnie chcielibyśmy zrobić tu jakąś niewielką trasę.
- Oczywiście, że tak. - Miałam wrażenie, że w oczach Amerykanina zabłysły nie tylko iskierki, ale takie znaki dolara, jakie się pojawiają w oczach bohaterów kreskówek na myśl o dużym zarobku. Boże, jak ja nie lubię tej biznesowej strefy mojej pracy. Ale mus to mus.
- Dobrze, w takim razie to chyba wszystko? - zapytał Simon, zerkając na zegarek. - Czeka nas pięciogodzinny lot do Nowego Jorku, więc... - Spoglądał wyczekująco na Johna i na prawnika wytwórni.
- Tak, tak. - Dwójka wysoko postawionych pracowników CR wstała od stołu i wyciągnęła do nas ręce.  - Dziękuję, że tu przyjechaliście. - Uścisnął dłoń Simona, a następnie podszedł do mnie. - Mam nadzieję, że już niedługo zobaczymy się ponownie.  
- Ja również. - Odwzajemniłam uścisk dłoni z uśmiechem. - Mam nadzieję, że przy okazji uda mi się choć trochę zwiedzić Stany...
- Kate, naprawdę już musimy iść. - Pogonił mnie Simon, stojący z Rickiem u boku przy drzwiach.
- Do zobaczenia! - powiedziałam w stronę mężczyzn i udałam się za swoimi menadżerami. - Myślałam, że jak mamy lecieć prywatnym samolotem, to możemy lecieć, kiedy nam się podoba? - zapytałam podejrzliwie, wsiadając z nimi do windy.
- Bo możemy. - Westchnął Cowell, wciskając guzik z literą "P", co pewnie oznaczało "parking". - Po prostu jakoś wyjątkowo nie trawię tego gościa. - Dodał, a ja prychnęłam śmiechem. - No co?
- Nie, nic... - Wyjęłam telefon z torby i wybrałam numer Justyny. Odebrała już po kilku sygnałach.
- Rozmowa bezpieczna, oddaliłam się od Nialla na odpowiednią odległość. - Szepnęła konspiracyjnie, a ja zaczęłam się śmiać. Boże, akcja niczym w najnowszym filmie o Bondzie!
- Super. Dzwonię, żeby powiedzieć, że zaraz ruszam z chłopakami na lotnisko i lecimy do NY. Czyli za jakieś pięć godzin z hakiem powinniśmy być na miejscu.
- O, to idealnie! - powiedziała z podekscytowaniem. - My mamy lot za cztery godzinki, to spotkamy się na lotnisku. My będziemy lecieć coś plus minus godzina.
- To rzeczywiście idealnie. - Przyznałam z radością. Od lotniska będę już z dziewczynami, same plusy. - Niall się nie dziwi, że lecicie wcześniej od nich?
- Wystarczyło powiedzieć, że chcemy pozwiedzać spokojnie Nowy Jork. - Zarechotała. Pewnie czuła się jak jakiś geniusz zbrodni. - W sumie to nawet nie jest kłamstwo.
- No tak, będziemy miała kilka godzin. Ja chcę zobaczyć koniecznie Central Park i Statuę Wolności. I Empire State Building. Na Times Square będzie impreza, więc spoko. A ja i tak muszę tam zajść wcześniej do Hard Rock Cafe po koszulkę i piwo.
- Rozumiem, że my idziemy z tobą?
- Justyś, obiecałam Rickowi, że mu postawię piwo.
- Dobra, ale obiecaj, że to sobie odrobimy na kręglach.
- Obiecuję. Ale obiecuję też sobie, że będę w miarę trzeźwa.
- No pewnie, że tak, w końcu długo się nie widziałaś ze swoim blondaskiem. - Zaśmiała się w taki sposób, że od razu wiedziałam, co ma na myśli. - Mam tylko nadzieję, że wasz pokój nie będzie obok mojego i  Stylesa. Pewnie stopery by nie wystarczyły, żeby...
- Justyna, pohamuj się! - warknęłam, ale nie mogłam powstrzymać śmiechu. Głupi głupek. - Nawet jeśli jest choć trochę prawdy w tym, co właśnie insynuujesz, to na pewno mielibyśmy dużą konkurencję w postaci ciebie i Harry'ego.
- No, nawet jakbym chciała, to bym nie mogła powiedzieć, że MAŁĄ. Albo małego.
- Nie, koniec, błagam. - Jęknęłam. - Widzimy się za pięć godzin. Szykuj sobie wygodne buty, bo w trzy godziny mam zamiar zobaczyć wszystko to, co powiedziałam. I jeszcze zdążyć na piwo z Rickiem. Czeeeść! - rozłączyłam się, wzdychając.
- Czasami naprawdę się cieszę, że nie rozumiem żadnego słowa po polsku... - Westchnął Rick, podejrzliwie mi się przyglądając.
- Ja też. - Przyznał mu rację Simon w momencie, gdy drzwi windy otworzyły się na parkingu. - Mam wrażenie, że przez większość rzeczy, o których rozmawia z Justine miałbym koszmary w nocy.
- Nie mogę zaprzeczyć. - Zaśmiałam się, wsiadając do samochodu, który czekał na nas przy wyjściu z windy. - Dla waszego zdrowia psychicznego lepiej nie próbujcie tłumaczyć naszych rozmów.  Obaj panowie tylko na siebie popatrzyli ze zrozumiem, a ja w głębi serca poczułam, jak bardzo się do nich przywiązałam. To jest już moja druga rodzina.
Po kilku minutach zaczęłam zwiedzanie Los Angeles przez szybę samochodu już po raz drugi dzisiejszego dnia.  Naprawdę nie mogę się doczekać, aż tu przyjadę na dłużej niż jeden dzień i będę mogła zobaczyć przynajmniej te najsłynniejsze miejsca. Tym razem nawet nie udało mi się zobaczyć nawet przez chwilę Beverly Hills, ani nawet znaku Hollywood. Tylko z lotniska do centrum i teraz z centrum na lotnisko. Jestem tu od ósmej rano, pewnie kilka minut przed dwunastą wzbijemy się w powietrze, a czuję, jakbym była tu dziesięć minut. Jeśli wszyscy muzycy właśnie tak "zwiedzają" świat, to chyba się popłaczę.
Nie minęło więcej niż pół godziny, gdy nasz samochód wjechał na płytę lotniska, podwożąc nas pod samo wejście do maszyny.
Prywatny samolot, którym lecieliśmy do Nowego Jorku okazał się bardziej luksusowy niż przypuszczałam. Na tej stosunkowo niewielkiej powierzchni znalazła się nawet łazienka. Może i miała jakieś dwa metry kwadratowe, ale oprócz standardowej toalety i umywalki, znalazło się tam miejsce nawet na prysznic! Szczerze mówiąc, bardzo ułatwiło mi to sprawę z odświeżeniem się po dwunastogodzinnym locie i przebraniu w kwiecistą sukienkę, którą miałam już mieć do końca dnia.
Oprócz wizyty w łazience i pod prysznicem, lot spędziłam głównie na spaniu w ogromnym, niesamowicie wygodnym fotelu, w którym pewnie zmieściłyby się trzy osoby, a nie jedna. Gdyby nie perspektywa spotkania się z Niallem po tak długiej przerwie, to pewnie zostałabym w tym fotelu. Na jakiś tydzień. No, w porywach do dwóch, nie dajmy się zwariować.
- Kate, obudź się. Chyba chcesz to zobaczyć. - Rick podszedł do mnie i lekko mnie szturchnął, wyciągając mnie ze snu. Otworzyłam oczy i się przeciągnęłam. - I zapnij pasy, podchodzimy do lądowania. - Dodał i sam usiadł na swoim miejscu, od razu zapinając pasy.
Posłuchałam się menadżera i najpierw zapięłam pasy, a następnie podniosłam małą roletę, która zakrywała okno.
- O jaaaaaaaa! - pisnęłam, z wrażenie łapią się za czoło. - Jesteśmy w Nowym Jorku! - dodałam dokładnie tym samym piskiem, podziwiając pod sobą panoramę jednego z miast, które chciałam zobaczyć, odkąd tylko pamiętam. Tyle ulubionych seriali i filmów miało tam swoją akcję! Plotkara! Seks w wielkim mieście! Jak poznałem waszą matkę! Glee! Suits! I ja teraz będę w tym mieście! Aaaaa!
- Uspokój się, bo zaraz nam na zawał zejdziesz z tego szczęścia... - Zaczął się śmiać Simon, widząc moją reakcję na pierwsze spojrzenie na Nowy Jork.
- Nie jest to tak mało prawdopodobne. - Uśmiechnęłam się szeroko, nie odrywając wzroku od okna.
Pilot wykonał kilka okrążeń nad miastem, powoli tracąc wysokość i kierując się na pas lotniska, które z każdą sekundą zajmowało coraz większą część mojego pola widzenia, aż w końcu zajęło całe.
Jestem w Nowym Jorku, pomyślałam, gdy koła samolotu zetknęły się już z ziemią, a samolot zaczął wytracać prędkość.
Gdy z przodu samolotu zgasł znak, nakazujący zapięcie pasów, a stewardessa otworzyła drzwi, z prędkością światła założyłam torbę na ramię i wybiegłam z samolotu, chcąc być w Nowym Jorku już tak na sto procent. 
- Kate! - usłyszałam za sobą w momencie, gdy moje stopy zetknęły się z asfaltem. Obróciłam się i zobaczyłam cztery dziewczyny, opierające się o duży samochód.
- Dziewczynki moje! - odkrzyknęłam i podbiegłam do nich, mocno je wszystkie przytulając. - Jak cudownie was znowu widzieć.
- Wieki się nie widziałyśmy! - powiedziała Perrie, obejmując mnie ramieniem. - Musisz nam wszystko opowiedzieć o płycie i promocji, umieram z ciekawości.
- Kate, czekaj! - usłyszałam za sobą Ricka, zanim wsiadłam za dziewczynami do samochodu. - Najpierw sprawy organizacyjne, potem sobie jedźcie. - Dodał, gdy stanął przede mną. - Na to piwo możemy iść jutro, dzisiaj już sobie odpuśćmy.
- Dlaczego? - zrobiłam smutną minę.
- Bo macie trzy godziny do imprezy i spędźcie sobie ten czas razem, nie będę wam przeszkadzał. Okej, to jedno. - Zrobił krótką przerwę, masując czoło. Skierował wzrok do środka samochodu, gdzie już się rozsiadły dziewczyny. - Druga sprawa, wasze bagaże powędrują do pokoi chłopaków w hotelu. Tylko twój, Kate, pójdzie do przechowali, a potem obsługa go przeniesie do twojego i Nialla pokoju, gdy już wszyscy pójdą do kręgielni. A co do kręgielni, to bądźcie tam tak przed dwunastą. Gadałem z Paulem i mówił, że o jedenastej będą już w Nowym Jorku. Damy im godzinkę na ogarnięcie się.
- Coś jeszcze? - zapytałam podekscytowana, nie mogąc się doczekać, aż zobaczę to miasto.
- Jedzie z wami jeden ochroniarz, Nick, ale i tak na siebie uważajcie. - Westchnął z troską w oczach. - I bawcie się dobrze.
- To te dwie rzeczy się nie wykluczają? - zaśmiałam się i wsiadłam do samochodu, zajmując miejsce przy otwartym oknie.
- Kate, nie prowokuj mnie, bo zaraz pojadę z wami i nie będzie już tak przyjemnie. - Pokręcił głową z groźną miną.
- Też cię kocham! - wysłałam mu buziaka, gdy kierowca ruszył z miejsca.
- Gdzie panie chcą jechać? - zapytał z przodu samochodu, zmierzając do wyjazdu z lotniska.
- A poleca pan coś szczególnego? - odpowiedziała mu pytaniem na pytanie Eleonor, ubrana w zwykłe szorty i koszulkę, podobnie jak Kate i Justyna. Tylko ja i Perrie zdecydowałyśmy się sukienki.
- Jak bym się postarał, to łamiąc kilka przepisów mógłbym was w piętnaście minut dostarczyć na prom na Statuę Wolności. Może zdążyłybyście na końcówkę zachodu słońca. - Zaproponował nasz kierowca, a mi wystarczyło jedno spojrzenie na dziewczyny, żeby wiedzieć, jaka jest nasza decyzja.
- No to jedziemy na zachód słońca na Statuę Wolności! - powiedziałam z szerokim uśmiechem.
Wyjęłam aparat z torby, który się ładował całą drogę z Los Angeles. - Gotowe na trzygodzinną sesję zdjęciową z Nowym Jorkiem w tle?




Nowy Jork okazał się jeszcze lepszy, niż to sobie kiedykolwiek wyobrażałam. A wyobrażałam sobie wiele! Na pewno nie jest to idealne miasto - tutaj też z budynków odpada tynk, są śmieci na ulicach, a ludzie się wszędzie spieszą, nie zwracając uwagi na drobne rzeczy wokół nich, które mogłyby uczynić ich dzień piękniejszym.
Jednak moim faworytem jest Statua Wolności o zachodzie słońca. Chyba zrobiłam tam z milion zdjęć, może nawet więcej.
Niestety tak dużo czasu zeszło nam właśnie w tym miejscu, że zdążyłyśmy jeszcze tylko pojechać w miejsce katastrofy WTC, a potem spacerkiem, w towarzystwie Nicka, przeszłyśmy na Times Square, co nam zajęło pozostały wolny czas.
- Dziewczyny, jutro nie ma spania do dwunastej. - Ostrzegłam je i weszłam do kręgielni, gdzie mieliśmy zarezerwowaną całą salę. - Wstajemy rano i idziemy oglądać wszystkie pozostałe atrakcje!
- Już tak nie strasz... - Westchnęła Kate, która już po tym spacerze wyglądała, jakby miała paść na najbliższe krzesło i nigdy się z niego nie podnieść.
- Dobry wieczór, stolik na pięć osób? - zapytał nas mężczyzna, który stał obok szatni.
- Nie, dziękujemy - powiedziała Perrie, uśmiechając się. - Mamy zarezerwowaną salę, Rick już powinien być. - Dodała, a pracownik podejrzliwie zmierzył każdą z nas.
- Sprytne. - Syknął. - Chyba nie sądzicie, że w to uwierzę?
- Ale w co..? - zapytała El, zmieszana.
- Proszę was! - wywrócił oczami. - Nie pierwszy raz ktoś sławny robi tu imprezę i jakieś fanki próbują się wbić.
- No chyba cię... - Justyna już wyrywała, ale zatrzymałam ją ręką. Dla bezpieczeństwa tego faceta. Nie chcemy dzisiaj żadnych ofiar.
- Dobra, zadzwonię do Ricka - powiedziałam, wyjmując telefon i wywołując tym prychnięcie u tego niedowiarka. - Cześć, stoimy przy szatni. Obsługa nie chce nas wpuścić..Ok, czekamy. - Rozłączyłam się i spojrzałam na bruneta. - Zaraz przyjdzie i się wszystko wyjaśni.
- To ja może lepiej usiądę, bo pewnie sobie poczekamy. - Usiadł na stołeczku i przyglądał nam się z kpiącym uśmiechem.
- Przysięgam, że zaraz mu tak wywalę, że facet będzie mógł straszyć twarzą w parkach rozrywki. - Warknęła Justyna.
- Spokojnie, nie ma sensu się denerwować. - Westchnęłam.
- Właśnie, lepiej, że tak pilnują, niż żeby każdy z ulicy mógł tu wejść. - Poparła mnie Kate, przestępując z nogi na nogę.
- Jakiś problem? - do holu wszedł Rick z naprawdę groźnym wyrazem twarzy. I to się nazywa twardziel!
- Te dziewczyny... - Wskazał na nas palcem pracownik, wyraźnie zaskoczony pojawieniem się Ricka.
- Jeśli już, - mój menadżer mu przerwał - to te PANIE. I one są tutaj równie ważnymi gośćmi, co One Direction. Traktuj tak dalej zaproszone tu osoby, a możesz się pożegnać z napiwkiem... - Mruknął groźnie, a następnie skierował na nas swoje spojrzenie, które natychmiast złagodniało. - Chodźcie, dziewczyny. - Zaprosił nas gestem ręki do oddzielnego korytarza, który najwyraźniej prowadził do zupełnie innej, prywatnej sali. Drugi korytarz pewnie prowadził do tej ogólnodostępnej części.
Gdy minęliśmy ochroniarza, którego głównym posiłkiem w ciągu dnia pewnie były sterydy na zmianę z odżywkami, weszliśmy do naprawdę ogromnej sali. Przy ścianie przy wejściu były loże, a na przeciwko nich rozłożone stoły, na których  stały już zimne przystawki.  Na samym końcu wielkiej sali były tory, wypolerowane tak, że cały sufit idealnie się w nich odbijał.
- Kate, najlepsza wiadomość dla ciebie i Nialla. - Usłyszałam za sobą głos Ricka. - Nasza sala ma osobną kuchnię i kucharzy.
- Super! - ożywiłam się, a do głowy wpadł mi od razu nowy pomysł. - Schowam się w niej i zrobię Niallowi kanapkę. Ciekawe, czy pozna, że to moje dzieło.
- On tak uwielbia twoje żarcie, że na pewno. - Westchnęła Justyna, rozglądając się po sali.
- Kate! - usłyszałam krzyki Perrie i El, dochodzące z jakiegoś innego zakamarka sali. - Tutaj! - krzyknęły jeszcze raz, a ja obróciłam się w lewo, skąd dochodziły ich głosy. Stały na całkiem pokaźnej scenie w towarzystwie sprzętu do karaoke i kilku mikrofonów. - Zaśpiewamy coś razem?
- O nie... - Kate obok mnie głośno jęknęła. Wzięłam ją i Justynę pod rękę, która miała minę podobną jak brunetka, i pociągnęłam je w stronę Perrie i Eleanor. - Nie oczekujcie, że będę śpiewać.
- Ani ja! - od razu poparła ją Justyna. - Nie chcecie chyba, żeby wszyscy tu obecni ogłuchli?
- Dziewczyny, dajcie spokój! - Perrie zrobiła minę "kota ze Shreka". - Musimy być w piątkę. Zrobimy Second Direction!
- Boże... - Dziewczyna Liama ponownie jęknęła. Była wyraźnie przerażona tym pomysłem. - Okej. - Po chwili się zgodziła.
- Co?! - krzyknęła Justyna, która najwyraźniej straciła swojego jedynego sojusznika.
- Polecę z playbacku. Albo będę miała wyłączony mikrofon. - I już znamy powód jej kapitulacji.
- O, na taki deal to ja też mogę pójść.
- Naprawdę to jest jedyny warunek? - zapytałam je, a one zgodnie pokiwały głowami. - Okej.
- To co zaśpiewamy? - Eleanor wyglądała jakby się naćpała. Ta jej radość była aż nienaturalna.
- Jakbyście chciały, to mam wszystkie podkłady z nowej płyty Little Mix na telefonie... - Wzruszyła ramionami pani Malik, a mi się automatycznie rozświetliły oczy.
- Wiem! "Nothing Feels Like You"! - zaproponowałam, a po minach Perrie i El zauważyłam, że im ten pomysł też przypadł do gustu.
- To będzie świetne. - Perrie aż zatarła ręce. - Wszystkie dziewczyny chłopaków z One Direction będą dla nich śpiewać. Tylko teraz musimy się podzielić piosenką. Ja mam śpiewać swoje części? - spojrzała na mnie i El.
- No, możesz.
- Ja wezmę Jessy - powiedziała Tomlinsonowa. - Ty sobie lepiej poradzisz z Jade. - Spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Okej, a co z Leigh? - zapytałam, tym razem ja.
- Ty weź zwrotkę, a ja przejście, i tym samym zaśpiewam je całe. - I w ten sposób skończyłyśmy stronę techniczną.
- Dziewczyny! - krzyknął Rick z jednej z lóż. - Już wyjechali z hotelu, będą tu za jakieś pięć minut!
Jednak nowojorskie korki mają jakieś zalety. Nie było ich jeszcze ponad dziesięć minut, dzięki czemu mogłyśmy dokładnie ustalić plan naszego show, które miało zwalić ich z nóg.
Dokładnie w ostatniej chwili złapałam swoją torbę i mikrofon i uciekłam do kuchni, w której pewnie dane będzie mi się chować przez co najmniej najbliższe pół godziny, zanim chłopaki wkroczyli do sali.
- Szefie, mogę zrobić burgera dla swojego mężczyzny? - zapytałam kucharza, który wyglądał jak prawdziwy król tej kuchni.
- Jasne, tam masz wolną kuchenkę i blat. - Wskazał mi oddalony kącik bez mrugnięcia okiem. - Na razie jeszcze nie ma burdelu, więc powiedz tej dziewczynie, - wskazał uśmiechniętą blondynkę, która obierała jakieś warzywa - co potrzebujesz.
- Dzięki wielkie - powiedziałam z wdzięcznością i udałam się do blondynki. - Cześć, jestem Kate.
- Wiem, kim jesteś. To znaczy... - Wyraźnie się zmieszała. - Ja jestem Natalie. W czym mogę ci pomóc?
- Potrzebuję jednego noża, deski do krojenia, patelni, piersi z kurczaka, bułki, pomidora, sałaty lodowej, majonezu, keczupu, soli, pieprzu, suszonego oregano, oliwy i mozzarelli.
- Zaraz wszystko ci przyniosę - powiedziała z uśmiechem i udała się w inną stronę kuchni, zostawiając mnie zdziwioną, że nigdzie tego wszystkiego nie musiała zapisać. Wow.
Poszłam na swoje "stanowisko" i po kilku minutach dzięki Natalie znalazły się na nim wszystkie potrzebne mi rzeczy.
Czas się wziąć do roboty.



- Mmmm.... - Głośno mruknąłem, pokazując radość moich kubków smakowych wszystkim dookoła. Będę musiał powiedzieć kelnerce, żeby podziękowała kucharzowi. - Ten burger jest zdecydowanie wart tego, żeby tu z wami przyjść.
- A widzisz, mówiłem, że warto! - poklepał mnie Liam siedzący obok mnie, prawie powodując, że się zakrztusiłem tą pysznością.
- Smakuje dokładnie tak jak ten, który zawsze robi mi Kate. - Westchnąłem z tęsknotą, patrząc na bułkę. Naprawdę smakuje identycznie. No, może poza drobnymi szczegółami, takimi jak rodzaj majonezu czy keczupu.
- Z tej tęsknoty za nią już ci kompletnie odbija... - Zaśmiał się Harry. Pewnie miał rację. Gdy jestem bez Kate, nie czuję się sobą. Już nie chodzę z nimi na imprezy, po prostu wracam do hotelu i idę spać. Nie mam ochoty już się bez niej bawić. W ciągu całego dnia czekam jedynie na moment, kiedy będę mógł z nią porozmawiać...
Ta kanapka wcale nie poprawia sytuacji, jeśli już, to tylko chwilowo. Przypomniała mi tylko, jak cudownie było jeść to, co gotowała mi Kate. Nawet najprostsze rzeczy wychodzące spod jej rąk smakowały mi bardziej niż zrobione przez kogoś innego. Bo z miłością.
- Szybki jesteś. - Perrie otworzyła zdziwiona oczy, gdy mój talerz już świecił pustkami.
- Mówisz tak, jakbyś mnie nie znała. - Uśmiechnąłem się do niej, starając się nie psuć atmosfery. Tylko dlaczego wszyscy byli ze swoimi dziewczynami, tylko moja teraz śpi beze mnie w naszym łóżku w Londynie?
- Dobra, dziewczyny, czas rozruszać to towarzystwo. - Calder wstała od stołu, a jej śladem podążyły Perrie, Justine i Kate. Spojrzałem pytająco na chłopaków, ale żaden z nich nie wiedział, o co chodzi w równym stopniu, co ja. - A wy też wstawać!
- Właśnie, tam jest scena i macie się zachowywać jak napalone fanki na waszych koncertach. - Zaczęła się śmiać Perrie, ciągnąc za sobą trzy dziewczyny. Justine i Kate lekko się opierały, ale może tylko mi się wydawało.
Razem z Liamem, Louisem, Harrym, Zaynem i większością towarzyszącej nam ekipy, ruszyliśmy pod scenę. Nie minęło nawet trzydzieści sekund, zanim nie zaczęły lecieć pierwsze dźwięki piosenki, która wydawała mi się dziwnie znajoma.
- Śpiewają piosenkę Little Mix, super! - ucieszył się stojący obok mnie Zayn. Mistery solved.
Pierwsze kilka wersów zaśpiewała delikatnie Eleanor, nie odrywając wzroku od Louisa, który wyglądał teraz na jeszcze bardziej zakochanego, niż zazwyczaj.
- But all that's a fantasy, nothing like I wanna be. Baby you and me it's real. - Usłyszałem w głośnikach głos Kate. Mojej Kate, nie Liama. Tej Kate, która przecież jest w Londynie. Przez głośniki brzmiała tak, jakby była gdzieś tutaj, z nami, ale po milisekundzie ekstremalnego szczęścia doszła do mnie smutna prawda - teleportacji jeszcze nikt nie wymyślił, a kilka godzin temu Kate była jeszcze w Londynie. - Something like a masterpiece, we'll be up in galleries. You and I, that's real. - Solówka Kate się skończyła, ale nadal mogłem wychwycić jej głos w refrenie między głosami Pers i Eleanor. Wystarczyło zamknąć oczy, aby wyobrazić sobie, że ona tu naprawdę jest.
Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy dzięki mojej wyobraźni jej głos z każdą sekundą przestawał brzmieć słabymi głośnikami, tylko coraz bardziej realistycznie. Co najmniej jakby stała tuż za mną. I w dodatku ktoś tu ma jej perfumy... Boże, tego było mi trzeba. Przynajmniej tego złudzenia jej obecności. Od razu mi jakoś lżej.
Jednak ktoś nagle objął mnie od tyłu i pocałował w policzek, co od razu wyciągnęło mnie z mojej niewinnej fantazji.
 Już miałem się rzucać, bić, krzyczeć, gdy po obrocie o sto osiemdziesiąt stopni zobaczyłem...
- Kate? - powiedziałem ledwo słyszalnie przez głośną muzykę.
 - Baby even when we're miles apart, you'll always stay inside my heart... - Kontynuowała śpiewanie, delikatnie głaszcząc mnie po policzku.
Gdy doszło do mnie, że ona tu naprawdę jest, że to nie żadne halucynacje, szybko ją do siebie przyciągnąłem i zachłannie pocałowałem, wkładając w to całą swoją tęsknotę, która zbierała się przez kilka tygodni.
- Boże, nie całujcie się do mikrofonu! - jęknął zdegustowany Liam. Kate się ode mnie oderwała ze śmiechem, przez co miałem ochotę przywalić Payne'owi. On już, cholera, miał okazję nacieszyć się swoją dziewczyną, teraz moja kolej!
Kate pobiegła na scenę, zanim zdążyłem ją ponownie złapać w swoje objęcia, i zaczęła szaleć na scenie razem z pozostałą czwórką.
Wyglądała tak pięknie. Ta sukienka zdecydowanie jest zbędna. Już się nie mogę doczekać, aż z niej ją zerwę w hotelu.
Piosenka dłużyła się w nieskończoność, ale w końcu dźwięki muzyki ucichły, a Kate zeszła ze sceny i stanęła tuż przede mną, prawie stykając się swoją twarzą z moją.
- Cześć, Niall. - Szepnęła z szerokim uśmiechem. - Niespodzianka.
- Byłaś tu cały czas? - zapytałem, nie mogąc oderwać oczu od jej niebieskich tęczówek, które ostatnio śniły mi się po nocach.
- Tu nie, w kuchni. - Uśmiechnęła się szeroko, łapiąc mnie za rękę i mocno wiążąc swoje palce z moimi.
- Wiedziałem, że ten burger smakował za bardzo jak twój, żeby ktoś inny go zrobił... - Zaśmiałem się i od razu przytuliłem ją do siebie, nie mogąc do końca uwierzyć, że ona tu jest. - Ale mnie wkręciłaś - westchnąłem, wdychając zapach jej szamponu wymieszanego z perfumami, co w efekcie dawało moją ulubioną mieszankę dwóch zapachów. Jej zapach.
- Czyli niespodzianka się udała? - odchyliła się lekko i spojrzała na mnie roześmianymi oczami.
- Nawet bardzo.  - Przyznałem. - To rozumiem, że jak ostatnio rozmawialiśmy, to nie byłaś w drodze do domu w Londynie?
- Nie, byłam w drodze na spotkanie z Simonem i jakimiś ważniakami z Columbia Records w Los Angeles. - Odpowiedziała, z trudem powstrzymując śmiech. Boże, jak ją niesamowicie cieszy to, że udało się jej mnie wkręcić! Co za mały troll.
- Los Angeles? - zdziwiłem się. - To ile razy zmieniłaś strefy czasowe w ciągu ostatniej doby?
- Nooo...  -Zastanowiła się przez chwilę, robiąc śmieszną, "myślącą" minę. - Z Londynu do LA to raz, no i potem tutaj. To dwa razy, nie jest tak źle.
- A jak jet lag?
- Jestem na nogach od prawie trzydziestu godzin, ale chwilę się przespałam w samolocie jak tu lecieliśmy. Nie jest najgorzej.
- Ach, a już myślałem, że na nogach trzyma cię miłość do mnie! - sztucznie zapłakałem i oparłem czoło o jej ramię. Dziewczyna zaczęła mnie od razu głaskać po głowie i mówić do mnie głosem jak do dziecka.
- Pewnie, że miłość do ciebie też mnie trzyma na nogach, Misiu.
- Teraz już za późno. - Odsunąłem się na krok, ale nie puściłem jej dłoni.
- I co, teraz niby oczekujesz jakichś specjalnych przeprosin..? - mruknęła, ponownie do mnie się zbliżając tak, że czułem jej oddech na swoich ustach. - Poczekaj chociaż, aż wrócimy do hotelu...
- Hej! - chłopacy zaczęli na nas krzyczeć z naszej loży.
- Możecie z tym zaczekać? - krzyknął Liam. - Nie każdy ma ochotę oglądać wasze wielkie powitanie!
- Kate, wychodzimy! - krzyknąłem, śmiejąc się, a blondynka od razu mi zawtórowała.
- Kurde, i nie będę mogła znowu skopać ci tyłka w kręglach. - Skrzywiła się.
- To był tylko wypadek przy pracy, ile razy mam ci to powtarzać? - Wywróciłem oczami. Raz jej się udało i teraz będzie wypominać mi to do końca życia! - Masz tu jakieś swoje rzeczy?
- Idąc do ciebie z kuchni rzuciłam torebkę na lożę...
- To idziemy do loży, łapiemy taksówkę i jedziemy do hotelu. - Pociągnąłem ją w stronę miejsca, gdzie siedzieli wszyscy nasi przyjaciele.
- Niall się boi, że znowu go pokonam w kręgle i zabiera mnie do hotelu. - Kate zrobiła smutną minę, sięgając po swoją torebkę.
- Jakoś nie wyglądasz na zrozpaczoną... - Zaśmiał się Louis, przytulając do siebie El.
- To tylko dobra mina do złej gry.
- Jasne. Bo nikt z nas nie wie, co wy tam będziecie wyprawiać. - Wywróciła oczami Justyna, popijając piwo.
- Nie wiem, o czym mówicie. - Kate zrobiła zaskoczoną minę, gdy już ciągnąłem ją do wyjścia.
- Do zobaczenia jutro rano! - krzyknąłem do wszystkich, opuszczając salę z Kate.
- Niall, spokojnie, nie musimy biec! - zaśmiała się, dorównując mi krokiem.
- Chcę mieć cię w końcu tylko dla siebie, z dala od tych wszystkich ciekawskich oczu. - Wyszedłem z kręgielni i podszedłem do krawężnika, machając na przejeżdżające żółte taksówki.
- A myślałam, że to ja jestem w tym związku zboczeńcem... - Zaśmiała się, stając za moimi plecami.
- Bo jesteś, tylko lepiej się z tym kryjesz przy ludziach ode mnie.
- Cóż... Nie mogę zaprzeczyć. - Wypięła dumnie pierś, co wcale mi nie pomogło w tej sytuacji. Dobrze, że hotel jest blisko. Pięć minut taksówką i będziemy na miejscu...
Na szczęście Bóg wysłuchał moich cichych modlitw i przede mną w końcu zatrzymała się taksówka.
- Wsiadamy! - otworzyłem drzwi i puściłem Kate przodem.
- Gdzie jedziemy? - zapytał taksówkarz, zerkając na nas przez lusterko.
- Hotel Plaza - odpowiedziałem i oparłem się wygodnie o fotel.
- Plaza? - zdziwiła się Kate, patrząc na mnie zaskoczona. Najwyraźniej jeszcze nie wiedziała, gdzie będziemy mieszkać w Nowym Jorku.
- A co, myślałaś, że będziemy mieszkać w jakimś hostelu na Bronksie? - zaśmiałem się.
- No niby nie... Ale jeszcze nigdy nie spałam w takim luksusowym miejscu - powiedziała, kładąc dłoń na moim lewym udzie. Spojrzałem na nią zaskoczony, ale Kate miała wzrok odwrócony w drugą stronę. - Chociaż kto tu mówi o spaniu. - Dodała szeptem, podziwiając przez okno mijane ulice.
Jej ręka zachowywała się, jakby była odłączona od ciała Kate, która zdecydowanie nie wyglądała teraz tak, jakby poświęcała mi choć odrobinę swojej uwagi. Długie palce głaskały przez spodnie moją skórę, co kilka sekund, co kilka okrążeń, przesuwając się lekko w górę. Poczułem, jak robi mi się gorąco w miejscach, które stykały się z dłonią mojej dziewczyny. Boże, jak ona na mnie działa!
Zaczęła lekko masować moje udo, a jej ręka wspinała się coraz wyżej, sprawiając, że powoli traciłem zdolność myślenia.
- Osiem dolarów! - usłyszeliśmy głos mężczyzny, a ja dopiero wtedy oprzytomniałem i otworzyłem oczy, które, nie wiem kiedy, zamknąłem.
Gdy już zapłaciłem za przejazd, cały czas pozostając jedną nogą w świecie fantazji, zorientowałem się, że Kate czeka już z triumfalnym uśmiechem na zewnątrz przy moich drzwiach.
- Masz, zasłoń się tym. - Podała mi swoją torebkę. - Chyba że chcesz, żeby jutro internet obiegły twoje jednoznaczne zdjęcia... - Uśmiechnęła się, w ten niegrzeczny sposób i złapała mnie za wolną rękę.
- Idziemy. Prosto. Do. Windy. - Jęknąłem, czując, jak opięte spodnie zaczynają się bardzo nieprzyjemnie o mnie ocierać. Akurat przed hotelem, przed którym stoją paparazzi.
-  Niall! Kate! - słyszałem z każdej strony. - Kate! Długo będziesz z chłopakami w trasie? - pociągnąłem dziewczynę za rękę do środka hotelu, unikając aparatów i zasłaniając swoje strategiczne miejsce torebką dziewczyny. Jeszcze by tego brakowało, żebym teraz udzielał wywiadów.
- Cóż za wspaniała mina pokerzysty, Kochanie - powiedziała z podziwem Kate, gdy wchodziliśmy do windy.
- Poczekaj tylko, aż wejdziemy do pokoju... - Mruknąłem, starając się nie myśleć o tym, co się zaraz stanie, albo moje ulubione spodnie będą do wyrzucenia.
Nikt chyba tak mocno nie wciskał guzika z jedną liczbą w tej windzie jak ja. Jeszcze... Tylko... Chwila...
Jednak los lubi płatać mi figle. Gdy drzwi windy już się prawie zamknęły, jakiś natręt włożył między je rękę, zatrzymując windę na parterze. Cholera jasna!
- Mało co i byśmy nie zdążyli. - Do naszej dwójki dołączyła starsza para, stając przed nami z walizkami i wciskając guzik z numerem piętra. - Dzień dobry.
- Dzień dobry. - Odpowiedziałem równocześnie z Kate, zmuszając się do uśmiechu. Dziewczyna zmieniła miejsce na tuż przede mną, aby zmieścić bagaże naszych towarzyszy. Stanęła tak blisko, że cały jej tył przylegał do mojego ciała. A przynajmniej ta część tyłu, którą lubię najbardziej.
Czy ona to robi specjalnie?! Głupie pytanie, pewnie, że tak.
Złączyła swoje dłonie na plecach, aby po chwili zacząć głaskać po mnie brzuchu przez cienką koszulę. Z każdym piętrem jej dłoń była coraz niżej, aż w końcu znalazła na moim rozporku, co wcale nie oznaczało, że jej ręka stanie w miejscu. Wręcz przeciwnie, zaczęła jeździć po wypukłości na spodniach w górę i dół, powoli, bawiąc się tą sytuacją.
- O, chyba rozwiązałam buta - powiedziała cicho i, przerywając ten masaż, schyliła się do butów, jednak ani na chwilę nie uginając nóg chociaż na centymetr. Jej pośladki ocierały się o mnie przy choćby najmniejszym ruchu Kate, sprawiając, że zaczynało brakować mi oddechu.
- Nasze piętro, Kate - powiedziałem niskim, szorstkim głosem, gdy winda się w końcu zatrzymała na naszym piętrze. Nie myślałem o tym, co mogą ci starsi państwo zobaczyć i, szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to nawet w najmniejszym stopniu.
Pociągnąłem dziewczynę za rękę i szybko ruszyłem korytarzem w stronę naszego apartamentu, wyciągając wolną ręką kartę z kieszeni.
- To się teraz doigrałaś - powiedziałem, otwierając drzwi i przepuszczając dziewczynę przodem.
Nie pozwalając jej nawet zdjąć butów, przycisnąłem ją do ściany. Zamknąłem jej ręce w swoich palcach i uniosłem je nad jej głowę.
- Tęskniłem - powiedziałem, zastanawiając się jak rozpiąć ten zamek z przodu sukienki bez użycia rąk. Zębami? Hmmm. To zdecydowanie kusząca opcja.
- Ja też, Niall. Dlatego tu jestem - odpowiedziała, patrząc na zmianę to na moje usta, to w oczy. Gdy przygryzła dolną wargę, nie mogłem już dłużej czekać.
Zrobiłem jeden krok, stykając się swoim ciałem z Kate i uniosłem po ścianie jej ręce jeszcze wyżej o kilka centymetrów. W końcu, bez żadnych gapiów, złączyłem nasze usta w namiętnym pocałunku, pełnym tęsknoty i tego niesamowitego uczucia, które nas łączyło. Nasze języki z łatwością się odnalazły, zaczynając wspólną zabawę, zagubiając się w swoim własnym tańcu.
Puściłem jedną rękę dziewczyny,  a ta od razu objęła mnie za szyję, przyciągając mnie bliżej siebie. Podwinąłem wolną, lewą ręką sukienkę dziewczyny i położyłem dłoń na jej pośladku i przycisnąłem jej biodra do swoich. Nie mogłem się oprzeć i wolnym ruchem ręki przeniosłem ją na udo Kate i je uniosłem, kładąc sobie jej nogę na swoje biodro.
Gdy uwolniłem drugą rękę blondynki, ta mnie objęła już dwoma rękoma za szyję i do jednej jej nogi na moim biodrze doszła druga, Kate wskoczyła na mnie, a ja utrzymywałem ją w górze, trzymając ją za tyłek.
Przez tę zmianę pozycji, przed swoją twarzą nie miałem już jej cudownych oczu, lecz dekolt i piersi, na których cudowność również nie mogłem narzekać. Wystarczyło, żebym przejechał jedynie nosem przez długość jej dekoltu, od obojczyka do obojczyka, aby na skórze Kate pojawiła się gęsia skórka, a ona zaczęła ciężej oddychać. 

Czas się przenieść.

Z Kate na sobie, zacząłem iść do najważniejszej aktualnie części naszego apartamentu - sypialni. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności rozpięcia zamka od sukienki pod drodze do łóżka, przy pomocy zębów.
- Och, Kate... - Jęknąłem, gdy zobaczyłem, że ma na sobie stanik, który zdecydowanie był moim ulubionym i ona o tym wiedziała. - Zawsze wiesz, jak mi sprawić przyjemność. - Położyłem ją na łóżko, zdjąłem jej sandały i sam pozbyłem się adidasów i skarpetek. Usadowiłem się na niej, wpasowując między nogi. Rozpiąłem jej sukienkę do końca i moje podejrzenia co do drugiej części jej bielizny okazały się słuszne, miała również do kompletu te piękne koronkowe i bardzo skąpe bokserki. Wyciągnąłem sukienkę spod jej pleców i wspiąłem się na niej, ponownie sięgając do jej usta swoimi, z każdą chwilą coraz bardziej jej pragnąc. Moje dłonie pożądliwie witały się z jej ciałem, dotykając każdy jego zakamarek.
Kate najwyraźniej nie chciała zostawić mnie w tyle, przez co z jej pomocą już po chwili moja biała koszulka wylądowała gdzieś na podłodze w okolicy jej sukienki. Jej delikatne palce zaczęły jeździć po moich plecach i szyi, pieszcząc każdy ich fragment.
Po chwili wsunąłem ręce pod jej plecy, zaczynając zabawę z zamknięciem stanika, który jednak tym razem nie stawiał już takiego oporu, jak na początku. Trening czyni mistrza. Złapałem za ramiączka i uwolniłem piersi dziewczyny z tego materiału, który był nam już całkowicie zbędny.
Gdy zacząłem czule całować jej szyję, tworząc na niej językiem najróżniejsze wzory, Kate przeniosła swoje obie dłonie na zamek od moich spodni, które w efekcie szybko i zręcznie pozbawiły mnie spodni, pozostawiając mnie tylko w bokserkach.
- Nawet nie wiesz, jak seksownie teraz wyglądasz. - Oderwałem się na chwilę od szyi dziewczyny, aby oblecieć wzrokiem jej niemal nagie ciało, zarumienione policzki, rozszerzone z podniecenia źrenice. - Taką mam ciebie ochotę... - Szepnąłem, pochylając się nad jej piersiami. Zacząłem całować jej prawą pierś, lekko zasysając sutek, przez co stał się jeszcze twardszy niż był wcześniej. Prawą dłonią zacząłem głaskać wewnętrzną stronę jej ud. Kate, czując, co się zbliża, wypięła lekko biodra do góry, dając mi zielone światło. - Spokojnie, Kate... - Powiedziałem. - Jeszcze chwila. - Mmm, jak ja uwielbiam jej piersi. Są idealne. Nie za duże, nie za małe. Po prostu idealne. 
Nie przerywając pieszczenia jej obu piersi, moja prawa dłoń dotknęła w końcu czarnej koronki, która była już podniecająco wilgotna. Taaaak, to wszystko dla mnie... Osunąłem delikatny materiał w dół i za pomocą kilku ruchów nóg Kate, dziewczyna była już kompletnie naga. Moja dziewczyna. Cała moja.
­­- Niall, proszę... - Jęknęła Kate z półotwartymi oczami.
- Prosisz? A kto jeszcze przed chwilą był taki cwany i bawił się moją wytrzymałością? - uśmiechnąłem się triumfalnie, czując swoją przewagę nad dziewczyną, która już coraz mocniej poruszała biodrami w poszukiwaniu mojego ciała.
- Przepraszam... Proszę... - Szeptała, patrząc na mnie z pożądaniem.
- A będziesz już grzeczną dziewczynką? - zapytałem, a Kate od razu pokiwała energicznie głową. Miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, bo doskonale wiedziałem, że kłamie. Może nie całkiem świadomie, ale kłamie. Ona i "grzeczna dziewczynka" to antonimy.
Jednym ruchem pozbyłem się bokserek, czując ulgę, gdy już nic boleśnie mnie nie ograniczało. Powróciłem na miejsce pomiędzy nogami dziewczyny i kładąc się na nią, powoli w nią wszedłem, zamykając z rozkoszy oczy. Z ust Kate dobiegł mnie cichy jęk.
Szybko odnaleźliśmy swoje dłonie, które od razu razem spletliśmy, poruszając się tym samym rytmem, który szybko wspólnie odnaleźliśmy. Jej oddech stał się coraz bardziej urywany, coraz głośniejszy, tak samo jak mój. Odnalazłem jej usta i złożyłem na nich delikatny pocałunek.
Spojrzałem jej w oczy, wykonując biodrami głębokie ruchy. Uwielbiałem patrzeć w te niebieskie tęczówki, gdy się kochaliśmy. Nadawało to takiej wyjątkowej intymności, jeszcze bardziej nas to ze sobą wiązało.
- Tak bardzo cię kocham, Niall - szepnęła, przeczesując moje włosy.
Może to te słowa, a może tęsknota, ale po jeszcze kilku ruchach, poczułem jak zbliżam się do wspaniałego orgazmu. Gdy mięśnie Kate zaczęły się wokół mnie zaciskać, czemu towarzyszył jej cichy jęk, nie mogłem się już dłużej powstrzymać i po chwili opadłem na nią, oddychając ciężko jeszcze przez kilka minut.
- To co, wspólny prysznic? - zapytała Kate, gdy już ochłonęliśmy. Leżałem wtulony w jej nagie piersi, a dziewczyna delikatnie głaskała mnie plecach. Nikt nie robi tego tak dobrze jak ona. Nikt.
- Jasne, Kochanie. - Zgodziłem się, tylko mocniej wtulając w dziewczynę, czym wywołałem u niej śmiech. I przy okazji sprawiając, że moja głowa zaczęła się mocno trząść na jej śmiejącym się ciele. - Nie ruszaj się tak, wszystko psujesz.
- Bo ja taka psuja jestem. - Cmoknęła mnie w czoło i wyczołgała się spode mnie. Obróciłem się za nią, gdy szła zupełnie naga do łazienki, nie mogąc oderwać od niej wzroku.  Ale ze mnie szczęściarz.



Uwielbiałam wspólne prysznice z Niallem. Takie zwykłe prysznice, nie te wyjęte z życia Anastazji Steel i Christiana Grey'a. Takie zwyczajne. Uwielbiałam stać z nim pod strumieniem ciepłej wody, czy delikatnie namydlać nasze ciała. To jest po prostu coś wspaniałego. Naszego.
- Mam coś dla ciebie - powiedział Niall, sięgając po swój plecak, gdy wyszliśmy z łazienki owinięci w hotelowe szlafroki. Po kilku sekundach wyjął z niego małe pudełeczko owinięte wstążką. - Chciałem, żebyś miała coś, co będzie ci przypomniało o tym, jak bardzo cię kocham, gdy akurat nie będzie mnie w pobliżu. - Podał mi pudełko, a ja zaciekawiona je otworzyłam.
- Słuchawki i breloczek? - zdziwiłam się. Jasne, breloczek był śliczny. Srebrny z małymi, białymi kryształkami. Ale co to miało oznaczać?
- Breloczek, jak to nazwałaś, ma wejście na słuchawki. Włóż je tam, załóż słuchawki i gdzieś tam jest taki ukryty przycisk. - Niall wskazał na jedną z części srebrnej ozdoby, a ja wykonałam jego polecenia. Po wciśnięciu tego przycisku, który był rzeczywiście niewidoczny na pierwszy rzut oka, w słuchawkach rozbrzmiał cichy szum.
- Nagrywa się? - usłyszałam głos Nialla. Spojrzałam na niego zdziwiona, a on tylko uśmiechnął się nieśmiało. - Ty. Twój uśmiech. Twoje oczy. Twój wredny charakter, który masz po swojej mamie, a ona po swojej mamie. To, jak wyglądasz, gdy mnie słuchasz. I, gdy próbujesz mnie ignorować. To, jak śmiejesz się z naprawdę słabych żartów. - Poczułam, jak łzy zaczynając wypełniać moje oczy. Szybko przytuliłam się do chłopaka, tak naprawdę rzucając się do niego. Objął mnie, a ja wpasowałam głowę między jego ramię a szyję, słuchając dalszej części nagrania. - To, jak się chowasz przed całym światem, gdy jesteś smutna. To, jak wyglądasz, zanim mnie całujesz. I, kiedy mówisz kocham cię. Masz swoje surowe zasady, ale tylko po to, żeby je łamać. Znam cię już tak długo, a zarazem krótko, ale cały czas znajdujesz sposób, żeby mnie zaskoczyć. W twoim świecie porządek i chaos nie wykluczają się nawzajem. - Zrobił krótką pauzę, a ja się zorientowałam, że moje policzki są już kompletnie mokre. - I za to wszystko - kocham cię. Mocniej niż kiedykolwiek, kogokolwiek, już na zawsze. Kocham cię. - Nagranie zakończyło się charakterystycznym kliknięciem.
- Niall... To było... - Spojrzałam na niego, ocierając policzki.
- Ciii... Nie musisz nic mówić. - Ujął moją dłoń i pocałował czule jej wnętrze. - Tylko obiecuj mi jedno. Że już zawsze będziemy razem. Nie mogę znieść myśli, że w moim życiu mogłoby ciebie zabraknąć.

- Obiecuję.







11.05.2013-04.04.2014r.
1 opowiadanie
27 rozdziałów
255 stron
154 616 słów


Mogłabym tu napisać wiele rzeczy, ale napiszę jedno słowo, które zawiera w sobie wszystko, co chciałabym powiedzieć:


Dziękuję 





niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 26

Życie jest piękne.

A jak nie życie, to przynajmniej słodkie lenistwo po trzech tygodniach pracy. Nawet, jeśli ta praca jest spełnieniem marzeń, to i tak może męczyć. Szczęście nie może zastępować snu dłużej niż dwa dni, uwierzcie mi na słowo.

Na odpoczynek w moim wypadku składa się nie włażenie rano pod prysznic, jedzenie i picie w łóżku niezdrowych rzeczy, leżenie w swoich włochatym onesie w kształcie sowy z laptopem na kolanach i oglądanie seriali. Dzisiaj wybór padł na Modern Family. Już się mogę doczekać kilku następnych dni, w trakcie których będę robić... dokładnie to samo. Nic. Jedno, wielkie nic.

Boże, jakie to wspaniałe uczucie!

- Nie śpisz już? – do mojego pokoju wparowała Justyna i usiadła na brzegu łóżka.

- Nie śpię i nadal z tobą nie rozmawiam – odpowiedziałam, wpatrując się w ekran laptopa. Byłam na nią zła za to, że tak wparowała wczoraj do namiotu w najgorszym z możliwych momentów. Gdyby nie ona, to... Och! Nawet nie mogę o tym myśleć, bo to może zagrażać jej życiu lub zdrowiu, tak samo jak ostrzegają napisy na reklamach Rutinoscorbinu! Nawiasem mówiąc, gdzie mogę kupić w Londynie trochę arszeniku albo cyjanku? Płatne gotówką, oczywiście, bez pozostawiania po sobie żadnych śladów.

- Ile razy mam cię za to przepraszać? – wywróciła ostentacyjnie oczami. – Poza tym, chyba wczoraj już wystarczająco mnie ukarałaś.

- Niby jak? – zdziwiłam się i spojrzałam na Justynę, która pomimo mojego „focha” wyglądała na dziwnie zadowoloną z życia.

- Swoim rzępoleniem na gitarze do trzeciej w nocy.

- To nie było rzępolenie, tylko komponowanie piosenki, którą napisałam po powrocie do domu. – Warknęłam.

- Widzę, że Horan działa na ciebie inspirująco. – Zaśmiała się. – To powiedz mi w końcu, w czym wam właściwie przerwałam. Chociaż nie, to wiem. Powiedz, co się działo wcześniej.

- Tańczyliśmy – odpowiedziałam zdawkowo.

No jak ja mam jej wybaczyć to, że gdyby nie ona, to pewnie Niall by mnie pocałował? POCAŁOWAŁ. PO-CA-ŁO-WAŁ. NIALL. MNIE. NO CHOLERA JASNA!

- Bez muzyki? – zdziwiła się.

- Tak, bez muzyki. – Westchnęłam. – Niall śpiewał. „Change My Mind”.

- O Boże, jakie to romantyczne. – Justyna zrobiła zniesmaczoną minę. – Czyli co, wasz los już chyba jest przesądzony?

- Nie wiem, wszystko zależy od Nialla. – Wzruszyłam ramionami, pakując do buzi kolejną kostkę gorzkiej czekolady, czyli jedynej, która jest dozwolona w mojej poszpitalnej diecie. – Tak zostałam wychowana, żeby nie latać za facetami. Jak zadzwoni, czy coś, to super. A jak nie...

- To będziesz sama do końca życia. Rozumiem. – Dokończyła za mnie. – Sorry, wymcknęło mi się. – Dodała, gdy zobaczyła moje mordercze spojrzenie. – Nie zapytasz, jak mi minął wieczór?

- Jak widzisz... – Westchnęłam, wracając do oglądania serialu.

- Skoro cię nie interesuje, jak Harry za namiotem przycisnął mnie do ściany tego urzędu i mnie pocałował, to nie... – Zrobiła obojętną minę i wstała z łóżka.

- Co zrobił? – zdziwiłam się. To znaczy wiedziałam, że coś kombinuje, ale że aż tak?

- Wiedziałam, że będziesz chciała o tym usłyszeć. – Zrobiła triumfalną minę i usiadła ponownie na łóżku. – A więc...

- No? – pogoniłam ją, gdy ta „dramatyczna pauza” coraz bardziej się przedłużała.

- No... – Szeroko się uśmiechnęła. – Po pierwszym tańcu Zayna i Perrie wziął mnie na spacer. I daleko nie zaszliśmy, bo za pierwszym zakrętem, gdzie nikogo nie było, przycisnął mnie do ściany.

- I co? – Harry lubi grać ostro? W takim razie to może być odpowiedni facet dla Justyny. Będą mieli naprawdę ciekawy związek.

- I powiedział, że nie chce mu się już bawić w te gierki, bo oboje wiemy, jak to się skończy. – Miałam wrażenie, że zaraz zaczęłaby merdać ogonkiem, gdyby tylko go miała. – Wtedy ja się go zapytałam, że niby jak, a on wtedy mnie pocałował. Gdy skończył, powiedział, że właśnie tak.

- Wow. Gorąco. – Skomentowałam w bardzo elokwentny sposób. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że tak to będzie wyglądać. Ale muszę przyznać, że podoba mi się taka wersja wydarzeń. Ciekawe, czy Niall też potrafi się tak ostro bawić...

- Pewnie, że gorąco. Gdyby mnie wtedy nie obejmował, to prawdopodobnie z wrażenia bym się wywaliła. – Zrobiła krótką pauzę i spojrzała na mnie tak, jakby zaraz miała mi wyjawić jakąś ogromną tajemnicę. – Jakbyś się nie domyśliła, to potem dalej się całowaliśmy – powiedziała.

- Chociaż dobrze całuje? – zaśmiałam sie, gdy udzieliła mi się jej radość.

- Najlepiej! – krzyknęła podekscytowana w momencie, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

- Jak tak cię teraz nosi z tego szczęścia, to idź się na coś przydać i drzwi otwórz – powiedziałam i wtuliłam się w swoje onesie, zakładając kaptur i włączając „play”. Obowiązki wzywają, serial w końcu sam się nie obejrzy.

Po chwili, oprócz głosów z głośników laptopa, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, jakąś cichą rozmowę, a potem charakterystyczny dźwięk, jaki powstaje przy chodzeniu osoby o kulach.

O kurde. To chyba nie...

- Cześć, Kate. – W progu mojego pokoju stanął nie kto inny jak Niall.

Cholera jasna. Gorzej to już chyba nie mogłam wyglądać. Mój strój, brak prysznica i resztki wczorajszego makijażu.

Kill me now.







- Nie uciekasz..? – zapytała po chwili ciszy, podejrzliwie mi się przyglądając.

- Dlaczego miałbym uciekać? – zdziwiłem się, opierając swobodnie o próg. Szczerze mówiąc, nie mogłem się napatrzeć na Kate. Taka nieogarnięta wyglądała wyjątkowo uroczo. – Ty wczoraj nie uciekłaś...

- Jak to dlaczego? – zapytała. – Nie dość, że jesteś kaleką, to jeszcze w dodatku ślepą kaleką? Nie widzisz jak wyglądam?

- Widzę. Ale nadal nie rozumiem, dlaczego miałbym uciekać. – Wzruszyłem ramionami z uśmiechem.

- Bo wyglądam jak pół dupy zza krzaka?

- Wyraźnie siebie nie doceniasz. – Zaśmiałem się, nie odrywając od niej wzroku chociażby na sekundę.

- A co cię do mnie sprowadza? – zapytała z delikatnie zarumienionymi policzkami. Jeśli tak na nią działam, to jest to chyba dobry znak.

- Porwanie. – Westchnąłem. – Ale pewnie zabiłabyś mnie, gdybym pozwolił ci pójść tak ubranej tam, gdzie planuję cię właśnie porwać.

- Tradycyjne porwanie chyba wygląda trochę mniej grzecznie... – Zmierzyła mnie wzrokiem, jakby chciała zobaczyć, czy nie mam przypadkiem gdzieś schowanej szraej taśmy albo sznura, którym mógłbym ją związać. Innym razem, Katie, innym razem...

- I dlatego, gdy tylko wsiądziemy do samochodu, zawiążę ci oczy.

- Chyba nie jesteś poważny, jeśli myślisz, że wsiądę z tobą do samochodu. – Zrobiła minę, jakby właśnie rozmawiała z kosmitą. – I za to, że w ogóle nim jeździsz, powinni ci odebrać prawo jazdy.

- Przecież ja nie prowadzę! – broniłem się. – Mój ochroniarz nas zawiezie.

- Chyba zaczynam się bać... – Powiedziała, patrząc na mnie niepewnie i wstając z łóżka.

- Słusznie. A teraz leć robić z sobą to, co robią wszystkie dziewczyny, a o czym ja nie mam pojęcia.

- Daj mi pół godziny. – Wygrzebała z szafy kilka rzeczy i pobiegła do łazienki. – Możesz się pobawić moim laptopem! – krzyknęła jeszcze z łazienki. – Ale zero włażenia na Twittera i inne Facebooki! – Mogła mówić co chce, ale ja już mam plan.

Ona mi wstawiła już karniaka w Tokio, a ja do tej pory nie miałem okazji się zemścić.

Usiadłem na łóżku i wziąłem laptopa na kolana.

O, ogląda Modern Family! Boże, kocham ten serial!

Ale najpierw praca, potem przyjemności...

Mam nadzieję, że ma Picasę. To jedyny program, który umiem obsłużyć... pomyślałem, przeszukując zawartość laptopa dziewczyny. Gdyby miała system po angielsku, a nie po polsku, z pewnością ułatwiłoby mi to robotę. Ale jest! Okej, teraz trzeba zrobić sobie identyczne zdjęcie, jakie Kate zrobiła sobie na moim laptopie. Kamerka... O, tutaj. I jedziemy. Teraz już z górki, ściągnąć z mojego konta jej zdjęcie i zrobić z nich kolaż... Dobra, czas wejść na Twittera i dodać to z odpowiednim podpisem. „Zemsta smakuje lepiej, niż to sobie wyobrażałem... A, żeby nie było: karniak za niewylogowanie się!”. Hmmm... Brzmi całkiem nieźle.

To teraz mogę w spokoju obejrzeć odcinek serialu.

- Niall, moja krew! – usłyszałem po chwili krzyk Justine z innej części mieszkania. Szeroko się uśmiechnąłem, słysząc jej słowa. Najwyżej, jeśli Kate będzie chciała mnie zabić, to jej współlokatorka mnie obroni.

- Naprawdę? – po kilkunastu minutach Kate opuściła łazienkę i wparowała do pokoju, machając telefonem. – Naprawdę?! Przecież mówiłam, że...

- Zemsta! – stanąłem we własnej obronie. – Za to zdjęcie w Tokio! – powiedziałem, a Kate chwilę się zastanowiła.

- O Boże, rzeczywiście! – pacnęła się w czoło. – Już dawno o tym zapomniałam.

- A ja nie. – Zrobiłem triumfalną minę.

- Okej, niech ci będzie. Ale nie wiem, jak teraz ogarnę swoje mentions.

- Nie ogarniesz, powoli się do tego przyzwyczajaj. – Puściłem jej oczko.

- Dobra, nieważne. Jeszcze tylko wyprostuję włosy, zrobię makijaż i możemy iść. – Zaczęła krzątać się po pokoju. Najpierw włączyła prostownicę, żeby się nagrzała, a w tym czasie zaczęła się malować. Nie wiem, czy to się zalicza jako coś dziwnego, ale obserwowanie jej sprawiało mi ogromną przyjemność. Ubrała się w szarą sukienką przed kolana z nadrukowanymi czarnymi kwiatami, a nogi zakrywały czarne rajstopy. Makijaż zrobiła delikatny, jedynie podkreślając bardziej oczy czarną kredką. Następnie szybko wyprostowała włosy, które potem związała w gładką, długą kitkę.

Wyglądała ślicznie.

- Jestem gotowa. – Obróciła się w moją stronę i przyłapała mnie na wpatrywaniu się w nią. Ups. – Spakuję tylko kilka rzeczy do torby i możemy iść.

- Okej, pójdę ubrać buty. – Tym razem chyba przyszła moja kolej na rumienienie się. Wczoraj prawie nazwałem ją panią Horan, a dzisiaj nie mogę oderwać od niej wzroku. Źle się ze mną dzieje, oj źle...

- Już jestem! – usłyszałem za swoimi plecami w momencie, gdy skończyłem wiązać jednego buta. Na drugiej stopie cały czas ciążył gips, zapakowany w kilka warstw skarpet.

Mam nadzieję, że zdejmą mi go w przyszłym tygodniu, jak to obiecywali na poprzedniej wizycie kontrolnej. Od wypadku minął prawie miesiąc i naprawdę czuję się już dobrze. Czasami, przy gwałtowniejszych ruchach boli mnie miejsce, gdzie byłem cięty, ale poza tym naprawdę jest już dobrze. A ta kula u nogi, dosłownie, bardzo utrudnia życie.

- Nie ma na co czekać, idziemy. – Zakomunikowałem i otworzyłem drzwi. Po przekroczeniu progu podparłem się jedną kulą i zacząłem schodzić na dół.

- Pomóc ci jakoś? – zapytała Kate, zamykając drzwi i idąc za mną schodami.

- Nie, nie trzeba... – Powiedziałem, a po chwili mentalnie sam sobie dałem kopniaka w dupę. Przecież jej pomoc mogłaby oznaczać, że mnie obejmie! Idiota!

- Jesteś pewien? – spojrzała na mnie spod ukosa, idąc obok mnie.

- Może jednak, jeśli chcesz... – Mruknąłem, a dziewczyna od razu objęła mnie w boku, przenosząc na siebie sporą część ciężaru mojego ciała. Boże, dziękuję ci. Nie wiem, dlaczego jesteś dla mnie taki dobry, ale dziękuję. Kula po lewej stronie, a po drugiej Kate. Może jednak ten gips nie jest tak zupełnie bezużyteczny?

- Dobrze, że mieszkam na pierwszym piętrze. – Zaśmiała się. – Przynajmniej za bardzo się nie zmęczysz.

- Dzięki za pomoc. – Posłałem jej uśmiech, stawiając stopę już na chodniku.

- Cała przyjemność po mojej stronie. – Czy ona właśnie puściła mi oczko, czy mam halucynacje? – To twój samochód? – wskazała palcem na czarnego Range Rovera, w którym siedział Paddy, jeden z naszych ochroniarzy.

- Tak, to ten. – Potwierdziłem. – Wsiadaj na tylne siedzenie, zaraz się do ciebie doczołgam. – Kate ruszyła przodem, a ja po chwili do niej dołączyłem. Czarna opaska na oczy leżała dokładnie tam, gdzie ją zostawiłem.

- Paddy, to jest Kate. Kate, to jest Paddy, jeden z naszych wspaniałych ochroniarzy. – Przedstawiłem sobie dwójkę, a ci podali sobie dłonie.

- Miło mi w końcu poznać TĄ Kate. – Uśmiechnął się mężczyzna, a ja słysząc to „tą Kate”, prawie zapadłem się pod ziemię.

- Paddy, chyba musimy jechać! Nie wypada, żeby długo na nas czekali – powiedziałem, starając się uniknąć zdziwionego spojrzenia dziewczyny.

- Tą Kate..? – zapytała z szerokim uśmiechem.

- Widzisz, jaka już jesteś rozpoznawalna. Kilka odcinków w X Factorze wystarczyło. – Wzruszyłem ramionami i wziąłem do rąk opaskę. – A teraz się grzecznie odwróć i daj sobie zawiązać oczy. – Przykro będzie przez najbliższe kilkanaście minut, jeśli nie będzie korków, patrzeć zamiast w jej niebieskie oczy, to na czarny pasek.

Gdy tylko ruszyliśmy, samochód był wypełniany tylko przez głosy z radia. Denerwowałem się przed tym, co niedługo się stanie. Mam nadzieję, że Kate się niespodzianka spodoba. Chociaż jak Simon się zgodził, to ona też powinna. W końcu jemu sprzedać jakiś pomysł, to zawsze jest nie lada wyczyn.

Kiedy mijaliśmy szpital onkologiczny, przypomniało mi się to krótkie opowiadanie, które Justine dodała jakiś czas temu na bloga. Które pisała Kate. O mnie. Było niesamowite. Ciężko było mi uwierzyć, że dziewczyna była w stanie napisać coś tak wspaniałego i smutnego równocześnie. Czytając to z wiedzą, kto to pisał, nie mogłem powstrzymać kilku łez. Miałem ochotę wtedy do niej pobiec i mocno ja do siebie przytulić, tylko niestety byłem jeszcze w szpitalu.

- Kate? – zapytałem. – Mogę cię o coś zapytać?

- Pewnie, że możesz. – Odwróciła głowę w moją stronę z delikatnym uśmiechem.

- Co czułaś, pisząc tego shota, które wrzuciła Justine na bloga? Co cię w ogóle do tego skłoniło? – o dziwo, słysząc to pytanie, Kate zaczęła się śmiać. I to mocno.

- Pytasz konkretnie o tego shota, którego dodała Justine? – upewniła się, a ja od razu potwierdziłem. – Co miałam na myśli... Miałam na myśli, że chcę się podzielić swoją starą twórczością z innym, że tak to nazwę, fandomem.

- Co..? Chyba nie do końca rozumiem.

- Ta wersja opowiadania nie jest oryginalna. Ja teraz po prostu zmieniłam imię i kilka cech na ciebie z poprzedniego bohatera. Ogólnie napisałam to cztery czy pięć lat temu, jak żaden z was nawet nie myślał jeszcze o castingu do X Factora. No, może z wyjątkiem Liama. – Muszę przyznać, że ta informacja trochę popsuła mi humor. To nie o mnie była ta historia? Kate czuła to wszystko, a raczej potrafiła sobie wyobrazić, że to czuje, do kogoś innego? Daj spokój. Ma dwadzieścia lat. Chyba nie myślałeś, że przed tobą nikt jej się nie podobał?, zacząłem się wyśmiewać z siebie w myślach.

- Naprawdę? To o kim była pierwsza wersja? – kim jest moja konkurencja..? Była, ale jednak konkurencja.

- Nie pamiętam, szczerze mówiąc. Albo o Dannym, albo o Dougiem. Z McFly, oczywiście. – Westchnęła z sentymentem. – Powstało o nich jeszcze kilka innych rzeczy. W sumie to chyba przy nich nauczyłam się jako tako pisać.

- A pisałaś coś o mnie? O One Direction? – nie mogłem się powstrzymać przed zadaniem tego pytania.

- Ba, nawet konkurs tobą wygrałam! – szeroko się uśmiechnęła. – W sumie trochę brakuje mi pisania. Ostatnio w ogóle nie mam na to czasu.

- A mógłbym kiedyś to przeczytać? To o nas?

- Nigdy ci tego nie pokażę, nie ma opcji. – Od razu cała się spięła, jakbym powiedział coś złego.  – To jest zbyt osobiste. Zawsze wkładam dużo siebie w pisanie, bardzo dużo swoich przemyśleń, swoich uczuć. Również dotyczących różnych osób. Czasami zdarzało mi się traktować niektóre opowiadania jak pamiętniki, z trochę bardziej wymarzonego życia. Pokazując ci to, czułabym się chyba zbyt... obnażona.

- Och. Okej, rozumiem. – Nie wiedziałem, co powiedzieć. – Ale... Mam jednak nadzieję, że kiedyś nie będziesz wstydziła się pokazać mi tego, co napisałaś. – Dziewczyna w odpowiedzi jedynie się lekko uśmiechnęła i wróciła do poprzedniej pozycji, siadając prosto.

- Kate, nie uwierzysz, jak ci coś powiem... – Niezręczną ciszę przerwał Paddy i w tym momencie rozpoczął się horror mojego życia. Ochroniarz zaczął opowiadać Kate historie z poprzednich trzech lat, które totalnie mnie upokarzały. Wszystkie głupoty, które kiedykolwiek zrobiłem sam lub z chłopakami w obu trasach, Kate już znała. I mam wrażenie, że będzie się ze mnie śmiać do końca życia, tak jak śmieje się teraz.

- Boże, mam nadzieję, że łzy nie rozmazały mi makijażu pod tą opaską! – dziewczyna ledwo łapała oddech w przerwach między atakami śmiechu. – Inaczej będę wyglądać jak z horroru.

- Na szczęście więcej łez od śmiechu ci na razie nie grozi, bo z tego co widzę, to dojeżdżamy na miejsce.

- A miałbym jeszcze kilka historii w zanadrzu. – Zaśmiał się mężczyzna, parkując pod drewnianą bramą wjazdową na osiedle. – Kiedy mam po was przyjechać?

- Zadzwonię – odpowiedziałem, wysiadając i zabierają swoje kule. Kate powoli otworzyła drzwi, i dzierżąc w ręku torbę, wyszła na oślep z auta. – Czekaj, już idę. – Zatrzymałem ją, kuśtykając w jej stronę.

- Pięknie, kaleka będzie prowadził ślepą... – Zaśmiała się. – Jeśli jedno z nas zaraz znowu nie trafi do szpitala, to będzie cud.

- Spokojnie, nie ma po drodze żadnych schodów, z których mogłabyś spaść. Trzymaj się mnie, to nic ci się nie stanie. – Najlepiej już zawsze.

- Okej, najwyżej będzie na ciebie. – Blondynka złapała się mojego rękawa i moim tempem szła w stronę jednego ceglanego domu, przyozdobionego już na święta. W sumie znając ich, pewnie mają już te ozdoby od połowy października.

Minęliśmy żywopłot, dwa ozdobione lampkami drzewka i, zgodnie z umową, otworzyłem drzwi do domu bez uprzedniego pukania – Kate nie może spotkać żadnego z gości czy domowników przed czasem, a nie mogę ryzykować, że pozna kogoś już po głosie.

- Uwaga, próg. – Ostrzegłem dziewczynę, która powoli, wyczuwając stopą schodek, weszła za mną do środka. – Sama zdejmiesz buty? – zapytałem i kątem oka zauważyłem, jak z salonu machają mi i gestykulują, że dziewczyna wcale nie musi ściągać butów.

- Jasne. – Nawet nie zauważyłem, kiedy pozbyła się brązowych kozaków. Nie czekając ani chwili dłużej, złapałem ją za rękę i pociągnąłem w stronę salonu, gdzie wszyscy już w ciszy na nas czekali.

Jasny pokój oświetlały lampki świąteczne i choinka stojąca w rogu, sprawiając, że ta chwila miała jeszcze bardziej magiczny klimat, niż wcześniej to sobie wyobrażałem.

Stanąłem zestresowany chyba jeszcze bardziej niż Kate, która mocno ściskała moją rękę, nie wiedząc, czego się spodziewać.

Lekko skinąłem głową w stronę czterech facetów, którzy kilka lat temu skradli serce tej blondynce obok mnie, a teraz siedzą na kanapie na przeciwko nas. Kanapę obok zajmowały trzy piękne kobiety, które zdążyły skraść im serca przed Kate, co na pewno było powodem jej rozpaczy w pewnym czasie.

Gdy zauważyli mój gest, jeden z nich cicho szepnął Raz, dwa, trzy, cztery i zaczęli uderzać w struny, wydobywając z dwóch gitar znaną wszystkim tu obecnym melodię.

Jak tylko Kate usłyszała kilka pierwszych dźwięków, poczułem, jak mocniej ściska moją rękę. W sumie to miażdży. Spojrzałem na nią i zobaczyłem, jak lekko opadła jej dolna szczęka, ukazując częściowo jej zęby. Gdy usłyszała pierwszy głos, zakryła ręką usta z wrażenia, a po chwili po jednym policzku spod opaski popłynęła jej jedna łza.

- Hej, nie płacz. – Zaśmiałem się, puszczając jej rękę i obejmując ją w boku.

- Błagam, powiedz, że to nie jest na żywo... – Szepnęła w moją stronę, ale zostawiłem jej prośbę bez odpowiedzi. – Niall? – zapytała, ale teraz jej głos zamienił się w cichy szloch. – Oni... Tu są? – zapytała, kierując swój wzrok przed siebie, gdzie siódemka osób obserwowała ją z uśmiechem, dwójka wokalistów właśnie skończyła refren, a gospodarz domu zabrał się za drugą zwrotkę. - Nie wierzę... – Szepnęła, wtulając się w moje ramię. Przez koszulkę poczułem, że opaska na oczach dziewczyny jest już kompletnie przemoczona od łez. – Nie wierzę... – Powtórzyła jeszcze raz, ale tym razem już się cicho śmiejąc. Na szczęście pod koniec piosenki śpiewała już razem z chłopakami, ale na tyle cicho, że tylko ja mogłem to usłyszeć.

W końcu nadszedł ten moment, w którym dźwięki gitary ucichły, a razem z nimi wszelkie dźwięki w pokoju.

- Zdejmę ci opaskę – powiedziałem i wyswobodziłem się z objęć dziewczyny, co akurat średnio mi się podobało. Stanąłem za nią i delikatnie, aby przypadkiem nie pociągnąć ją za włosy, rozwiązałem opaskę, którą potem schowałem do kieszeni w spodniach.

Wszyscy zaczęli się śmiać, ale nie miałem pojęcia, dlaczego. Wróciłem na swoje poprzednie miejsce i wszystko stało się jasne: Kate mocno zaciskała oczy, jakby miała jakiś światłowstręt.

- Kate, możesz otworzyć już oczy – powiedziałem, śmiejąc się razem z resztą.

- Boję się – odpowiedziała z uśmiechem. – Bo zaraz się okaże, że to tylko sen i znowu będę łaziła po Londynie i wypatrywać ich w tłumie, albo stalkowała jak niewyżyte nastolatki.

- Chętnie cię uszczypię, ale nie tak przy wszystkich...  – Szepnąłem jej do ucha, zanim zdążyłem się ugryźć w język. Może, gdybym wypowiedział to innym głosem, innym tonem, to nie zabrzmiałoby to tak, jak właśnie zabrzmiało. Zboczuszek.

Ale tyle właśnie wystarczyło, żeby Kate otworzyła oczy i spojrzała na mnie zaskoczona. Cóż, grunt, że zadziałało...

- Mam nadzieję, że nasz widok nie burzy twoich wyobrażeń na nasz temat... – Powiedział Tom, ściągając na siebie uwagę dziewczyny.

- To naprawdę wy. – Kate zaczęła się wachlować dłonią. – Boże, nie mogę w to uwierzyć... – Szepnęła.

- Może lepiej usiądziemy. – Lekko pchnąłem dziewczynę w stronę wolnej sofy, na przeciwko Gi, Izzy i Georgii.

- Nie, nie, nie! – zbuntował się Danny, wstając i odkładając gitarę. – Najpierw się musimy przywitać porządnie z naszą fanką. – Podszedł do nas i wyciągnął ramiona w stronę blondynki, która właśnie zrobiła jeszcze bardziej zdziwioną minę, niż miała dotychczas. Ale mimo swojego zdziwienia mocno się wtuliła w śmiejącego się bruneta.

- Gdybyś wiedział, jakie fanfiki z tobą pisałam, to teraz tak swobodnie byś mnie nie przytulał... – Powiedziała cicho, ale jednak wszyscy to usłyszeli i zaczęli się śmiać. – Ale jak byłeś wolny, bo jakoś nie umiem myśleć „w ten” sposób o zajętych facetach. – Dodała od razu, patrząc w stronę Georgii, która śmiała się razem z resztą.

- Ale ja jestem wolny! – teraz do przytulania Kate wyrwał się Dougie. Muszę przyznać, że wcale nie było to takie miłe patrzeć, jak inni faceci przytulają dziewczynę, co do której mam całkiem poważne plany. Zazdrosny zboczuszek?

- Jaki tam wolny. To, że trochę sobie pozaprzeczacie z Ellie plotkom na wasz temat nie znaczy, że nikt w to nie uwierzy... – Odpowiedziała mu, odwzajemniając uścisk.

- Z kobiecą intuicją nie wygrasz. – Westchnął Tom, następny w kolejce. – Cześć, Kate. Miło mi cię poznać – powiedział, przytulając delikatnie blondynkę.

- Pan Idealny. – Westchnęła. – Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. – Powiedziała raz jeszcze, ściskając ostatniego już w kolejce Harry’ego.

I teraz spojrzała chyba pierwszy raz na kanapę pod ścianą zajmowaną przez trzy śliczne kobiety.

- Was też uwielbiam tak samo jak ich, mogę..? – zapytała nieśmiało, a panie Fletcher, Judd i przyszła pani Jones wstały i z uśmiechem przytuliły Kate. – Teraz mogę już spokojnie umrzeć, jestem człowiekiem spełnionym – powiedziała, siadając w końcu obok mnie.

- Lepiej nie, bo Niall będzie miał wyrzuty sumienia, że tak szybko zaaranżował to spotkanie. – Zaśmiał się Danny, zamieniając się miejscami z Giovanną, dzięki czemu siedział obok swojej narzeczonej, a państwo Fletcher siedzieli razem.

- Ja też chcę być obok swojej kobiety! – zbuntował się Harry i po chwili Izzy siedziała mu na kolanach. – Od razu lepiej.

- Właśnie, Niall. – Kate zwróciła się do mnie i nareszcie przyszła moja kolej na przytulanie. – Dziękuję. – Szepnęła mi do ucha.

- I jak Kate, nasz widok cię nie zawiódł? Albo nasze wycie na żywo? – zapytał Tom, odrywając uwagę Kate ode mnie. No dzięki, Tom. Serio, dzięki.

- Wręcz przeciwnie. – Szeroko się uśmiechnęła. – Jest dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam. Kocham tę piosenkę i każde jej wykonane, co chyba zauważył Niall na naszych warsztatach w Tokio i wam przekazał. I uwielbiam wasze McFamily odkąd tylko pamiętam.

- Nas to rozumiem, ale je..? – skrzywił się Doug, drocząc się z partnerkami swoich przyjaciół, przez co po kilku sekundach oberwał poduszką.

- Właśnie według wszelkiej logiki, to je powinnam bardziej lubić! – odpowiedziała Kate, zaskakując wszystkich swoją wypowiedzią. – Z wami jakoś się skomunikować to jest odpowiednik cudu. A Gi w maju zrobiła RT jednego mojego tweeta, a jak Giorgia miała jeszcze kiedyś publicznie dostępne konto na Facebooku, to podziękowała mi, że stanęłam w jej obronie, gdy jakieś hiszpańskojęzyczne dziewczyny z zazdrości o Danny’ego ją krytykowały. – Dodała, tłumacząc się. – Nawet moje znajome zrobiły sobie z nimi zdjęcia, po koncercie w Royal Albert Hall.

- Pamiętam je! – Gi aż podskoczyła na sofie. – Kilka Polek, prawda? Były przemiłe... Ale ze mnie za gospodyni! – brunetka się skrzywiła, przypominając sobie o czymś. – Kate, czego się napijesz?

- Herbaty, jeśli mogę prosić – odpowiedziała grzecznościowo, ale z każdą minutą czuła się już chyba coraz bardziej swobodnie. – Pomóc ci może? – od razu się zaoferowała. Kate potrafi być tak bardzo miłą osobą, jeśli akurat nie jest wredna!

- Nie... – Zaśmiała się brunetka, wstając z ręką na już dobrze widocznym brzuchu. Termin już za trzy miesiące, nie mogę się doczekać, aż poznam piątego członka McFly! – Chyba, że zrobię herbatę już dla wszystkich, to wtedy byś mi się przydała.

- W takim razie idę – powiedziała Bitner, wstając i zostawiając mnie z resztą gości, idąc z Giovanną do kuchni.







- Katie, rozluźnij się, przecież nikt cię tu nie zje! – zaczęła się śmiać Gi, włączając czajnik zapełniony wodą. – W tamtej szafce są kubki, wyjmij dziewięć, damy świeże. – Wskazała mi palcem szafkę nad moją głową, a ja od razu do niej sięgnęłam.

- Po prostu odkąd wystartowałam w X Factorze, moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i ciężko mi jest się do niego tak całkowicie przyzwyczaić... – Westchnęłam, patrząc na Giovannę, która w ciąży wyglądała jeszcze lepiej niż kiedykolwiek na jakimkolwiek zdjęciu. – Mogę chyba powiedzieć, że średnio kilka razy w tygodniu spełnia się jakieś moje marzenie. – Zaśmiałam się, pocierając niezręcznie czoło. – A teraz jeszcze wy.

- Oj, chyba nie jesteśmy aż tak straszni. – Podeszła do mnie pudełkiem, z którego następnie wyjęła odpowiednią ilość woreczków z herbatą.

- Oczywiście, że nie! – od razu zaprzeczyłam. – Po prostu totalnie nie wiem, jak mam się zachować. Co myśleć. Wiesz... – Starałam się ubrać w słowa to, co kłębiło się teraz w mojej głowie. – Uwielbiam was wszystkich, całe McFamily już od ponad czterech lat, nieustannie. Wiem, że do niektórych fanek mi daleko, ale i tak, takie nagłe spotkanie was, wszystkich na raz... To coś niesamowitego. Najlepsze jest to, że jestem z waszym życiem „na bieżąco” przez Twittera, Instagrama, czytałam Unsaid Things. A teraz stoję z tobą w kuchni, którą jeszcze kilka dni temu oglądałam na zdjęciach, marząc, jak by to było spotkać was na żywo.

- Tylko uważaj, bo nadmiar szczęścia też może nieźle człowiekowi w głowie namieszać...

- Wiem, wiem. I dlatego staram się to jakoś sobie układać, ale nie jest lekko. – Zrobiłam krótką pauzę, przypominając sobie mnie w Londynie kilka lat temu, na zwykłej wycieczce szkolnej. – Pamiętam, jak byłam w Londynie trochę ponad dwa lata temu. Wszędzie chodziłam z zeszytem i przynajmniej jedną płytą McFly, na wypadek, gdybym kogoś z nich spotkała i mogła wziąć od nich autograf. A zaraz będę sobie z nimi sączyć herbatę!

- Widzisz, jak życie może się ułożyć. – Wzruszyła ramionami. – Jeśli to cię pocieszy, to mi też nie było  łatwo przyzwyczaić się do tego życia, mimo że jestem „tylko” osobą poboczną.

- Wcale nie! Dla mnie masz tę samą rangę jak Tom! – od razu się zbuntowałam. – Byłam zachwycona Billy And Me tak samo jak muzyką chłopaków. I wprost nie mogę się doczekać drugiej książki!

- Och, jesteś tak bardzo miła! – Gi mnie krótko objęła, widocznie z nagłego napadu czułości. Hormony w czasie ciąży i tak dalej... – A z tą książką może da się coś zrobić, w marcu powinnam dostać pierwsze kopie.

- O Boże, jeśli tylko byś mogła...

- Pff! Ja wszystko mogę, jestem w ciąży! – powiedziała z udawanym dramatyzmem, rozśmieszając mnie. – No, jak już możesz się swobodnie przy mnie śmiać, to chyba pierwsze lody już są przełamane? – zapytała, zalewając kubki z woreczkami herbaty gorącą wodą.

- Chyba tak... – Uśmiechnęłam się szeroko i wzięłam głęboki oddech. Może uda mi się już zachowywać całkowicie normalnie?

Na dużej tacy postawiłam wszystkie kubki i ostrożnie ją uniosłam.

- Lepiej już chodźmy, bo nam uschną wszyscy z pragnienia. – Puściła mi oczko i ruszyła przodem. Poszłam za nią bardzo powoli, starając się za bardzo nie ruszać tacą, aby nie rozlać tego wrzątku ani na siebie, ani na kafelki po drodze.

- No, kelnerką to ty byś raczej nie była... – Zaczęli się śmiać chłopacy, widząc jak ślamazarnie idzie mi bawienie się w kelnerzenie.

- Trzeba było, Kochanie, samemu ruszyć tyłek i przynieść dziewięć kubków. – Zbeształa swojego narzeczonego Horsley.

- Dziękuję! – uśmiechnęłam się, dziękując Georgii.

- Stary, nie wygrasz z solidarnością jajników. – Harry poklepał kumpla pocieszająco po plecach.

- Dopiero teraz się o tym przekonujecie? – zapytałam, powoli się rozluźniając. Cholera! Marzyłam o takiej chwili i mam zamiar się nią cieszyć, a nie siedzieć jak szara myszka w kącie! Koniec tego przeżywania, jestem z ludźmi, których chciałam poznać już od tak dawna, trzeba zacząć z tego korzystać!

Usiadłam na swoje miejsce obok Nialla, który natychmiast przysunął się w moją stronę tak, że nasze całe boki – nogi, tułów, ramiona – się stykały. Chyba nie muszę mówić, że bardzo podoba mi się jego ta potrzeba bliskości. Wzięłam jeden kubek ze stołu, który akurat, jak kilka pozostałych, był z postacią z Disneya – mi się trafiła ich największa gwiazda, Myszka Miki. Przy okazji wzięłam stojący obok, z Minnie, i podałam go Niallowi.

- Powinniście mieć kubki na odwrót! -  od razu zauważył Tom, ciesząc się jak dziecko. – Już, zamieniać się! – wręcz rozkazał, wyciągając telefon. Nie wiedząc jeszcze, o co mu chodzi, posłusznie zamieniłam się z kubkami z równie zdezorientowanym Niallem. – Uśmiech! – krzyknął, a ja od razu uśmiechnęłam się z wytrenowany na rodzinnych zdjęciach uśmiechem, opierając głowę o ramię Horana. – Piękne! Kate i Niall z kubkami najsłynniejszej mysiej pary u Disney’a. – Zaczął coś wpisywać w swojego iPhone’a. O kurde, jak dziewczyny zobaczą mnie na Instagramie Toma, to pospadają z krzeseł.

- Może to wróżba na przyszłość? – zapytał Doug z tym swoim uroczym uśmiechem, który sprawiał, że wyglądał na nastolatka, mimo że już dawno ma za sobą ten etap w życiu.

Mechanicznie cała się zarumieniłam. Kojarzycie ten moment, kiedy wszyscy już wiedzą, że coś poważnego się święci, ale jeszcze w sumie nie było tak naprawdę niczego, co miałoby to potwierdzić? No, to jest właśnie ten moment. A teraz dodatkowo zaległa niezręczna cisza. No pięknie.

- Kate, to nie jest jeszcze koniec niespodzianek. – W końcu tę ciszę przerwał nie kto inny jak Niall.

- No chyba powariowaliście! – zaczęłam się nerwowo śmiać. – Czy wy chcecie, abym zeszła na zawał w wieku dwudziestu lat?

- Nie, ale może podniesiemy twój poziom szczęścia. – Pałeczkę przejął Tom.

- Uwierz mi, to już nie jest możliwe. Jak będę jeszcze bardziej szczęśliwa, to zwyczajnie będzie to nieprzyzwoite w stosunku do innych ludzi.

- Cóż, jednak już na to jest za późno i będziesz sama musiała zdecydować, czy chcesz się na coś zgodzić lub też nie.

- Jeśli ma to coś wspólnego z kimkolwiek z was, to zgadzam się w ciemno. – Uśmiechnęłam się szeroko, będąc całkowicie szczera.

- Na pewno? – Danny zdziwił się moją natychmiastową decyzją.

- Tak, raz się żyje. – Wzruszyłam ramionami. Może właśnie mój poziom szczęścia przekroczył normowe granice i zaczynam wariować?

- W takim razie właśnie zgodziłaś się, żebyśmy wyprodukowali dwie piosenki na twoją płytę – oznajmił Tom z szerokim uśmiechem.

- Zajęlibyście się w końcu swoim albumem, a nie tylko... Czekaj. – Nagle doszło do mnie to, co powiedział Fletcher. – Czy ty właśnie powiedziałeś, że chcecie wyprodukować dwie piosenki na moją płytę?

- Napisać, skomponować i nagrać. Tak. – Potwierdził Jones, obserwując moją reakcję.

- Simon już o wszystkim wie, czekamy tylko na twoją zgodę – powiedział Niall, patrząc na mnie niepewnie.

- To twoja sprawka? – uśmiechnęłam się do niego czule, a on pokiwał głową, odpowiadając na moje pytanie.

- My już z nimi współpracowaliśmy kilka razy i było super. Pomyślałem, że ty też byś...

- Dziękuję! – mocno go przytuliłam, starając się nie wylać ani swojej, ani jego herbaty. – Dziękuję za wszystko, Niall – szepnęłam mu do ucha. – Dokładnie wtedy, kiedy wydaje mi się, że moje życie już nie może być ani trochę lepsze, ty sprawiasz, że jednak jest. Dziękuję.

- Ej, ej, ej, koniec tego szeptania w towarzystwie! – krzyknął Harry, rzucając w nas kawałkiem ciastka, przez co od razu się od siebie odsunęliśmy na bardziej bezpieczną odległość.

- Miałabyś jakiś pomysł na piosenki? – zapytał Tom.

- W sumie wczoraj jedną napisałam po powrocie z wesela i wydaje mi się, że nadawałaby się do współpracy z wami... – Powiedziałam, drapiąc się po głowie. Ale za Chiny nie zaśpiewam jej teraz przy Niallu.

- To idę na górę po gitarę i zaraz nam ją zagrasz, zaśpiewasz, co wolisz. – Tom wstał i zanim zdążyłam zaprotestować już go nie było. Cholera.

- Miałaś wczoraj jeszcze siłę coś pisać? – zapytał zdziwiony Niall.

- Cóż... Wena lubi przychodzić w najróżniejszych chwilach, nawet jeśli jest się zmęczonym.

- Święte słowa! – poparł mnie Danny, gdy akurat zaczęła wibrować moja komórka. Tata?

- Przepraszam was na chwilę, rodzice dzwonią. – Przeprosiłam wszystkich i odstawiłam kubek na stolik, a następnie szybko przeszłam do holu, odbierając telefon. – Cześć, tato. Coś się stało?

- To już musi coś się stać, żebym dzwonił do własnej córki? – usłyszałam ucieszony głos swojego taty. Nie widzieliśmy się lekko ponad miesiąc, a już za nimi tęsknię. Na szczęście już za kilka dni Święta i będę mogła spędzić z nimi przynajmniej te kilka dni.

- Jasne, że nie... – Westchnęłam. – To co tam u was?

- Wszystko w porządku. – Mogłam wyczuć nawet na odległość dwóch godzin samolotem, że coś kombinuje. W sumie mój tata nie byłby sobą, gdyby czegoś nie kombinował. – Wybrałem z mamą, Marcinem i Martyną na małą wycieczkę i właśnie jesteśmy w jakimś hotelu. Pomyśleliśmy, że do ciebie zadzwonimy.

- Gdzie was znowu wywiało? – zaśmiałam się, wyobrażając sobie swoją rodzinkę w środku lasu. Bardzo bym się nie zdziwiła, gdyby byli w takim miejscu w rzeczywistości.

- Nie wiem, w sumie. – Westchnął. – Patrzę przez okno i widzę jakieś czarne taksówki, czerwone, piętrowe autobusy i wszyscy jeżdżą tu po lewej stronie, jakiś kompletny absurd. – Chyba zaczęło mi się robić słabo. Oparłam się o ścianę, która okazała się bardzo pomocna w utrzymaniu równowagi. – Masz może pomysł, co to za dziwaczne miejsce?

- Tato... Jeśli sobie nie robisz jaj i naprawdę jesteście w Londynie, to za dziesięć sekund chyba zemdleję.

- Zamiast mdleć, to przyjedź pod Notting Hill Hostel, wyślę ci adres smsem. Pójdziemy na jakiś spacer, obiad.

- Dobra. – Zamknęłam oczy i wzięłam kilka głębszych wdechów. – Postaram się jak najszybciej przyjechać, po drodze sprawdzę, co jest w okolicy i zrobię jakiś plan.

- To co, widzimy się za piętnaście minut? – zapytał, a ja aż prychnęłam.

- Tato, jesteśmy w Londynie, a nie w Szczecinie. – O Boże, oni naprawdę tu są. Bożebożebożebożeboże! – Jesteście gdzieś w centrum?

- Tak mi się wydaje, ale nie wiem, co tu jest centrum, a co nie.

- Jeśli jesteście w centrum, to dajcie mi pół godziny, może nie będzie korków. Dobra, do zobaczenia! – rozłączyłam się i od razu zadzwoniłam po taksówkę. Może to mnie wybawi od śpiewania tej cholernej piosenki? Kurde, zachciało mi się wczoraj tworzyć...

- Jaki tu jest adres? – krzyknęłam w stronę salonu i, gdy otrzymałam już swoją odpowiedź, wykręciłam numer swojej zaufanej korporacji. Dzięki karcie kredytowej, którą podarował mi Cowell, zaczęłam zdecydowanie częściej korzystać z taksówek niż wcześniej. Takiego szefa to ja mogę mieć!

- Czy mi się tylko wydawało, czy właśnie zamówiłaś taksówkę? – zapytał Niall, gdy wróciłam do salonu.

- Moja rodzina jest w Londynie – powiedziałam, ciągle nie mogąc do końca w to uwierzyć. – Postanowili zrobić mi niespodziankę, muszę do nich jechać.

- Widzę, że niespodzianka im się udała. Wyglądasz lepiej niż jak nas zobaczyłaś. – Zaśmiał się Jones.

- Ale nie wykręcisz się z piosenki! – Tom, który już zdążył wrócić, wręczył mi gitarę. – Akurat zanim przyjedzie taksówka, to zdążysz nam zagrać.

Może i to nie był taki zły pomysł? Może ucieczka w muzykę pozwoli mi się uspokoić, co w tym momencie było wręcz niezbędne.

- No, dobra. – Westchnęłam. – Ale ostrzegam, to jest dopiero wersja „na brudno” – powiedziałam i zamykając oczy, zaczęłam grać na gitarze. Dzięki potrzebnemu skupieniu, którego wymagało ode mnie granie i śpiewanie, zapomniałam, dla kogo gram. I, że adresat piosenki siedzi tuż obok...

Oczy odważyłam się otworzyć dopiero, gdy skończyłam już grać całość.

- Napisałaś to wczoraj wieczorem? – zdziwił się Tom. – Naprawdę nieźle jak na kogoś, kto dopiero zaczyna.

- Coś z tego wyjdzie? – zapytałam niepewnie. Kątem oka zauważyłam szeroki uśmiech Nialla, który chyba połączył ze sobą takie fakty jak to, że napisałam to wczoraj po weselu i to, jaki brzmi ten tekst. Wkopałam się?

- Na pewno. Powiesz nam, jaki masz ogólny pomysł na płytę i coś wymyślimy – odpowiedział Danny, przytulając swoją narzeczoną.

Usłyszeliśmy zza okno trąbienie samochodu.

- Chyba na mnie czas. – Wstałam z kanapy i przejechałam po wszystkich wzrokiem. – Niesamowicie miło było was wszystkich poznać. A skoro niedługo spotkamy się w studio, to się nie żegnajmy, bo się jeszcze popłaczę i mój makijaż się rozmaże.

- Odprowadzę cię. – Niall się zaoferował i poszedł za mną do holu.

- Jeszcze raz ci dziękuję. – Szeroko się uśmiechnęłam, zakładając buty, a następnie płaszcz. – Zrobiłeś mi najlepszą z możliwych niespodzianek.

- Naprawdę nie ma za co. – Schował ręce do kieszeni, kołysząc się na piętach.

- Jest. – Westchnęłam i podeszłam do niego. Spojrzał na mnie niepewnie i wykonał jeden krok w moją stronę. Wyglądał tak, jakby nie był do końca pewny, czy może wykonać następny, jakże oczywisty, ruch.

I dokładnie w tym momencie usłyszeliśmy jakiś brzdęk z salonu i od razu głosy karcące osobę, która ten dźwięk spowodowała. I dokładnie w tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy obserwowani. No pewnie, że tak.

- Do zobaczenia wkrótce? – zapytałam z uśmiechem, naprawdę mając na to nadzieję.

- Jasne. – Od razu się zgodził z uśmiechem. – Daj znać jak stoisz z rodziną i może się zgadamy przed świętami. Kiedy masz lot?

- W poniedziałek, pojutrze.

- W takim razie czekam na telefon. – Niall zbliżył się do mnie, nie zważając na siedem par oczu, które aktualnie skupiały na nas swoje spojrzenia, i czule pocałował mnie w policzek.

Taksówkarz wyraźnie był mało cierpliwy, bo znowu zatrąbił.

- Cześć wszystkim! – otworzyłam białe drzwi wejściowe i po chwili uderzył mnie chłód grudniowego powietrza. Teraz czas dowiedzieć się, co ta moja zwariowana rodzina wymyśliła.







Spędzanie czasu z Kate zaliczało się aktualnie do jednej z moich ulubionych czynności. Kiedy w końcu przyzwyczaiła się do mojej osoby i przestała mnie traktować jak chłopaka z pierwszych stron gazet, tylko zwykłego dwudziestolatka, którym byłem tak samo jako ona, nasza znajomość zaczęła się rozwijać w bardzo obiecującym kierunku.

Tym razem też bawiłem się świetnie już od pierwszej minuty naszego spotkania.

Po wieczornym seansie w mało popularnym kinie, gdzie oprócz nas na sali były może jakieś cztery osoby, zabrałem Kate do restauracji na kolację. Część mnie chciała jej „zaimponować”, więc nie była to nawet średniej klasy restauracja, tylko na pewno jedna z tych lepszych. Miałem jedynie nadzieję, że nie będzie się tu czuć niezręcznie, bo gdy tylko przekroczyliśmy próg lokalu zauważyłem po minie dziewczyny, że często nie bywa w takich miejscach.

- Jej, już się nie mogę doczekać trzeciej części! – powiedziała podekscytowana, gdy kelner wręczył nam dwa menu. Otworzyła je i z konsternacją przeglądała karty.

- Z przyjemnością na trzecią też cię zabiorę. – Od razu zaproponowałem. – Tylko tym razem weźmiemy dwa popcorny, żeby starczyło też na film, a nie tylko reklamy.

- No jeszcze zaraz powiesz, że to ja cały wyjadłam! – zbuntowała się ze śmiechem.

- A co, niby ja? – uwielbiałem się z nią droczyć.

- Niby ty, bo ja byłam zajęta swoimi żelkami. Po co mi był twój popcorn?

- Żeby mi go zjeść i żebym nie miał co dziamdziać w trakcie filmu. Proste. – Wzruszyłem ramionami, aby podkreślić oczywistość moich podejrzeń.

- Gdyby tak było, to teraz nie byłabym głodna. – Ponownie zanurzyła nos w menu. – Ale jak w końcu coś zrozumiem z tych francuskich nazw dań, to rzeczywiście prosto z restauracji będziemy mogli pójść na trzecią część Hobbita, bo pewnie krócej niż rok mi to nie zajmie. – Mruknęła, rozszyfrowując tym razem już angielskie opisy dań, ale to chyba wcale nie było łatwiejsze, biorąc pod uwagę składniki tych dań. Jednak głupi pomysł z tą knajpą.

- Kate, mały test. – Zdecydowałem, że jeśli go zda, zostaniemy tu. A jeśli nie, to weźmiemy taksówkę i skoczymy do McDonalda. Przynajmniej będzie szybciej. – Do czego służy ten widelec? – wskazałem na widelec do ryb, który leżał obok tego do mięs lub innych dań głównych, poza rybami.

- Do jedzenia..? – zapytała niepewnie, mimo że doskonale wiedziała, o co pytam.

- Już nie bądź taka cwana... Do jakiego rodzaju jedzenia? – gdy usłyszała to pytanie, tym razem bardziej sprecyzowane, mina jej zrzedła.

- Nie wiem, do sałatek? Do mięs? – wzruszyła z obojętnością ramionami. - Boże, widelec to widelec, po co się tak rozdrabniać?

- Wstawaj, idziemy po płaszcze. – Wstałem od stolika i podałem jej ramię. Wstała skonsternowana od stołu i złapała mnie pod ramię, a ja od razu poprowadziłem ją w stronę wyjścia, gdzie stał pracownik, który zabrał nasze płaszcze. – Możemy prosić nasze odzienia? – zapytałem oficjalnie, wiedząc, jaka etykieta panuje w takich miejscach.

- Już państwo nas opuszczają? – zapytał zdziwiony.

- Poczułem się niedobrze, wolę jechać już do domu. – Skłamałem, gdy mężczyzna pomagał założyć nam płaszcze. – Ale oczywiście mam nadzieję niedługo tu wrócić.

- Również mamy taką nadzieję.

- Mógłbym prosić o zamówienie taksówki? – zapytałem, a pracownik skinął głową i wyszedł na zewnątrz.

- Co ty wyprawiasz? – zapytała szeptem Kate, przyglądając mi się, jakby co najmniej nagle wyrosło mi jakieś drzewo na czole.

- Nie będziemy się męczyć w tym sztywnym miejscu. Co powiesz na McDonalda? – zapytałem z szerokim uśmiechem.

- Cholera, ciebie jednak naprawdę nie da się nie lubić. – Od razu zauważyłem, że dziewczyna wyraźnie się rozluźniła.

- Państwa taksówka już czeka. – Facet wrócił do środka i grzecznie nam się ukłonił. – Życzę panu szybkiego powrotu do zdrowia.

- Dziękuję. – Kiwnąłem mu głową i szybko z brunetką opuściliśmy lokal i weszliśmy do taksówki, która czekała na nas tuż przed wejściem.

- Dobry wieczór państwu, gdzie jedziemy? – zapytał od razu taksówkarz, a ja podałem mu adres swojego wieżowca.

- I prosimy o zahaczenie po drodze do McDonalda, do Drive Thru.

- Się robi, proszę pana! – odpowiedział, odpalając silnik i ruszając spod restauracji.

- Dokąd ty mnie porywasz, że jedziemy tylko do Drive Thru? – Kate spojrzała na mnie podejrzliwie.

- Wywożę cię do lasu! – zaśmiałem się.

- Liaaaam! – wywróciła oczami. – Ja się serio pytam!

- A dlaczego wywożenie cię do lasu nie może być serio?

- Jak zaraz cię walnę, to się dowiesz, dlaczego. – Mruknęła, zakładając ręce na piersiach.

- Zabieram cię do siebie. – W końcu powiedziałem, żeby bardziej jej nie denerwować. – Pomyślałem, że tam będzie lepiej, niż w Macu, gdzie wszyscy pewnie by nas zaczepiali.

- Jedziemy do ciebie? – zapytała zdziwiona. Och, to mogło rzeczywiście źle zabrzmieć.

- Obiecuję, że ręce będę trzymał przy sobie. – Zaśmiałem się. Kate znowu wywróciła oczami, ale tym razem cicho się śmiejąc.

Jazda do Maca zajęła nam mniej czasu niż się spodziewałem, tak więc po chwili byliśmy przy mikrofonie, składając zamówienie przez otworzone okno.

- Poproszę dwa zestawy powiększone z frytkami i colą. Raz będzie Big Mac, a raz... – Spojrzałem pytająco na Kate.

- Chicken Legend z majonezem.

- A raz Chicken Legend z majonezem.

- Coś jeszcze dla pana?

- Chcesz coś jeszcze?

- Nie, dziękuję – odpowiedziała kręcąc głową, a ja podziękowałem ekspedientce.

- Proszę o przygotowane sumy widniejącej na ekranie i zapraszam po odbiór zamówienia do następnego okienka. – Usłyszałem głos z głośników i poklepałem lekko fotel kierowcy.

- Możemy jechać dalej – powiedziałem do kierowcy, zapisując sobie w głowie, żeby dać mu napiwek.

Po kilku minutach jechaliśmy już w stronę mojego wieżowca, którego światła były już widoczne na horyzoncie.

- Mmmm... Jak to cudnie pachnie. – Kate się „inhalowała” zapachami z wielkiej papierowej torby, które automatycznie zaczęły wypełniać taksówkę.

- Poczekaj jeszcze kilka minut, zaraz będziemy na miejscu.

- A nie mogę już sobie chociaż kilka frytek dziabnąć?

- Nie je się w samochodach, jeszcze coś zaciapiesz!

- Nie jestem tobą, żeby brudzić wokół siebie.

- Pfff... Udam, że tego nie słyszałem. – Zrobiłem obrażoną minę, rozśmieszając tym dziewczynę.

- Już nie udawaj takiego delikatnego.

- Wbrew pozorom pod tą warstwą mięśni skrywa się wrażliwa dusza!

- Warstwą czego? – zapytała, jakby chciała się upewnić, czy dobrze słyszy.

- Nie no, teraz to już serio z tobą nie gadam. – Obróciłem się w stronę okna, przez co Kate jeszcze bardziej zaczęła się śmiać.

- Jesteś niesamowity. – Westchnęła, gdy się już uspokoiła. Mimo, że nadal udawałem obrażonego, to coś we mnie się szeroko, triumfalnie uśmiechnęło. Jestem niesamowity!

- Dwanaście sześćdziesiąt poproszę! – nawet nie zauważyłem, kiedy taksówka zatrzymała się pod moim domem. Szybko wyciągnąłem portfel z kieszeni i podałem mu należną kwotę, z dodatkowym napiwkiem.

- Zapraszam panią w moje skromne progi - powiedziałem, otwierając przed Kate drzwi wejściowe do niższego z dwóch wieżowców, gdy już opuściliśmy czarny samochód.

- Już się nie fochamy? – zapytała, podnosząc brwi.

- Ja jestem facetem, pięć minut nam wystarczy. – Szeroko się uśmiechnąłem i podszedłem do windy, która była na dole. Wszedłem do środa razem z Kate i nacisnąłem przycisk z liczbą „34”. Kilkunastosekundową jazdę na górę spędziliśmy w całkowitej ciszy, przerywanej jedynie cichą, nijaką muzyczką, które miały w zwyczaju lecieć w windach.

- Szybciej wyciągaj te klucze, zimne frytki to niedobre frytki! – pospieszyła mnie brunetka, gdy grzebałem w kieszeni.

- Już, spokojnie, przecież ci ich nie zjem. – Zaśmiałem się, wyciągając w końcu klucze z kieszeni i przekręcając zamek w drzwiach. Przepuściłem przodem dziewczynę, która od razu zdjęła płaszcz i odłożyła na wieszak w przedpokoju, a następnie zdjęła buty i ustawiła je przy drzwiach. Poszedłem w jej ślady, zastanawiają się, czy przypadkiem nie zostawiłem w domu bałaganu. Oby nie.

- Za mną! – ruszyłem przodem, niosąc torbę z McDonalda, i udałem schodami na piętro. Wziąłem z czarnego fotela dwie duże poduszki i położyłem na podłodze, tuż przed oknem panoramicznym. Usiadłem na jednej z nich i położyłem torbę na kaflach. Spojrzałem na Kate, która cały czas stała przy schodach, i poklepałem poduszkę obok siebie.

- Wydawało mi się, że zimne frytki to niedobre frytki, czy coś w tym stylu.

- Wielkiego Liama Payne’a nie stać na stół i musi jeść na podłodze? – zaśmiała się, ale podeszła do mnie i zajęła miejsce na miękkiej poduszce.

- Wielki Liam Payne lubi czasami usiąść przed tym równie wielkim oknem i po prostu podziwiać panoramę Londynu nocą. – Delikatnie się uśmiechnąłem, wyciągając z torby jedzenie i podając dziewczynie jej zestaw. – Teraz nie ma wyjątkowo żadnych chmur, jest ciemno, wszędzie palą się światła... Uwielbiam ten widok. Jest taki...

- Hipnotyzujący. – Dokończyła się za mnie Kate, dostrzegając w tym widoku to samo, co ja.

- Dokładnie tak, hipnotyzujący. – Zgodziłem się z nią, zaczynając jeść naszą kolację.

W trakcie posiłku wyjaśniałem Kate, na co tak właściwie teraz patrzy. Oprócz London Eye, można było zobaczyć naprawdę kilka interesujących obiektów. Chciałbym jej te obiekty kiedyś pokazać. Może tym razem z bliższej odległości.

Takie siedzenie miało dodatkowe plusy, oczywiście poza obłędnym widokiem. Mogłem bez żadnych skrupułów patrzeć na Kate, której obraz odbijał się w szklanej powierzchni. To dopiero był widok...

- Zgaszę światło, będzie lepiej widać – powiedziałem, wstając z podłogi, gdy już została nam tylko rozwodniona lodem cola. Podszedłem do włącznika i po jednym kliknięciu przełącznikiem, w pokoju zapanowała kompletna ciemność, rozświetlana jedynie światłami z zewnątrz. – Od razu lepiej. – Wróciłem na swoje poprzednie miejsce.

- Londyn jest naprawdę magiczny. – Szepnęła Kate, spoglądając na mnie kątem oka. Kilkoma ruchami bioder przysunęła się bliżej mnie i oparła swoją głowę na moim ramieniu. Mmmm... Skądś znam ten zapach.

- Jakich używasz perfum? – zapytałem szeptem, do którego zachęcała mnie cisza panująca wokół nas.

- Nie poznajesz go? – zaśmiała się cicho. – Twój menagment nie byłby z ciebie dumny. – Dodała, cały czas się ze mnie podśmiewując.

- Our Moment? – zapytałem, a ona podniosła głowę, patrząc mi prosto w oczy.

- Tak, dokładnie. Nasz moment. – Szepnęła takim głosem, z naciskiem na „nasz”, że od razu zrobiło mi się gorąco. Nie kontrolując własnych ruchów, położyłem jedną rękę na jej biodrze, bardziej ją do siebie przyciągając.

- Ktoś tu obiecywał, że będzie trzymał swoje łapki przy sobie. – Kate była już tak blisko mnie, że prawie stykaliśmy się czubkami nosów. Jeszcze trochę... – Całe szczęście, że ja nic takiego nie obiecywałam. – Dodała, obejmując moją szyję rękoma. Przymknąłem lekko oczy i zakończyłem swoją katorgę, złączając nasze usta w pocałunku. Nasze języki zaczęły od razu jakiś dziki taniec, nie mogąc się nasycić sobą nawzajem.

Gdy jedna dłoń Kate znalazła się pod moją koszulką, delikatnie pieszcząc brzuch, do głowy przyszła mi jedna myśl – to będzie długa noc. Ale za to jaka przyjemna...









To były naprawdę zwariowane cztery dni. Dopiero dzisiaj rano, w Boże Narodzenie, tata, mama, Marcin i Martyna wylecieli z lotniska do Polski – nie wiem, ile musieli zapłacić za bilety akurat w ten dzień, ale chyba wolę pozostać w niewiedzy.

Teraz, gdy już zostałam całkowicie sama, bo Justyna również opuściła Londyn na Święta i wróciła do domu, mogłam odpocząć po zwiedzeniu według mojej mamy. Dopóki nie przyleciała tu ze swoim przewodnikiem, w którym zakreślała wszystko, co chciała koniecznie w trakcie tych czterech dni zobaczyć, myślałam, że już zwiedziłam Londyn. Oj, jak bardzo się myliłam... Pierwszy raz dotarło to do mnie, gdy już w sobotę przy zwiedzaniu okolic hostelu, który okazał się być położy tuż przy Hyde Parku, poczułam jak nogi przysłowiowo wchodzą mi w mi w dupę. Moja mama nie zna litości, jeśli chodzi o zwiedzanie. Nawet w największej dziurze potrafi znaleźć kilka miejsc do zobaczenia (dokładnego zobaczenia, oczywiście), a to jest przecież Londyn. Mogę się założyć, że o połowie muzeów, w których teraz z nimi byłam, nie słyszała połowa londyńczyków, którzy się w tym mieście urodzili. Oczywiście nie pamiętam już żadnych obrazów czy rzeźb, do których podziwiania zmusiła mnie mama-historyczka, ale przynajmniej ona jest zadowolona. A ja też się dobrze bawiłam, bo przy dziesiątym muzeum z kolei, razem z bratem i tatą tradycyjnie robiliśmy sobie jaja z mamy i otaczającej nas sztuki, żeby zwyczajnie nie zwariować.

Jednak wszyscy mieliśmy największą zabawę w muzeum, albo galerii, Madame Tussauds. Bawiłam się tam świetnie, robiąc sobie zdjęcie przy każdej  figurze. Nawet z One Direction!

Oczywiście, mój brat z tatą nie byliby sobą, gdyby nie wpadli na pewien genialny, w ich mniemaniu, pomysł. Otóż powiedzieli, że mam stanąć nieruchomo w dziale muzyki – Skoro jesteś już tak rozpoznawalna, to może ktoś się nabierze, że już masz tu swoją figurę!

No tak, zapomniałabym. Nie miałam pojęcia, szczerze mówiąc, ile mnie teraz jest w internecie. Cóż, zwyczajnie się odgrodziłam od większości plotkarskich stron, jedynie co jakiś czas sprawdzając linki, które podsyłali mi znajomi. O swojej „rozpoznawalności” dowiedziałam się właśnie podczas zwiedzania Londynu, kiedy to całe dnie spędzałam praktycznie na zewnątrz, a nie zamknięta w studio. Kilka razy zdarzyło się, że jakieś dziewczyny mnie zatrzymywały, aby pogadać o moich muzycznych planach, One Direction, czy po prostu zrobić sobie zdjęcie. A trochę więcej razy ludzie dziwnie mi się przyglądali, robili mi zdjęcia z oddali i się dziwnie zachowywali w moim pobliżu. Powiedzieć, że „czułam się obserwowana”, to zdecydowanie za mało.

Wracając do mojej „figury woskowej”, z wielką łaską i w towarzystwie wywracania oczami, stanęłam nieruchomo pomiędzy Adele a Rihanną, podczas gdy dwóch najważniejszych mężczyzn w moim życiu stanęło na przeciwko, udając, że wcale mnie nie obserwują.

Gdy już miałam się poddać, bo nikt z przechodzących osób nie zwracał na mnie uwagi, do muzycznego działu weszło kilka dziewczyn, na oko w wieku późnego gimnazjum albo wczesnego liceum.

- Patrz, to Kate Bitner! – podeszły do mnie podekscytowane. Tak bardzo miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, a przecież nawet nie mogłam normalnie oddychać!

- Ta od One Direction? – zapytała druga, równie zdziwiona, co moi mężczyźni, którzy nagrywali telefonem całą sytuację, ledwo powstrzymując śmiech. – Ledwo co z X Factora odeszła, a już ma figurę. Jak ona to zrobiła?

- Rzeczywiście, przecież nawet jeszcze finału nie było. – Dopowiedziała trzecia. – Z jej tweetów wynika, że siedziała ostatnio cały czas w studio. I to chyba Edem, czaisz?

- Sheeranem?

- No, pewnie, że Sheeranem, a jakim? Skubana, jak tak zaczyna, to pewnie zrobi niezłą karierę...

- I jeszcze to zdjęcie, które na jej konto wrzucił Niall! Myślicie, że z nim kręci?

- Nie wiem... Na początku myślałam, że kręci z Liamem, ale rzeczywiście, na wzajem sobie wrzucają zdjęcia na Twittera, była na jego TwittCamie... Sama nie wiem.

- Nawet mnie nie denerwuj! – krzyknęła ta, która podeszła do mnie jako pierwsza. – Jeśli zabierze mi Nialla, to osobiście tu przyjdę i zniszczę jej tą woskową twarz! – tutaj już nie wytrzymałam razem z Marcinem i tatą i wszyscy w trójkę wybuchliśmy śmiechem.

- Proszę, tylko bez rękoczynów – powiedziałam, podnosząc ręce w obronnym geście. – Jestem za młoda, żeby umierać. – Musiało upłynąć kilkanaście sekund, zanim trzy dziewczyny zrozumiały, że to tylko taki skromny żarcik.

- O Boże, ty żyjesz! – powiedziała jedna dziewczyna bardzo odkrywczo.

- Tak, wszystko na to wskazuje. – Zaśmiałam się. – I macie rację, ostatni miesiąc spędziłam w studio, między innymi z Edem. – Ale o Niallu nic wam nie powiem, możecie sobie pomarzyć.

- Ja... My... – Zaczęła się jąkać jedna z nich. – Możemy mieć z tobą zdjęcie?

- Jasne. - Szeroko się uśmiechnęłam. – Mój brat może nam zrobić zdjęcie, żebyście były wszystkie, co?

- O, byłoby super. – Właścicielka aparatu podała Marcinowi urządzenie, który był już purpurowy od powstrzymywania śmiechu. – Jej, jesteście identyczni!

- Prawdziwe rodzeństwo. Uśmiech! – szeroko się uśmiechnęłam do aparatu, obejmując dziewczyny obok siebie.

Jedna z dziewczyn wyjęła jakiś zeszyt.

- Mogłabyś nam dać swój autograf? – Mój co? Autograf? Ale ja nie mam swojego autografu...

- Mój autograf? – zapytałam, zdziwiona.

- No tak – uśmiechnęła się nieśmiało i wyciągnęła w moją stronę zeszyt z markerem. – Najlepiej trzy, żeby było dla każdej z nas. Dla Meggie, Alice i June. – Wymieniła imiona dziewczyn, a ja z bijącym w szaleńczym tempie serce zastanawiałam się, co mam właściwie napisać. Kate? Kate Bitner? Katie? Cholera...  Finalnie zdecydowałam na zwykłe Kate Bitne, napisane moim zwykłem pismem, bez żadnych dziwactw.

- Kasia, chyba musimy iść. – Mój tata stwierdził, że czas dla „obcych” ludzi doszedł końca.

- Jak cię nazwał twój tata? – zapytała nieśmiało jedna z dziewczyn, chyba Alice.

- Kasia. To polska wersja mojego imienia, pełną formę mam w dowodzie, prawie jazdy i tak dalej.

- Musisz już iść? – zapytała June.

- Tak, jeszcze mamy do zwiedzenia sporo rzeczy. Mama mnie zabije, jeśli nie zobaczymy dzisiaj tego, co ma w planie. – Cała trójka spojrzała na mnie zaskoczona moją normalnością. To takie dziwne, że się słucham mamy? – To cześć, dziewczyny, miło było was spotkać. – Pożegnałam się z nimi i ruszyłam w kierunku kolejnej sali z tatą i bratem, gdzie czekała na nas mama ze swoją synową.

Teraz już jest środa, moja rodzina już wylądowała w Szczecinie, szykując się na pójście do wujka, gdzie razem z ciocią i moim kuzynem od kilku lat szykowali drugi dzień Świąt. A ja siedzę przy biurku w eleganckiej sukience, ze zrobionymi włosami i starannym makijażem, bo mają dzwonić na Skypie, gdy już będą wszyscy razem przy stole. Cóż, Wigilię miałam rodzinną, ale Boże Narodzenie już mamy na odległość, gdyż się okazało, że mój tata żartował z rezerwacją samolotu dla mnie, bo chciał zrobić niespodziankę przyjazdem do Londynu.

Włączyłam na laptopie „Kevina Samego w Domu”, bo dla mnie bez tego filmu zdecydowanie nie było  Świąt. Herbata z cytryną, film i sałatka jarzynowa, którą zostawili mi po wczorajszej kolacji. Zrobiła zdjęcie, które przedstawiało włączony film, kubeł z herbatą i sałatkę. Lewy przycisk... Share via... Twitter.

Kate sama w domu – mam nadzieję, że mnie nie napadną dzisiaj żadni londyńscy złodzieje tak jak Kevina ;)”.

Po tym tweecie stało się coś, czego się w ogóle nie spodziewałam – dostałam dziesiątki zaproszeń na rodzinne kolacje. Oczywiście zrobiło mi się od razu niesamowicie miło, gdy tak wiele osób nie chciało, żebym była dzisiaj sama. Ale przecież nie będę, będę ze swoją rodziną. Lepszy Skype niż nic, prawda?

Nie martwcie się! W Polsce ważniejsza jest Wigilia i ją spędziłam ze swoimi rodzicami, bratem i jego żoną. Dzisiaj będę miała z nimi święta na Skypie, i to jeszcze z babcią, wujkiem, ciocią i kuzynem! :)”

Jednak to wcale nie uspokoiło moich followersów, nadal pojawiały się propozycje kolacji, niektóre nawet zza oceanu – Boże, kto mnie tam zna?! Co się dziwisz, sama dobrze znałaś większość osób z otoczenia One Direction. Teraz i ty się do niego zaliczasz. Właśnie, One Direction! Miałam się podzielić ze światem swoim zdjęciem z ich figurami woskowymi! Otworzyłam na laptopie folder ze zdjęciami z wizyty rodzinki w Londynie i znalazłam swoje zdjęcie z podobiznami chłopaków. Załadowałam je na Twittera i dodałam z podpisem „Patrzcie, kogo ostatnio spotkałam! Nigdy jeszcze nie wytrzymali tak długo bez gadania żadnych głupot, jak podczas tego spotkania! ;)”. Enter.

Odłożyłam wyciszony telefon na łóżko i włączyłam film. Delektowałam się każdą sceną, mimo że oprócz samych właśnie scen, to znałam już na pamięć większość dialogów. Ale ten film miał w sobie coś takiego, że bawił mnie niezmiennie każdego roku.

Jednak spokojne oglądanie filmu nie było mi dane, nawet z odłożonym i wyciszonym telefonem. Mniej więcej pod koniec filmu, właśnie wtedy, gdy zaczynała się najlepsza akcja, ktoś zaczął pukać w moje drzwi. Zignorowałam. W dupie to mam, nikogo nie zapraszałam, nikt się nie zapraszał do mnie również, więc nikogo się nie spodziewam. Zaczęłam oglądać dalej, ale „niespodziewany gość” był wyjątkowo uparty. Najwyraźniej, podczas gdy ja nie wykazałam najmniejszego zainteresowanie jego osobą, gość odkrył istnienie dzwonka do drzwi, co zdecydowanie bardziej uprzykrzało mi mój świąteczny seans filmowy. Ale co tam, ja się tak łatwo nie poddam! Zobaczymy, kto pierwszy wymięknie.

Walenie do drzwi.

Dzwonek.

Walenie.

Dzwonek.

Walenie.

Dzwonek.

NOSZ KURWA MAĆ! I tyle wyszło z mojego nie przeklinania w Święta.

- Dobra, poddaję się! – krzyknęłam sama do siebie, już porządnie wkurzona. Szybko podeszłam do drzwi i nie patrząc przez judasza, otworzyłam drzwi. – Pali się?! –krzyknęłam, a moim oczom ukazał się... Święty Mikołaj, jak Boga kocham. Ale wystarczyło jedne spojrzenie nad sztuczne wąsy i już wiedziałam, kto się kryje pod tą czapką. I gdy doszło do mnie, kto to naprawdę jest, wybuchłam chyba największym śmiechem od kilku tygodni. To była w sumie histeria.

Nie mogąc się uspokoić, opadłam na podłogę w przedpokoju, trzymając się za bolący brzuch. Bolący bardziej niż zwykle... Kiedy mi to minie?

- O Boże, nie mogę płakać! Mój makijaż! – otarłam łzy, spływające po moim policzku, starając się jako tako uspokoić, ale widok „Mikołaja”, który wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi, skutecznie mi to uniemożliwiał.

- Ho, ho, ho! – zawył niskim głosem. – Ładnie się tak śmiać z Mikołaja? – zapytał z naprawdę dziwnym akcentem. – Nie śmiej się, albo nie dostaniesz prezentu!

- Niall, co to za akcent? – zapytałam, wstając, cały czas się lekko śmiejąc. – Z Bieguna Północnego? – prychnęłam, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Cóż, niektóre rzeczy są ode mnie silniejsze. Widok Nialla w naprawdę dobrym kostiumie Mikołaja, z brodą, czapą, wielkim brzuchem, zdecydowanie zaliczał się do jednej z takich rzeczy.

- Niall? Nie mam pojęcia, o kim mówisz... – Ten akcent był naprawdę cudowny. Cudownie śmieszny, oczywiście.

- W takim razie drogi Mikołaju, co cię do mnie sprowadza? – zapytałam z udawaną powagą.

- Moim zadaniem  w ten dzień, oprócz obdarowania grzecznych dzieci prezentami, jest pewność, że nikt nie będzie sam. Dlatego zabieram cię do pewnej irlandzkiej rodziny, która się zwaliła na głowę biednemu chłopakowi, który bez wsparcia dobrej duszy sam tego nie ogarnie.

- Niall, to znaczy Mikołaju, – szybko się poprawiłam, bawiąc się w jego grę – jestem umówiona z pewną polską rodziną na Skype’a.

- Słyszałem plotki, że w domu tego Irlandczyka są urządzenia, które posiadają ten program. Na pewno się nie obrażą, jeśli na godzinkę ich zostawisz, aby pogadać ze swoją rodziną – powiedział tym niskim, mikołajowym głosem. Czułam, że nie mam wyjścia. Albo pójdę z nim dobrowolnie, albo zapakuje mnie w jakiś mikołajowy worek, wrzuci na sanie zaprzęgane reniferami i ruszymy w stronę jego mieszkania.

- Dobra. – Westchnęłam zrezygnowana. – Wyłączę laptopa, wezmę kilka drobiazgów i możemy iść – powiedziałam i zobaczyłam szereg wyszczerzonych białych zębów, które przebijały się przez sztuczne wąsy.

Dopiero, gdy schodziliśmy po schodach, zauważyłam, że Niall już nie ma gipsu na nodze.

- Gdzie się podział twój gips, Mikołaju? – zapytałam z uśmiechem, wychodząc z klatki schodowej i idąc za czerwoną postacią do znanego mi już czarnego Range Rovera.

- Mikołaj musi mieć sprawne wszystkie kończyny na Boże Narodzenie, żeby dzieci na całym świecie podostawały swoje prezenty! – odpowiedział zadowolony, wsiadając na miejsce kierowcy, gdy ja zajęłam miejsce obok niego.

- Wszystkie kończyny..? – nie byłabym sobą, gdybym nie zadała tego pytania.

 Niall mnie zmierzył wesołym spojrzeniem swoimi niebieskimi oczami, w których tańczyły małe diabełki.

- Mówiłem, że musisz być grzeczna, bo nie dostaniesz prezentu. – Skarcił mnie.

- To jeszcze są jakieś prezenty przewidywane? – zaskoczył mnie tym, szczerze mówiąc. – Ale ja nic nie mam! – o nie o nie o nie o nie o nie o nie! Nie cierpię przychodzić nieprzygotowana! Byłam pewna, że tradycją jest dawanie sobie prezentów rano w Boże Narodzenie, nie wieczorem!

- Został tylko już tylko jeden, dla ciebie – powiedział już swoim głosem, najwyraźniej zapominając się na chwilę.

- Och, Niall... – Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie byłam przygotowana na wymianę prezentów. Nawet jeśli miałabym mu coś dać, to co by to mogło być? Co dać chłopakowi, który ma już wszystko?

- Ten Niall musi być bardzo fajnym chłopakiem, skoro cały czas nazywasz tak kogoś tak świetnego jak ja, Święty Mikołaj! – iiiiiiii Mikołaj wrócił.

- Tak, bardzo fajny z niego chłopak... – Odpowiedziałam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.

W radiu akurat zaczęło lecieć All I Want For Christmas Is You i razem z Niallem zaczęliśmy to całkiem głośno śpiewać. On, oczywiście przez śpiewanie tym dziwnym głosem, sprawiał, że co chwilę wybuchałam śmiechem, nie mogąc śpiewać. I tak nam zleciała cała podróż do jego domu – Last Christas, Santa Claus Is Coming To Town – to się okazało być Nialla ulubioną piosenką, oczywiście – Rocking Robin, Let It Snow... Nawet nie wiedziałam, że znam te wszystkie teksty na pamięć.

- Mikołaju, muszę złożyć reklamację na transport! – powiedziałam „zbulwersowana”, wysiadając z auta na parkingu podziemnym. W odpowiedzi dostałam tylko zdziwione spojrzenie chłopaka. – Od kiedy to Mikołaj przemieszcza się jakimiś Range Roverami? Liczyłam na przejażdżkę saniami z reniferami... – Wydymałam wargi, niczym obrażone dziecko, czekając obok Nialla na windę.

- Cholera, na to nie wpadłem. – Jęknął niezadowolony, gdy drzwi windy się otworzyły i weszliśmy do środka. – Za rok obiecuję poprawę! – posłał mi szeroki uśmiech, a ja się lekko zdziwiłam. Za rok? Za rok też będziemy spędzać razem święta?

- Kaaaaate! – usłyszałam zbiorowe powitanie, gdy weszliśmy do mieszkania Nialla. – Jak ci się podoba Mikołaj? – Maura mocno mnie uścisnęła.

- Nie jest najgorszy. – Zaśmiałam się, odwzajemniając uścisk. – Bardzo dziękuję za zaproszenia.

- Naprawdę nie ma za co! – puściła mnie, a ja się przywitałam z resztą rodziny Nialla, czyli z jego tatą, bratem, Denise z Theo i... kto to jest? – Kate, to jest Chris, mój mąż. – Wyjaśniła Maura, a ja się przywitałam z mężczyzną. Dziwne, że Bobby nie czuje się niezręcznie. Ale może to kwestia przyzwyczajenia?

Oddałam Gregowi swój simonowy płaszcz, który stał się ostatnio moim ulubionym, i usiadłam z resztą rodziny Nialla przy stole na miejscu, które jako jedyne wyglądało, jakby nie było zajęte. Tylko Niall gdzieś zniknął.

- Denise, Kochanie, daj tatusiowi jego dziecko, a mi pomóż z indykiem – powiedziała Maura, biorąc się za krojenie. – Kate, jadłaś kiedyś takiego tradycyjnego, pieczonego indyka? – zapytała mnie, krojąc to wielkie ptaszysko na kawałki i rozdając wszystkim talerze.

- Nie, jeszcze nigdy nie miałam okazji. W Polsce indyk nie jest tradycyjnym daniem...

- Och, to szykuj się na zakochanie się w tym daniu! – obok mnie nagle usiadł Niall, ale już jako on, a nie Mikołaj. Wyglądał B-O-S-K-O. Miał czarne dżinsy, białą koszulę i luźno zawiązany czarny krawat. Uwielbiałam go w takim wydaniu. To znaczy nadal uwielbiam. – Mamo, nigdy więcej nie wkopiesz mnie w bawienie się w Mikołaja. Myślałem, że się ugotuję w tym kostiumie! – wywrócił oczami, biorąc dwa talerze – jeden dla mnie, jeden dla siebie. Nie dając mi żadnego pola do wyboru, sam nałożył mi na talerz puree ziemniaczane, jakieś warzywa i wszystko polał sosem pieczeniowym.

- Wiesz, Niall, ja umiem sama sobie nałożyć jedzenie. – Zaśmiałam się wraz z pozostałymi gośćmi. – Ale dziękuję.

- Sorki, rozpędziłem się. – Uśmiechnął się ujmująco. – Soku? – zapytał, nalewając sobie do szklanki soku pomarańczowego.

- Poproszę! – uśmiechnęłam się, a blondyn nalał mi pomarańczowego płynu. – Dziękuję.

- No patrzcie, jaka ta dzisiejsza młodzież kulturalna! – zaśmiał się Bobby, obserwując naszą dwójkę. – Maura, dobrze wykonaliśmy swoją robotę jako rodzice!

- Tak, Bobby, bardzo dobrze. – Mama Nialla i Grega spojrzała z dumą na swoich synów. – Nie mogłabym być z was bardziej już dumna, chyba bym pękła – powiedziała ze łzami w oczach. – Ale nie ma co płakać, jedzmy, bo wszytko wystygnie!







- Było pyszne, dziękuję – powiedziałam, odkładając miseczkę po tradycyjnym angielskim puddingu. Chociaż jak się dowiedziałam, również tradycyjnym IRLANDZKIM puddingu.

- Na pewno nie chcesz dokładki? – zapytał Niall, pakując w siebie już trzeci pudding.

- Chyba zwariowałeś – na samą myśl, że miałabym coś jeszcze w siebie wcisnąć, zrobiło mi się niedobrze. – Ja już jadłam kolację, zanim przyszedłeś mnie porwać.

- W takim razie zasłużyłaś sobie na małą przerwę. – Och, łaskawy pan...

- Mogę was na chwilę przeprosić? Zadzwonię do rodziców i przesunę naszego Skype’a na później.

- Oczywiście, nie krępuj się! Czuj się jak u siebie w domu – powiedział Bobby, jako głowa rodziny, a ja od razu wstałam od stołu i udałam się do sypialni Nialla. – Niall, taką synową to mógłbym mieć... – Usłyszałam jeszcze głos taty Horana, gdy zamykałam za sobą drzwi.

- Tato! Tu wszystko słychać! – blondyn prawie krzyknął, upominając swojego tatę.

Usiadłam na łóżku i wybrałam telefon swojego taty.

- Cześć, Kasia córka! – uśmiechnęłam się, gdy się do mnie zwrócił do mnie tak, jak ma mnie zapisaną w swoim telefonie. – Gotowa na Skype’a?

- Cześć, tatuś. Ja właśnie dzwonię w tej sprawie.

- Coś się stało?

- Przyjaciel mnie zaciągnął na kolację ze swoją rodziną i jakbyście mogli zaczekać, aż wrócę do siebie, to byłoby super.

- Przyjaciel..? Ten cały Niall?

- Naprawdę? Niall to wszystko, co wyłapałeś z tego, co właśnie powiedziałam? – zapytałam, śmiejąc się. To są właśnie minusy bycia Córeczką Tatusia. Są zazdrośni o każdego faceta w życiu swoich córek! O Marcinie już lepiej nie wspomnę, bo bije ojca na głowę swoją zazdrością...

- No dobra, rozumiem. To zadzwoń, jak już będziesz mogła pogadać – powiedział. – Tylko nie siedź tam za długo!

- Tatooooo... – Jęknęłam, wywracając oczami. Kiedy przestanie mnie traktować jak małą dziewczynkę? Pewnie nigdy...

- Co tato, co tato? Martwię się o moją córkę, to źle?

- No dobrze, ale wszystko w granicach rozsądku. – Zaśmiałam się, a do sypialni weszła Denise z Theo na rękach i torbą na ramieniu. – Muszę kończyć.

- Baw się dobrze!

- Dzięki tato, ty też. Do usłyszenia. – Rozłączyłam się i usiadłam na łóżku obok Theo, którego Denise zaczęła rozbierać. – Pomóc ci?

- Nie, dzięki, nie trzeba. – Uśmiechnęła się w wdzięcznością. – Wiesz... Polski to chyba najdziwniejszy język, jaki kiedykolwiek słyszałam.

- Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie, a Szczebrzeszyn z tego słynie. – Zawsze w takich sytuacjach wymawiałam najbardziej „szeleszczącego” łamańca. I tak jak myślałam, Denise mocno wytrzeszczyła oczy.

- Co to właśnie było? – zapytała, a ja się zaczęłam się śmiać, przez co z kolei zaczął się śmiać Theo.

- Polski łamaniec językowy. – Wzruszyłam ramionami.

- I w tym momencie twój język ojczysty stał się dla mnie jeszcze dziwniejszy – powiedziała, sprawnie zakładając chłopcu świeżą pieluszkę. – Popilnujesz go chwilę? Ja pójdę podgrzać mleko, a potem go uśpię.

- Jasne, bardzo chętnie – zgodziłam się, uwielbiając takie kilkumiesięczne, wesołe brzdące.

Gdy Denise wyszła z pokoju, wzięłam Theo na ręce i zaczęłam się z nim bawić, kręcić w kółku, skacząc, nisko (bardzo nisko) podrzucając. Nagle chłopiec zaczął się mocno szarpać, kopiąc nóżkami i machając rączkami na wszystkie strony świata. Skąd takie małe dzieci mają tyle siły? Po chwili do pokoju wróciła Denise z butelką mleka w ręce i dokładnie w tej sekundzie Theo tak się do niej mocno wyrwał, że prawdopodobnie z całej swojej siły pięciomiesięcznego dziecka kopnął mnie dokładnie w to miejsce, gdzie kilka tygodni temu mnie cięli na stole operacyjnym.

- Ałaaa! – jęknęłam z bólu i, gdy tylko już bratowa Nialla przejęła swoje dziecko, dosłownie zgięłam się w pół i usiadłam bez tchu na łóżko.

Na co dzień praktycznie w ogóle już nie czułam żadnego bólu, ale w takich sytuacjach ból wraca z potrójną siłą.

- Boże, Kate, tak bardzo cię przepraszam za niego! – Denise usiadła obok mnie i patrzyła na mnie z przerażeniem. – Nie wiedziałam, że on...

- To nie jest niczyja wina, daj spokój – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. Otworzyłam oczy i zauważyłam, że mój obraz jest aż rozmazany. Cholera, to chyba tak łatwo nie przejdzie. – Możesz poprosić Grega, żeby przyniósł moją torebkę? Mam w niej maść przeciwbólową na takie wypadki od lekarza. Wisi na moim krześle.

- Jasne, już mu mówię! – zerwała się, widocznie spanikowana. – Połóż się na łóżko, zaraz Greg przyniesie ci maść!

- Spokojnie, ja nie umieram. – Starałam się lekko zaśmiać, aby ją uspokoić, ale wyszedł z tego tylko kolejny jęk. – I nie panikuj, Niall jeszcze nic nie wie. – Ostrzegłam ją całkiem poważnie i słuchając się kobiety, z ulgą położyłam się na łóżko, podnosząc sukienkę pod stanik. Podziękowałam sobie w głębi duszy, że mam kryjące rajstopy i nie czuję się półnaga, a Denise lekko uchyliła drzwi.

- Greg, możesz mi podać torebkę Kate? – zapytała, wychylając z pokoju tylko głowę. – Zaraz przyniesie – powiedziała, patrząc na mnie przejęta i kołysząc w ramionach Theo, który nie wiedział, co się w wokół niego dzieje.

- Super, dziękuję. – Szepnęłam, zamykając oczy.

- Całkiem spora ta blizna... – Powiedziała, najwyraźniej zauważając jeszcze lekko różowy ślad skalpela na moich prawych żebrach.

- Musieli się tam jakoś dostać, nie? – uśmiechnęłam się, naprawdę starając się, żeby nie było po mnie widać  tego, jak bardzo mnie to boli. Cholera, nigdy się nie spodziewałam, że Theo może mieć tyle siły.

- Torebka Kate raz! – do pokoju wszedł... Niall?! Otworzyłam szeroko oczy, patrząc na chłopaka z przerażeniem. – O Boże. – Szepnął, wbijając swoje niebieskie tęczówki prosto w to samo miejsce, które przed chwilą przykuło wzrok Denise. Po jego twarzy było widać, że właśnie przez głowę przelatuje mu milion różnych myśli.

- To ja może zabiorę Theo do gościnnego. – Kobieta zmyła się w przeciągu kilku sekund. No dzięki, serio, zostaw mnie tu teraz samą.

- Niall, ja... – Chciałam się podnieść i podejść do niego, ale gdy tylko lekko się zgięłam do pozycji siedzącej, moje ciało przeszedł ból, który od razu rzucił mnie z powrotem na poduszki.

- Boże, Kate, nie ruszaj się, leż! – powiedział i wszedł na łóżko, siadając obok mnie. – Nie wiem, co... – Powiedział, a ja tylko wyciągnęłam bez słowa rękę po torebkę. Podał mi ją, cały czas oszołomiony, a ja od razu wyjęłam z niej maść, otworzyłam tubkę i wycisnęłam żel prosto na bliznę. – Mam taką samą maść  - powiedział, jakby nadal wszystkiego do końca nie rozumiał. Nagle potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z niej wszystkie zbędne myśli i wyjął mi maść z ręki. – Daj, ja to zrobię. – Wycisnął zimny żel sobie na rękę, po czym delikatnie zaczął wmasowywać ją w bolące mnie miejsce. – Nie za mocno? – zapytał, a ja pokręciłam przecząco głową, obserwując okrężne ruchy jego dłoni na moim ciele. Ciepła, duża dłoń chłopaka w połączeniu z zimnym żelem szybko przynosiła mi ukojenie. A może to jego dotyk tak na mnie działa? – Zgaduję, że nie spadłaś ze schodów, co? – zapytał, nieprzerwanie mnie masując.

- Sto punktów za spostrzegawczość wędruje do ciebie, Niall. – Mruknęłam, zamykając oczy. Może w ten sposób ta rozmowa będzie łatwiejsza.

- Dlaczego? – doskonale wiedziałam, o co mnie pytał.

- Bo nie było w pobliżu nikogo innego, kto mógłby ci pomóc. Gdy się dowiedziałam o wypadku i o tym, że tylko ja mogę ci pomóc, nie było wtedy dla mnie nic ważniejszego. Nic. Nieważny był program czy jakiekolwiek możliwe konsekwencje. Wiedziałam, jak będę się czuć po operacji i ile czeka mnie po niej ograniczeń. Ale wtedy nic z tego się nie liczyło. Miałam w głowie tylko ciebie. – Niall oderwał ode mnie swoją dłoń, a ja natychmiast otworzyłam oczy. Sięgnął po pudełko chusteczek higienicznych, stojące na szafce nocnej, następnie wycierając w jedną rękę z resztek żelu. Spokój, który malował się na jego twarzy, był godny niejednego mnicha. Mam nadzieję, że te chusteczki przy łóżku były mu potrzebne, bo miał katar... Boże, o czym ja TERAZ myślę?!

­- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to ty? A ten gips, który miałaś na nodze?

- Gips był dla zachowania pozorów, żeby łatwiej ci było uwierzyć w wersję ze schodami. Przepraszam, że znowu cię okłamałam... – Westchnęłam, czując na sobie ciężar własnych słów. – Nie chciałam ci powiedzieć, bo wtedy nasze stosunki nie były najlepsze, musisz przyznać. Przed waszym wyjazdem do Stanów rozeszliśmy się w niezbyt przyjaznych okolicznościach. Nie chciałam, żebyś patrzył potem na mnie przez pryzmat tego, że oddałam ci część siebie, abyś mógł normalnie żyć. Nie chciałam, żebyś robił coś wbrew sobie, z litości czy z wdzięczności.

- A X Factor? – zapytał, kładąc się obok mnie i podpierając głowę na łokciu.

- Na tym programie świat się nie kończy... – Delikatnie się uśmiechnąłem, patrząc w jego oczy.

- To co, na mnie się kończy? – zaśmiał się, a ja słysząc jego pytanie mogłam się jedynie szerzej uśmiechnąć w odpowiedzi. Oczywiście, że się na tobie kończy. Zaczyna i kończy.

- Maść chyba zaczyna działać... – Szepnęłam, przywracając jedną ręką sukienkę do właściwej formy. – Dziękuję.

- To ja ci dziękuję, Kate. – Westchnął, delikatnie mnie przytulając. – Tak bardzo ci dziękuję. – Szepnął wprost do ucha, przyciągając mnie mocniej do siebie.

- Nie jesteś na mnie zły? – zapytałam niepewnie. Nie ma do mnie żadnych pretensji? Nic a nic?

- Jeśli myślisz, że mógłbym być na ciebie teraz choć trochę zły, to jesteś głupsza niż myślałem. – Zaczął się śmiać prosto w moje włosy, a mnie najzwyczajniej w świecie zatkało.

- Co? – lekko się odsunęłam, żeby móc spojrzeć na jego roześmianą twarz.

- To tak na początek, żebyś nie myślała, że będę cię nagle jakoś inaczej traktować, wiedząc już o tym, co dla mnie zrobiłaś. – Jego oczy były tak cudownie roześmiane. Takie... szczęśliwe.

- Idiota. – Wywróciłam oczami, śmiejąc się.

- Cóż, najwyraźniej udzieliło mi się już twoje DNA, które teraz w sobie mam.

- Niall! – krzyknęłam przez śmiech.

- No co? – zapytał, już o wiele ciszej. Przybliżył się do mnie, zahaczając swoim nosem o mój, bawiąc się jak małe dziecko, które się bawi z rodzicami w „noski-noski”. Tylko ta wersja była bardziej intymna. Powolna. Subtelna. Delikatniejsza.

Poczułam na sobie przyspieszony oddech chłopaka, który uderzał w moje rozgrzane policzki. Bicie mojego serca przyspieszyło do niespotykanej prędkości, gdy Niall przestał bawić się już naszymi nosami i lekko przechylił głowę tak, że obiekty jego zabawy wyminęły się w bezpiecznej odległości.

Przymknęłam oczy i po chwili poczułam na swoich ustach miękkie wargi Nialla, które delikatnie pieściły moje, jakbym była z porcelany. Położył jedną dłoń na moim prawym policzku, głaszcząc go opuszkami palców.

Po kilku sekundach tego najdelikatniejszego pocałunku w dziejach ludzkości, odsunął się ode mnie, ale tak, że nadal dzieliły nas dosłownie milimetry.

- Bądź moja. – Szepnął, prawie bezgłośnie.

- Jestem, już od dawna. – Odpowiedziałam, a Niall odetchnął z ulgą.

Jego ręka z policzka powędrowała na moje biodro i mocno je chwytając, przycisnął mnie do siebie tak, że całe nasze ciała już się ze sobą łączyły. Włożyłam jedną nogę między jego i położyłam dłoń na jego szyi, delikatnie głaszcząc ją paznokciami.

Tym razem była moja kolej.

Zaczęłam go najpierw delikatnie, nieśmiało całować, ciesząc się każdą milisekundą tej chwili. Jednak Horanowi to już nie wystarczało. Zassał moją dolną wargę, lekko ją przygryzając. Po chwili ją uwolnił i zaczął pieścić mój język swoim, a ja wcale nie pozostawałam mu dłużna. Włożyłam swoją dłoń między jego włosy, przyciągając jego twarz do swojej, pogłębiając pocałunek.

Pukanie do drzwi. No pewnie, że tak.

- Dzieci, chodźcie do nas! – na szczęście Maura nie weszła do sypialni, wystarczyło jej tylko pukanie.

- Chyba ciąży nad nami jakaś klątwa, że tak nam wszyscy cały czas przerywają... – Jęknął Niall, kończąc pocałunek, ale cały czas trzymając mnie w swoich objęciach.

- Też o tym pomyślałam. – Zaśmiałam się prawie w jego usta, które jeszcze przed kilkoma sekundami były na moich. – Coś zdecydowanie musi być na rzeczy. – Dodałam, śmiejąc się i wstając z łóżka. – Chodź, bo zaraz twoja mama zaciągnie nas tam siłą. – Obciągnęłam sukienkę, wyjęłam z torebki szczotkę i kilkoma ruchami ręki przeczesałam włosy.

- Nie myśl, że teraz tak łatwo cię wypuszczę. - Niall obszedł łóżko i objął mnie, wiążąc swoje dłonie na moich plecach. – Jeszcze tu wrócimy.

- Na nic innego nie liczę, panie Horan. – Szeroko się uśmiechnęłam.

Ledwo udało mi się powstrzymać, żeby nie zacząć skakać ze szczęścia.




26/27